Recenzja filmu

Jestem Greta (2020)
Nathan Grossman
Greta Thunberg
Svante Thunberg

Wagary wagarom nierówne

Dokumentalista ani razu nie odpala formalnych fajerwerków. Nie musi. Pokonywana razem z Thunberg i jej ojcem odyseja przez kontynenty i oceany, pałace prezydenckie, parlamenty i fale ...
Wagary wagarom nierówne
Gdy w 2018 r. Greta Thunberg rozpoczęła przed szwedzkim parlamentem szkolny strajk dla klimatu, towarzyszący jej z kamerą i mikrofonem Nathan Grossman nie mógł wiedzieć, że 15-letnia córka znajomych już wkrótce pociągnie za sobą legiony młodych – a on sam wygrywa właśnie na dokumentalnej loterii, uwieczniając początki międzynarodowego ruchu. Zaintrygowany bezkompromisowością aktywistki reżyser pozostał taki do końca; jego film nie jest ani kroniką zmian środowiskowych, ani manifestem klimatycznym czy próbą przekonania nieprzekonanych. Wbrew pozorom nie jest też rozpiętą w czasie biograficzną laurką dla Thunberg, ale dokumentalnym zapiskiem aktywistycznego roku z jej życia. I nawet jeśli wycieczka do głowy młodej gniewnej z uwagi na jej zdystansowanie i ekscentryzm udaje się tylko częściowo, "Jestem Greta" przekonuje, że to podróż na tyle wielowymiarowa, że choćby przez to warta zachodu.

Strategia Grossmana to ciche towarzyszenie. Dokumentalista ani razu nie odpala formalnych fajerwerków. Nie musi. Pokonywana razem z Thunberg i jej ojcem odyseja przez kontynenty i oceany, pałace prezydenckie, parlamenty i fale zainspirowanych nią protestujących wystarcza dokumentaliście, by ukazać interesującą rewolucję w jej życiu. Czy tego chcemy, czy nie, wraz ze zdobyciem popularności bijąca na alarm dla planety idealistka staje się niemalże celebrycką ikoną, głosem pokolenia, kimś w rodzaju ekologicznego sumienia świata z jednej strony, z drugiej zaś obiektem teorii spiskowych, tanich psychologizacji w wykonaniu niechętnych jej polityków i dziennikarzy oraz chorobliwego zainteresowania hejterów. Szkicując jej portret, Grossman zderza fragmenty przemów na politycznych ambonach i ulicznych scenach z tym, co pomiędzy klimatyczną kampanią: przygotowaniami do międzynarodowych debat i konferencji, intymnością z ojcem i zwierzętami, szkolnymi perypetiami czy momentami tęsknoty za domem. Już psychologiczne kuluary wystarczyłyby za temat, lecz utrwalana zainteresowaniami depresja klimatyczna, koncentrujący na jednym celu zespół Aspergera czy dyktowane kompulsjami umiłowanie porządku i rutyny zostają przedstawione jako specyficzna siła i katalizator działalności Thunberg. Sama zresztą też tak je traktuje, ze śmiechem prztykając w nos komentujących jej wygląd czy zachowanie złośliwców. Grossman burzy przy okazji wysnute z palca teorie o nastolatce zmanipulowanej przez opiekunów. To raczej rodzice idą tu na kompromisy, przestraszeni trwającym wokół córki chaosem, zatroskani ostrością używanego przez nią języka, lecz wspierający jej determinację, z jaką nie godzi się ze światem pozostawionym przez dorosłych u władzy.

Osobliwe w "Jestem Greta" jest, że za niezgodą bohaterki nie idą na ekranie merytoryczne argumenty. Czy twórca tym samym podkłada dziewczynie nogę? Choć stara się zapewnić jej psychiczny komfort, mimo empatii na pewno nie ułatwia jej sprawy. Jako dokumentalista ma do takiej postawy pełne prawo: robi film o aktywistce, nie o jej racjach; nie o kryzysie, ale o osobie, która w niego wierzy. Równocześnie wielokrotnie i do znudzenia dokumentuje czytelną (przez wielu wciąż niezrozumiałą) strategię aktywistki. Thunberg nie ma doświadczenia Davida Attenborougha ("Życie na naszej planecie", "Nasza planeta") czy profesorskiego autorytetu Szymona Malinowskiego ("Można panikować"). Jest ciekawa świata i głodna wiedzy, ma do dyspozycji badania i to na nie z oratorską werwą nieustannie się powołuje. W filmie uchwycone zostaje wymowne medialne zjawisko: bohaterka atakowana jest za to, że w takim wieku i z taką, a nie inną intonacją i mimiką wychodzi przed bierny szereg, mimo iż jedyne, co ośmiela się robić, to korzystać z wiedzy i dokonań naukowych autorytetów.

Thunberg w obiektywie Grossmana stroni przy tym od politycznych konwenansów, wodolejstwa, pustych gestów i pobieżności spotkań ze konsternowanymi jej obecnością ludźmi u władzy, serwuje przekaz prosto między oczy, nie stara się być miła, sprawia wrażenie skrępowanej błyskiem fleszy i ludźmi, zmaga się także z gniewem i wątpliwościami, a nawet – o zgrozo – zdarza się jej płakać. Choć trafiła na sztandary, pozostaje krucha i wrażliwa. "Jestem Greta" zdaje się sugerować, że paradoksalnie to właśnie jej niemedialność uczyniła z niej ikonę znudzonego przestarzałymi konwencjami i konwenansami pokolenia młodych. Już ten, zaledwie przecież fragmentaryczny, portretowy szkic wystarcza, by uwolnić się od myślowych metek, wyjść z ideologicznych szufladek i dostrzec w Grecie Thunberg najpierw i przede wszystkim człowieka.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
63% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (38 głosów).