Recenzja filmu Giganci ze stali (2011)
Shawn Levy
Wojciech Paszkowski

To klasyczne kino familijne i nie miałbym nic przeciwko, gdyby podobnej klasy produkcje opanowały niedzielne pasma w telewizji.
Filmweb sp. z o.o.
Na seansie filmu Shawna Levy'ego bawiłem się nieźle, a gdybym miał siedem lat, pewnie byłbym zachwycony. "Giganci ze stali", choć reklamowani jako pogrobowiec "Transformerów", to klasyczne kino familijne i nie miałbym nic przeciwko, gdyby podobnej klasy produkcje opanowały niedzielne pasma w telewizji. Jest tu wszystko, bez czego podobne produkcje nie mogłyby się obejść: antypatyczny bohater gotowy do przemiany wewnętrznej, rezolutny dzieciak reedukujący go w zakresie ojcowskich obowiązków, wielkie roboty ścierające się w walce na śmierć i życie oraz obowiązkowe gitarowe kawałki z pogranicza country i bluesa. Potrzebujecie już tylko rozwrzeszczanych dzieciaków i kubka coli – zabawa będzie przednia.

photo.title

Ogorzały i nieogolony Hugh Jackman gra idącego na dno, życiowego rozbitka, który walczy o ostatni haust powietrza, biorąc udział w bokserskich walkach. Szkopuł w tym, że mężczyzna żyje w niedalekiej przyszłości, gdzie zamiast homo sapiens, na ringu tłuką się wielkie roboty. Sam potrafił kiedyś nieźle przyfasolić, jednak seria bolesnych porażek przetrąciła mu karierę. Na domiar złego los rzuca mu kolejną kłodę pod nogi – syna, którego bohater porzucił dawno temu. Dalszy rozwój wypadków odgadnie nawet małpa po trepanacji czaszki: podtrzymywany na duchu przez nadpobudliwego psychoruchowo blondynka bohater przekuje słabość w siłę i z pomocą zdezelowanego robota sparingowego rozpocznie triumfalny pochód po mistrzostwo ringu.   

Podoba mi się dość zaskakująca jak na takie kino strategia scenariopisarska Johna Gatinsa. Tytułowi giganci nie są tu bowiem bohaterami pierwszego planu, ba, nie są nawet maszynami uczłowieczonymi. Gdy w jednej ze scen syn uspokaja ojca, zadając retoryczne pytanie – "Wiesz, że mówisz tylko do maszyny?" – zdajemy sobie sprawę, że nawet bez wystawnego kostiumu sci-fi opowieść obroniłaby się na polu kina familijnego.

photo.title

Kontemplując kilka razy fluorescencyjne oczy maszyn, reżyser sygnalizuje wprawdzie, że być może wewnątrz masywnych pancerzy zapłonęła jakaś iskra świadomości, ale szybko porzuca ten trop – odpowiedzialność zarówno za porażki, jak i za sukcesy, zrzuca na barki ludzi. Jeśli w filmie pojawiają się wzniosłe deklaracje, patetyczne pojednania i przemowy, od których uszy więdną, zawsze są efektem konkretnych wyborów bohaterów, przykładem najróżniejszych postaw i relacji międzyludzkich. To uczciwe podejście do najmłodszego widza, którego twórcy "Gigantów ze stali" doceniają i  szanują.

Poetyka filmu raczej nie predestynuje go do zawrotnej kariery wśród starszych widzów, ale to niekoniecznie zarzut. Projekcja przypomina nieco układanie klocków lego z młodszym rodzeństwem: niby nie ma wątpliwości, kto bawi się lepiej, ale jakoś nie pali nam się do innych zajęć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (216 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię