Recenzja filmu

Greenland 2 (2026)
Ric Roman Waugh
Gerard Butler
Morena Baccarin

Krajobraz po katastrofie

Jeśli w "Greenland" chodziło o przetrwanie nadchodzącej katastrofy, "Greenland 2" to tak naprawdę opowieść o przedłużeniu gatunku. 
Krajobraz po katastrofie
Gerard Butler jest Bruce'em Willisem swoich czasów – tak po prostu jest i basta. Kiedyś uwodził, potem szalał w akcyjniakach, od lat natomiast głównie ratuje świat. Podobnie teraz, w sequelu "Greenland", który była zaskakującym sukcesem w mrocznych, pandemicznych czasach. Pierwsza część to czyste kino katastroficzne, jej kontynuacja to z kolei postapokaliptyczny thriller. Uderzenie komety Clarke niemal doszczętnie zniszczyło powierzchnię Ziemi, a grenlandzki bunkier, który miał stanowić schronienie na lata, nie przetrwał próby czasu. Rodzina Garritych wraz z setkami innych ocalałych zmuszona jest do opuszczenia Grenlandii i szukania azylu gdzie indziej – w zrujnowanej katastrofą Europie.


W "Greenland 2" (w oryginale sugestywne "Greenland: Migration") tytułowa wyspa nie jest już celem, ale początkiem podróży Johna Garrity'ego i jego rodziny. Po kilku latach względnego spokoju w podziemnym bunkrze bohaterowie znowu muszą uciekać przed zabójczą naturą (tym razem zagrażają im też m.in. burze radiacyjne i huraganowe wiatry), lecz tym razem ich cel jest znacznie bardziej iluzoryczny. Niepotwierdzone plotki donoszą bowiem, że krater po pierwotnym uderzeniu komety Clarke jest istną arkadią, gdzie znaleźć można nie tylko czyste powietrze, ale i wodę pitną, roślinność oraz… spokój, którego rodzina Garritych tak bardzo potrzebuje. Brzmi to nazbyt idyllicznie, ale naszym bohaterom ta iskierka nadziei zupełnie wystarcza, by wyruszyć aż na południe Francji, tysiące kilometrów od grenlandzkiego schronienia. Jak można się domyślić, będzie to śmiertelnie niebezpieczna wyprawa, zwłaszcza że świat w ciągu tych pięciu lat zmienił się nie do poznania.

Jeśli w "Greenland" chodziło o przetrwanie nadchodzącej katastrofy, "Greenland 2" to tak naprawdę opowieść o przedłużeniu gatunku. John Garrity robi wszystko, by wywiązać się z obietnicy danej teściowi (Scott Glenn w pierwszej części filmu) i zadbać o żonę Allison (Morena Baccarin), a także ich syna Nathana (w tej roli tym razem znany z "Jojo Rabbit" Roman Griffin Davis), ale nowa rzeczywistość zaskoczy nawet jego. I tu zaczyna się najmniej wiarygodny element "Greenland 2", czyli życzliwość ludzi, których napotykają na swej drodze nasi bohaterowie. Z jednej strony niejednokrotnie wspomina się tu, że w postapokaliptycznym świecie człowiek człowiekowi wilkiem, z drugiej jednak Garritym zawsze – i to bez szczególnego wysiłku – udaje się znaleźć dobrego samarytanina, który pomaga im w pokonywaniu kolejnych etapów podróży (zazwyczaj z opłakanymi dla siebie skutkami). O ile więc natura wciąż czyha na bohaterów, o tyle w kontaktach z innymi ludźmi są doprawdy w czepku urodzeni – nawet w ekstremalnie brutalnej postapokaliptycznej rzeczywistości wszyscy tylko czekają, by im pomóc.


Realizacyjnie "Greenland 2" może robić wrażenie – Ric Roman Waugh, solidny rzemieślnik, który zaczynał od kina sensacyjnego klasy B, coraz lepiej radzi sobie w wysokobudżetowych kategoriach. Scena pokonywania prowizorycznego mostu linowego to pokaz naprawdę świetnych umiejętności, zarówno pod względem czysto technicznym, jak i budowania dramaturgii. To oczywiście raczej sprawne wykorzystanie klasycznych dla tej konwencji sztuczek niż jakaś rewolucja, ale przecież gatunkowe schematy też trzeba umieć skutecznie wykorzystać. W "Greenland 2" zebrano prawdziwie międzynarodową obsadę – oprócz Amerykanów i Brytyjczyków mamy tu też Norwegów, Islandczyków czy Francuzów (m.in. znany z "Emily w Paryżu" William Abadie) – dzięki czemu udało się uzyskać wiarygodność w tworzeniu na ekranie prawdziwie globalnego doświadczenia w radzeniu sobie z nową rzeczywistością. Tyle że przecież nie kosmopolitycznej narracji szukamy w kinie katastroficznym, ale dramaturgii – a tej w ostatecznym rozrachunku jest w "Greenland 2" zauważalnie mniej niż w części pierwszej.


O ile pierwsza odsłona historii o walczącej o przetrwanie rodzinie Garritych była w covidowej rzeczywistości jednym z niewielu pozytywnych zaskoczeń – także w wymiarze box-office’owym – o tyle druga wydaje się efektem zimnej gabinetowej kalkulacji. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że scenariusz "Greenland 2" nie przeszedł pełnego procesu przygotowania, jak gdyby zostawiono go na etapie wczesnego pomysłu, licząc na to, że dziury i naiwności fabularne umkną widzom podczas seansu. Mam jednak wrażenie, że tak ryzykowne założenie może się twórcom zupełnie nie opłacić.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?