Recenzja filmu

Kosmiczny mecz: Nowa era (2021)
Malcolm D. Lee
LeBron James
Don Cheadle

Kosmiczny zmęcz

Pierwszy "Kosmiczny mecz" nie był żadnym Wielkim Kinem, w kategorii "spotkanie ludzi z animkami" nawet nie zbliżał się do genialnego "Kto wrobił królika Rogera?" Roberta Zemeckisa. Ale dość ...
Kosmiczny zmęcz
źródło: Materiały prasowe
"Sportowcy jako aktorzy, to się nigdy nie udaje", mówi LeBron James w jednej ze scen filmu "Kosmiczny mecz: Nowa era". Mrugnięcie okiem do widza ma subtelność machnięcia cepem, ale trudno oczekiwać subtelności po filmie, który ma postawić Jamesowi pomnik. Żart polega przecież na tym, że "to" udało się już raz, 25 lat temu, z Michaelem Jordanem w roli aktora-sportowca. Trudno więc dziwić się, że kolejny gwiazdor koszykówki rusza na boisko w towarzystwie animków. Parę rzeczy jednak dziwi.

1.
Dziwi zmowa milczenia, jaką otoczono tu pierwszy film. Motorem napędowym całego projektu jest przecież nostalgia widowni za oryginalnym "Kosmicznym meczem" (czy raczej nostalgia producentów za milionami, jakie zarobił). A jednak o pamiętnym spotkaniu animków z Michaelem Jordanem mówi się tu tylko półgębkiem, mimochodem, jakby o jakiejś wstydliwej karcie historii. Nawet jeśli z nieobecności gwiazdora koszykówki udaje się wycisnąć twórcom jeden naprawdę zabawny żart, to niesmak pozostaje. "Nowa era" powinna być pięknym aktem przekazania pochodni, od mistrza do mistrza. Bez tego mamy wrażenie, jakby film powstał ukradkiem, na szybko, byle się nachapać. Może i tak było, nie łudźmy się. Ale dobre kino poznajemy po tym, że lepiej utrzymuje pozory.



2.
Dziwi, że pozujący do pomnika LeBron James jest tu pokazany w średnio korzystnym świetle. "Kosmiczny mecz: Nowa era" pożycza koncept z "Hooka" (1991) Stevena Spielberga, w którym zaaferowany pracą ojciec musi nieco "zluzować", by wygrać z czarnym charakterem walkę o duszę swojego syna. To klasyczny scenariuszowy chwyt: bohater rozpoczyna film z wadą, którą musi w toku akcji przepracować. W przypadku Jamesa to zresztą wada dramaturgicznie ciekawa, bo - jak pokazuje otwierająca sekwencja z jego dzieciństwa - właśnie na niej zbudował on swój sukces. Zafiksowany na koszykówce i dyscyplinie gwiazdor, który chce wpoić te same wartości swojemu synowi (Cedric Joe), nie widzi jednak, że chłopak ma inne marzenia niż celne rzucanie za trzy. Ale choć koncept się broni, James jako głuchy na potrzeby syna ojciec wypada średnio atrakcyjnie: jest gburowaty, gdy powinien być sympatyczny.

To w sumie ciekawe przesunięcie akcentów. W "Kosmicznym meczu" "problemem" Michaela Jordana był ślepy zaułek kariery. Jego sportowe życie było na zakręcie, ale sam Jordan pozostawał nieskazitelny. Nawet falstart koszykarza w lidze baseballowej wybrzmiewał jako szlachetna porażka kogoś, kto podąża za swoimi marzeniami, nie zważając na przeciwności losu. Jordan musiał jedynie pogodzić się ze swoim koszykarskim przeznaczeniem, odkryć w sobie "wewnętrznego animka" i w kulminacyjnym momencie popisać się kreskówkowym zagraniem. James tymczasem pozwala się odsłonić, daje scenarzystom wyżłobić rysę na swoim charakterze. To pewnie efekt obyczajowych przemian, znak "nowej ery" sportowych ikon czy wzorców męskości. Ale w półtoragodzinnym filmie o tym, że James gra z Królikiem Bugsem w kosza, nie ma za wiele miejsca na psychologiczne subtelności. W blockbusterowym skrócie perspektywicznym James traci więc nieco ze swojej charyzmy. Na szczęście wciąż celnie rzuca.



3.
Dziwi, że widowisko skierowane (bądź co bądź) do młodych widzów opiera się w dużej mierze na treściach, których nie zrozumieją. Ten "Kosmiczny mecz 2" to film nie tyle dla dzieci, co dla dzieci lat 90. Na tym chyba polega marketingowa strategia "Nowej ery": dzieciaki, które w 1996 obejrzały oryginalny "Kosmiczny mecz", w międzyczasie dorosły i mogą dziś przyprowadzić do kina swoje własne dzieciaki. To z myślą o dojrzałych widzach napchano film nawiązaniami do najntisowych ikon w rodzaju "Matriksa" (1999) czy… MC Hammera. To oni być może docenią aluzje do "Mad Maksa: Na drodze gniewu" (2015) albo fakt, że finałowemu meczowi dziarsko kibicują… zjadający dzieci klaun Pennywise i gang recydywistów-gwałcicieli z "Mechanicznej pomarańczy" (1971). Jest nawet szansa, że ktoś skojarzy "Casablankę" (1942). Oczywiście w kalejdoskopowym rytmie filmu kolejne cytaty pojawiają się i znikają błyskawicznie, próbując dotrzymać kroku ADHD młodego pokolenia: nie trzeba więc rozszyfrować każdego nawiązania, bo za rogiem czai się kolejny gag. Jest gęsto i kolorowo, co pewnie wystarczy, by zająć uwagę 7-latka na półtorej godziny, nawet jeśli nie załapie aluzji do "Gry o tron" czy "Ricka i Morty’ego". Nie wiem tylko, czy ktoś nazwie to potem przednią zabawą. Choćby i rozpoznał Trinity.

4.
Dziwi, że czarnym charakterem w filmie jest zarządzający serwerami algorytm. Mniejsza o to, że uwięziony na green screenie z katalogiem niezabawnych żartów Don Cheadle gra tu jedną z gorszych ról w swojej karierze. Grunt, że żądny sławy i uznania zły Al G. Rhythm wprowadza nas do świata tak zwanego "Serwerwersum". To katalog filmów, marek, franczyz i serii, jakimi zarządza WarnerMedia: od klasyków studia Warner Bros. i seriali HBO przez świat Harry’ego Pottera i uniwersum DC po menażerię Looney Tunes. Przekaz jest czytelny: "Serwerwersum" jest kolebką Dobra i Piękna, popkulturowym Eldorado. Złe są zaś cyniczne próby jego eksploatacji, biznesplany i algorytmy, które katalogują i utowarowiają te piękne filmowe sny. Ale - o ironio - "Kosmiczny mecz: Nowa era" to przecież klasyczny korporacyjny branding, cyniczna wyliczanka tytułów z oferty. Jest tu gdzieś jakaś fabuła, ale niezbyt skutecznie ukrywa fakt, że chodzi przede wszystkim o reklamę biblioteki HBO Max.



Jasne, pierwszy "Kosmiczny mecz" nie był żadnym Wielkim Kinem, w kategorii "spotkanie ludzi z animkami" nawet nie zbliżał się do genialnego "Kto wrobił królika Rogera?" Roberta Zemeckisa. Ale dość umiejętnie spieniężał charyzmę Jordana, hitową ścieżkę dźwiękową, komediowy talent Billa Murraya i zwariowaną konwencję Looney Tunes. W "Nowej erze" nie ma nic z tego: nawet Królik Bugs jest jakiś niemrawy. Oczywiście, taki już los popkulturowych ikon: "zmaskotkowany" Bugs od dawna nie przypomina anarchicznego trickstera, jakim był w czasach swojej największej świetności. Wszystkie animki skazano tu zresztą na rutynowe powtarzanie ikonicznych gagów: odgrywanych z automatu, na odwal się, bez komediowego timingu i dramaturgii. Do tego brzydko je zanim(k)owano: w wersji rysunkowej brakuje im zawadiackiego charakteru sprzed lat, w wersji podrasowanej straszą zaś cyfrowo "realistycznym" futerkiem albo połyskliwymi "gumowymi" ciałkami. Niestety: ikoniczna marka nie wystarczy, trzeba jeszcze tchnąć w nią odrobinę życia. A mówiąc językiem, który mogą zrozumieć prawdziwi właściciele "Serwerwersum": produkt nie zareklamuje się sam. 

5.
Dziwi wreszcie, że w tym "Kosmicznym meczu" nie ma nic… kosmicznego (chyba, że policzymy Marvina Marsjanina). Czarnym charakterem jest przecież program komputerowy - a nie, jak w pierwszej części, obcy. Akcja toczy się zaś na twardych dyskach Warnera. Czyżby chodziło o to, że biblioteka konglomeratu medialnego to kosmos sam w sobie, alfa i omega kontentu? "Kosmiczny mecz: Nowa era" ewidentnie chce nam powiedzieć, że nie ma żadnego Disneya, Netfliksa, Amazona i Apple’a, jest tylko HBO Max, czym prędzej wykupcie subskrypcję. Tyle że są i to właśnie między nimi toczy się dziś prawdziwy mecz.
1 10
Moja ocena:
3
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
74% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (99 głosów).
Udostępnij: