Emocje po serialu od Netflixa jeszcze nie opadły. Po wielkiej awanturze o to, że twórcy nie trzymają się pierwowzoru, nie zdążył dobrze opaść kurz, a już dostajemy kolejną wersję "Lalki"
Emocje po serialu od Netflixa jeszcze nie opadły. Po wielkiej awanturze o to, że twórcy nie trzymają się pierwowzoru, nie zdążył dobrze opaść kurz, a już dostajemy kolejną wersję "Lalki" Bolesława Prusa - tym razem wszystkim fanom powieści i polonistom powinno się spodobać - jest to wierna, wzorowa (a może nawet "wzorcowa") ekranizacja tej lektury. Jest naprawdę dobrze.
Zacznijmy może od fabuły - w tym wypadku nic się nie zmieniło, dalej pozostaje wciągająca. Twórcy narzucają sobie jednak ograniczenie w postaci czasu trwania produkcji (162 minuty), co naturalnie wymusza przyspieszenie niektórych wątków i pominięcie innych. Na początku bałem się trochę, że film będzie typowym streszczeniem książki (na wzór tych, umieszczanych na popularnej stronie internetowej "Bryk"), które odhacza następne, muszące się pojawić punkty z historii. Otwierająca scena nie jest jakaś wybitna, następne pocięte są co najwyżej średnio, a scenarzyści bardzo szybko wprowadzają nam bohaterów, ale nie przedstawiają ich na początku w interesujący sposób. Dopiero później wszystkie działania postaci mają jakiś sens i związek przyczynowo-skutkowy. Selekcja wątków również przebiegła sprawnie - te najmniej ważne wyrzucono, a resztę skrócono do minimum tak, aby najwięcej czasu poświęcić temu głównemu - miłości Wokulskiego do Łęckiej. Zrobiono to w całkiem ciekawy i kreatywny sposób - powstały dynamicznie zmontowane sekwencje wydarzeń, które były jednym z najprzyjemniejszych w odbiorze elementów tej produkcji. Bardzo dobrze wypada też sprytny plan / intryga Pani Meliton pomagającej Stanisławowi zbliżyć się do Izabeli - świetnie zastosowany montaż synchroniczny, który pozwala także na rozluźnienie atmosfery np. poprzez dodanie kilku działających żartów. Najlepiej oglądało mi się część filmu do momentu powrotu Wokulskiego z Paryża. I choć scenariusz ma lekkie problemy z dialogami - niektóre z nich są za bardzo ekspozycyjne, tłumaczące przeszłe dzieje czy zachowania bohaterów lub są mrugnięciem oka do uczniów oraz nauczycieli (parafraza: "w tobie Stachu jest zarówno romantyk, jak i pozytywista"), to większość tych mankamentów widoczna jest w pierwszej godzinie produkcji. Twórcy dodają również coś od siebie (świetnie zagrana przez reżysera rola francuskiego iluzjonisty) i zmieniają tekst utworu w taki sposób, aby zmieścić się w czasie, ale jednocześnie zachować ogólny wydźwięk utworu, co udaje im się naprawdę dobrze. A gdzieniegdzie wrzucają nawet parę easter eggów dla uważnych (gitara, fascynacja Napoleonem czy pies Rzeckiego).
Największe moje obawy przed obejrzeniem "Lalki" dotyczyły obsady - o ile jestem fanem większości aktorów zaangażowanych do tego projektu i szanuję za zebranie takiego potężnego składu, to miałem wątpliwości czy każde z nich zaakceptuje swoje, nawet epizodyczne role oraz czy nie "pozjadają się" oni wzajemnie próbując udowodnić, że są wybitni także, jeśli pojawiają się na ekranie tylko przez trzy minuty. Na szczęście tak się nie stało i wszystkie znakomite kreacje stworzyły jedną, wspólną całość. Trzeba oddać Maciejowi Kawalskiemu, że po raz kolejny (po "Niebezpiecznych Dżentelmenach") potrafi wydobyć z talentu aktorów to, co najlepsze - szczególnie w przypadku Marcina Dorocińskiego. To grany przez niego Wokulski jest w centrum tej historii (co idealnie kontrastuje z serialową wersją dzieła Prusa) i to z nim spędzamy każdą minutę filmu. Kiedy trzeba spuentować zabawnie jakąś sytuację - on to robi, gdy trzeba coś zagrać "na poważnie" - również wykonuje to zadanie na ocenę celującą. A co nie dopowie, to dogra mimiką czy (nawet najdrobniejszymi) gestami. Właśnie tak wyobrażałem sobie Stanisława czytając książkę. Świetna rola. Mniejsze pole do popisu ma zdecydowanie Kamila Urzędowska. Łęcka, w którą się wciela, została przez twórców odstawiona w kąt, ale to nie zmienia faktu, że aktorka również wypada znakomicie. Zresztą wszystkie pozostałe postacie nie zostają zbytnio rozwinięte (wszystkie ich interakcje kręcą się wokół wątku Wokulskiego) - ciężko wskazać, które z nich znajduje się na drugim miejscu w hierarchii ważności - chyba po prostu zajmują je ex aequo. To w sumie z punktu widzenia kinematografii może stanowić duży problem, ale w tym filmie w ogóle mi nie przeszkadzało. Na największe wyróżnienie zasługują Marek Kondrat (w którym widziałem Rzeckiego, a nie gościa z reklamy banku ING), Andrzej Seweryn (zawsze bardzo wchodzący w swoją rolę), Maria Dębska (idealnie oddająca charakter Wąsowskiej) czy Agata Kulesza (dodająca jeszcze większej wartości wątkowi swojej bohaterki) oraz wyśmienici na trzecim planie Andrzej Chyra i Rafał Rutkowski. Jeśli musiałbym wskazać najsłabsze ogniwa tej, znakomicie działającej machiny aktorskiej, byliby to teatralnie nienaturalny Paweł Wilczak (Szlangbaum) oraz zbyt dobrze bawiący się, przerysowujący swoją rolę Maciej Musiałowski. To oczywiście nie jest jakaś wielka katastrofa, tylko raczej taka drobna usterka.
Błędów brak jedynie w scenografii, kostiumach i świetnie wyglądającym świecie, idealnie odwzorowującym klimat tamtego okresu. Ale jak spojrzymy na nazwiska za to odpowiedzialne, to błyskawicznie wszystko nam się wyjaśnia - Katarzyna Sobańska, Marcel Sławiński, Anna Mocny, Katarzyna Lewińska oraz Tomasz Ossoliński to bez wątpienia najlepsi specjaliści w Polsce od takich zadań. Na kolana powala także muzyka (Łukasz Targosz), która od początku wprowadza widzów w taką melancholijną aurę niepewności i zadumy - nie wiem do końca czy to dobra decyzja, lepiej chyba byłoby stopniowo budować napięcie aż do momentu potencjalnej śmierci Wokulskiego (swoją drogą szkoda, że nie usłyszeliśmy wybuchu z nią związanego). Muszę jeszcze pochwalić Piotra Sobocińskiego Jr. (odpowiedzialnego za zdjęcia) oraz Przemysława Chruścielewskiego (montażystę filmu). Jest w "Lalce" taka jedna scena, którą mógłbym oglądać w nieskończoność, wizualny majstersztyk - gdy Wokulski siedzi przy swoim biurku w akompaniamencie światła wpadającego przez okno. Wspaniała robota. Miałem ciary już przy samym teaserze, a podczas seansu odczułem coś podobnego jeszcze dziewięć razy.
Historia Stanisława i Izabeli broni się sama, trzeba było ją tylko umiejętnie przedstawić (a łatwo jest koncertowo zepsuć ekranizację, nawet dysponując większym budżetem - patrz: "Quo Vadis"), zrealizować z rozmachem tak, aby nie było sensu tworzyć już kolejnej filmowej wersji "Lalki". No i tak się stało. Jest wiele wątków, które dalej można rozwinąć na wielkim ekranie, ale ten główny został chyba już w 99% wyczerpany. Bardzo dobry casting, doskonała sfera wizualna oraz sprawne wyselekcjonowanie fragmentów fabuły powieści w sposób, dzięki któremu w ogóle nie czuć, że produkcja trwa prawie trzy godziny. Najbardziej wyczekiwany przeze mnie film tego roku nie zawiódł. Maciej Kawalski to może być przyszłość i wielka nadzieja polskiego kina kostiumowo-literacko-historycznego.
Dziękuję za przeczytanie oraz zachęcam do podzielenia się swoimi wrażeniami w komentarzach.
110
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.