Recenzja filmu

Król żyje (2000)
Kristian Levring
Miles Anderson
Romane Bohringer

Lekcja przetrwania

Garstka zagubionych ludzi na pustyni - zderzenie cywilizacji z najbardziej prymitywnym bytem i podstawowymi potrzebami to motyw przewodni filmu "Król żyje", kolejnego obrazu zrealizowanego w ...
Garstka zagubionych ludzi na pustyni - zderzenie cywilizacji z najbardziej prymitywnym bytem i podstawowymi potrzebami to motyw przewodni filmu "Król żyje", kolejnego obrazu zrealizowanego w konwencji manifestu DOGMA 95.

Założony w Kopenhadze w 1995 roku Manifest zrzesza reżyserów filmowych przeciwstawiających się tendencjom we współczesnej, głównie hollywoodzkiej kinematografii. Powstał, jak to się często dzieje w artystycznym świecie, w ciągu krótkiej, półgodzinnej burzy mózgów, jaka rozegrała się pomiędzy czterema duńskimi reżyserami (Lars Von Trier, Thomas Vinterberg, Kristian Levring, Soren Kragh-Jacobsen), którzy wypili już wtedy parę głębszych dla wzmocnienia. Założenia, które wtedy powstały, dziś znane jako "Śluby Czystości" zawierają się w kilku punktach, i jak dotąd twórcy przyznali swój certyfikat tylko pięciu tytułom : "Idioci", "Festen", "Mifune", "Kochankowie" i filmowi, który w tym momencie najbardziej nas interesuje, "Król zyje".

Faktycznie, spełnia on większość reguł zatwierdzonych w Manifeście. Po pierwsze historia kręcona jest w naturalnych plenerach. Nie znajdziemy tu sztucznych dekoracji - tłem dla wydarzeń jest autobus, pustynia i wymarła wioska. Żadnych rekwizytów, tylko ludzie pozostawieni w nowej dla nich sytuacji i bezkresnej piaszczystej przestrzeni, filmowani z bliska, w brudzie, piachu i słońcu. I w ciszy, zakłócanej tylko przez własne głosy i krakanie sępów krążących pod niebem. I tu zauważamy kolejną z reguł DOGMY - brak muzyki i obecność dźwięku, który zawsze idzie w parze z obrazem, nie rodzi się i nie rozlega znikąd. Obraz, co w tym przypadku oczywiste, jest także specyficzny. Kamera "z ręki", "trzęsące się" zdjęcia, bez dodatkowego oświetlenia, bez efektów specjalnych. Kamera, która wychwytuje to, co dzieje się tu i teraz, bowiem zabronione są przesunięcia w czasie i przestrzeni. Dzięki temu jednak, dostajemy to, co najbardziej nas interesuje - ludzi pokazanych z bliska, z całym swoim inwentarzem w postaci zmarszczek, strachu w oczach, ogarniającego ich bólu niepewności istnienia. Levring kręcił cały materiał chronologicznie, dzień po dniu przez 6 tygodni, dzięki czemu uchwycił też zmiany, jakie dokonywały się wśród samych aktorów, w ich podejściu do historii, odtwarzanych przez siebie postaci i okoliczności przyrody, w jakich się znaleźli.

Dzięki tym manifestowym regułom film zyskał jednak na autentyczności i stał się bardziej "żywy". Trudno wyobrazić sobie tę historię kręconą w hollywoodzkim studiu, przy użyciu makiet, efektów specjalnych i setki ludzi z ekipy technicznej. Mimo iż rozgrywany na ogromnej przestrzeni, film ma charakter bardzo kameralny, skupia się na doznaniach i uczuciach kilkorga uczestników nieszczęśliwej wycieczki. Jest wśród nich nałogowy alkoholik -biznesmen, głupiutka Amerykanka -anorektyczka, zmysłowa, tajemnicza Francuzka, pisarz, czarnoskóry kierowca, długoletnie, znudzone sobą małżeństwo, młoda para w postaci zahukanej kobietki i "dresiarza" , zakochany w sobie ojciec tegoż i zaprawiony w podróżach przez ciężkie tereny traper. Początkowo nieszczęśni pasażerowie zabijają nudę alkoholem i bezsensownymi rozmowami. Po jakimś czasie strach i powolna utrata nadziei skłaniają ich do zajęcia się czymkolwiek, więc wystawiają "Króla Leara" Film nie jest jednak kolejną szekspirowską adaptacją. Tu sztuka z rozrywki paradoksalnie staje się pretekstem do pokazania prawdziwych ludzkich charakterów skonfrontowanych z ekstremalnymi warunkami. Podczas pracy nad adaptacją ujawnia się bowiem coraz więcej różnic i konfliktów pomiędzy podróżnikami. Na wierzch wychodzą najbardziej tłumione emocje i lęki, a wszelkie zasady moralne, jakie każdy miał, lub próbował sobie narzucić, wystawione zostają na ciężką próbę. Robi się z tego niezły seans terapeutyczny, z tymże dla niektórych kończy się on tragicznie...

Okazuje się bowiem, już po raz kolejny, że to, co pokazujemy na co dzień to tylko powłoka naszej prawdziwej osobowości, mającej szansę ujawnić się tylko i wyłącznie w sytuacji, pozbawiającej nas cywilizacyjnej otoczki w postaci telewizji, radia, wanny, restauracji -wszystkiego, co pozwoliłoby zabić nudę i oszukać naturalne potrzeby i instynkty w nas drzemiące. Nie twierdzę, że jest to film głęboki. Dotyka jednak bardzo ważnego tematu, który tym bardziej nas interesuje, im częściej docierają do nas wiadomości o ludziach w centrum jakiejś tragedii, pozostawionych sam na sam z żywiołem, jakim jest chociażby otaczająca nas natura.

Nie jest to na pewno film rozrywkowy, trzymający w napięciu, ani też pełen humoru. Toczy się tak wolno, jak tylko wolno mogą upływać dni w upalnym słońcu na środku pustynnego morza. Wielbiciele kina spod znaku Von Triera nie powinni się jednak zawieść.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Udostępnij: