Recenzja filmu

Lalka (2026)
Maciej Kawalski
Marcin Dorociński
Kamila Urzędowska

Wokulski, Wokulski, wszędzie Wokulski

Cały ten film to chyba potwierdzenie tego co mówi się od lat - Polacy są świetni w kinematografii. Tutaj dostajemy zwieńczenie tego, bo widać pieniądze, które pozwalają im korzystać z pełni
Sezon na Lalki rozpoczął się dla nas już w połowie września, kiedy to Paweł Maślona zaprezentował światu serial wyprodukowany przez Netflixa. Niektórzy rozczarowani zmianami, których dokonali twórcy krzyczeli "zniewaga!" "To nie Prus!". Inni zadowoleni byli z odwagi i świeżości jaką zaprezentował nam reżyser, a nawet gotowi byli nazywać serial "Lalką Maślony", jako coś co definiuje go przez nazwisko i podejście twórcy. Pozostawał jednak niedosyt - myśl, że Maślona słusznie chciał znaleźć w powieści coś świeżego i odnieść to do naszych czasów, ale mu nie wyszło.  Na szczęście dla chronologii to jednak filmowa produkcja czekała dłużej na pokazanie się światu, bo Kawalski swoją opowieścią zdecydował się udowodnić, że “Lalka” nigdy nie potrzebowała nowych perwersji, aby nadal spełniać swój cel i być komentarzem dla życia społecznego.Fabuła tego filmu to coś co ciężko opisać uwzględniając, że każdy dobrze zna opowieść adaptowaną dzisiaj tak chętnie. Z drugiej strony pojawia się pytanie - jak film jest zdolny opowiedzieć całą historię grubej książki Prusa? No nie jest zdolny i nie jest to cel twórców. Zabierają nas oni jednak do XIX wiecznej Warszawy i pokazują (czasami za pomocą uproszczeń montażowych) historię, którą pozornie wszyscy znamy. Kawalski jednak nie jest tak oczywisty w swojej interpretacji. Nie skupia się na grze Izabeli Łęckiej (Kamila Urzędowska), która wyciąga od Stanisława Wokulskiego (Marcin Dorociński) coraz to większe pieniądze i staje się fenomenem społecznym dla następnych pokoleń uczniów, którzy niechętnie słuchają o cwanym podejściu do ówczesnej arystokracji. Nie próbuje wyciągnąć też z tej historii emancypacyjnego przekazu, bo podąża ścieżkami Wokulskiego (w odróżnieniu od Maślony). Jest wierny oryginałowi, ale zarazem wprowadza swoje interpretacje, które mają nam pokazać w historii Prusa tragiczną historię miłości - najwyraźniej ważniejszą i bardziej ponadczasową według Kawalskiego.Moment w którym świat dowiedział się, że powstają dwie produkcje adaptujące tę samą lekturę poruszył branże i wzbudził dyskusje społeczne, bo po co nam dwie takie same historie. Dzisiaj już wiemy, że historie nie są takie same. Prus był mistrzem opisywania i opowieści, dlatego to Rzecki (Marek Kondrat) był tak ważnym elementem jego historii. W filmie również wrzuca on swoje myśli i uwagi (chociaż trochę ich brakuje - uwzględniając wybitną kreację Kondrata, chciałoby się więcej), które stanowią oś filmu, a dokładnie drogi Wokulskiego. Brakuje trochę opowieści o Warszawie. Do dziś wiadomo, że zdefiniowanie tego miasta stało się legendarnym momentem w literaturze. W filmie aktorzy poruszają się jednak zaledwie po kilku lokacjach, a zarazem brak tu opowieści o charakterze ludzkim - tego Maślona daje nam więcej w serialu (chyba dlatego, że ma więcej czasu). Z jednej strony opowieść o feminizmie powinna się lepiej sprzedawać, ale wbrew temu co wydawało się autorom netflixowej produkcji - chyba jednak nie. Okazuje się, że opowieści pod tym szyldem widzieliśmy już zbyt wiele, a powrót do starej koncepcji Prusa spełnia oczekiwania i jest odmiennym komentarzem do dzisiejszych czasów, aczkolwiek wciąż aktualnym. Tak więc spojrzenie na “Lalkę” oczami Wokulskiego wydaje się być czymś bardziej naturalnym i tak się dzieje. Film pokazuje nam tragizm historii nieodwzajemnionej miłości i zagubienia z tym związanego. Jest więc bardziej aktualny niż emancypacja, bo sami spójrzcie o czym teraz częściej się słyszy? Walka o równość kobiet? Czy jednak problemy relacji i samotność? No właśnie i za to zabrał się Kawalski, przyprawiając odrobinę opowieść Prusa, zbudował nam opowieść piękną i zdecydowanie ważną w historii polskiego kina (ale chyba nie ponadczasową, chociaż za krótko minęło, aby to oceniać).

Mimo małej ilości lokacji warszawskich (Łazienki, fragment Krakowskiego Przedmieścia i dwie ulice starego miasta) należy docenić zdjęcia, które przy takim budżecie są niepowtarzalnie wykonane. Plenery wykonane na tereniu Jury Krakowsko-Częstochowskiej stają się pięknymi zdjęciami, które same w sobie opowiadają historię. Piotr Sobociński Jr. najpewniej zasłużył na kolejnego już orła w swojej karierze. Muzyka i dźwięk podobnie wchodzą na świetny poziom, stają się liniową i idealną podkładką do historii, płynąc przez nią niezmiernie naturalnie. 

Budżet widać także w obsadzie. Po seansie można by siedzieć przez minutę i czytając nazwiska w napisach dojść do wniosku, że wszystkie się co najmniej kojarzy. Powstaje swego rodzaju wrażenie (dość zabawne), że gdy tylko oglądamy jedną z kreacji na ekranie, po chwili pojawia się kolejna postać, a w głowie powstaje myśl - on też tu gra? I tak bez końca. Udało się zaangażować grupę najlepszych polskich aktorów i daje to swoje efekty na ekranie. Dorociński jest wybitny, bo daje radę opowiedzieć pewność siebie i jej brak w jednej postaci (nota bene to pierwszy polski film od dawna, w którym nie wykorzystuje się jego angielskiego). Urzędowska z początku wydaje się być zbyt bezpieczną Łęcką, trochę urocza, nieśmiała i skryta. Po kilku chwilach okazuje się jednak, że to po prostu świetne budowanie postaci, która z każdym krokiem Wokulskiego coraz bardziej odkrywa swój charakter. Kondrat, Kulesza, Dębska, Stuhr to wybitne kreacje drugiego planu tworzą nam niesamowitą atmosferę i utrzymują tempo akcji, gdy pierwszy plan zwalnia. Na trzecim planie najlepiej rzuca się Ostaszewska i Musiałowski, a także Chyra, którzy pojawiają się dosłownie na chwilę, a jednak dają radę zapaść w pamięć. To tylko część świetnych nazwisk, które możemy zobaczyć na ekranie.“Lalka” okazuje się być naprawdę dobrym filmem. Dobrym, bo polskim - za tym hasłem kryje się niestety fakt, że ta produkcja szokuje, bo stoi wysoko nad innymi rodzimymi filmami. Wbrew pozorom w rozrachunku międzynarodowym raczej nie zaszedłby zbyt daleko. Tutaj się sprawdza, bo porusza naszą literaturę, naszą kulturę i jeszcze stygmatyzuje i wchodzi w dyskusje z serialową odmianą. Działa jako narzędzie lokalne, a koszty i efekty robią wrażenie, bo takich filmów nie było od lat. Cały ten film to chyba potwierdzenie tego co mówi się od lat - Polacy są świetni w kinematografii. Tutaj dostajemy zwieńczenie tego, bo widać pieniądze, które pozwalają im korzystać z pełni swoich możliwości. Co gorsze wykorzystują ten budżet do narzędzia, które nie otwiera drzwi międzynarodowo, chyba że ja o czymś nie wiem, a “Lalka” będzie walczyć o Oscara.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Lalka
Emocje po serialu od Netflixa jeszcze nie opadły. Po wielkiej awanturze o to, że twórcy nie trzymają się... czytaj więcej