Frazes “Bohater nie zawsze nosi pelerynę” słyszeliśmy już tysiące razy - stał się wręcz przereklamowany. Lecz tu faktycznie coś w tym jest, pora spojrzeć na odmianę, w której bohaterowie
Frazes “Bohater nie zawsze nosi pelerynę” słyszeliśmy już tysiące razy - stał się wręcz przereklamowany. Lecz tu faktycznie coś w tym jest, pora spojrzeć na odmianę, w której bohaterowie przywdziewają kominiarki odwzorowujące ich zbliżenie do nieba (i smerfów). Pora spojrzeć na temat kościoła z innej perspektywy, nie tej która weźmie najbardziej kontrowersyjne przypadki i oplecie je hiperbolą, lecz tej ludzkiej - ze strony młodych, którzy wierzą - przede wszystkim wierzą w świat.
W dzieciństwie każdy należy do jakiejś grupy. Dla jednych to subkultura, dla innych koło szachowe. Jedni są gangsterami, inni spokojnie nie wychodzą przed szereg. Istnieje jeszcze jedna grupa, o której niewtajemniczeni niewiele wiedzieli, aż do otwarcia bramy do kościoła. “Ministranci” to ta ekipa, która na pierwszym miejscu stawia Boga, a na podium równie z nim są ich koledzy. Właśnie to przystwarza im problemów przy nieuczciwym werdykcie podczas archidiecezjalnych zawodów przygotowywania się do liturgii. Ich bunt od razu daje nam wizje ich poczucia wspólnoty i niesprawiedliwości jakiej zaznali. Z myślą o potrzebie budowania sprawiedliwego świata ruszają w codzienność, która okazuje się być pełna czyhających oszustw i nieprawości. Podejmują więc oni chwalebną misje naprawienia ich małego świata i wsparcia tych, którzy od losu go nie otrzymali.
Nasza paczka okazuje się nie tylko być grupą dzieciaków, których zainteresowało służenie w parafii. Dostrzegają oni wady, które starają się naprawić. Działają sprawczością, w którą wierzą dzieci - coś nie działa, to trzeba naprawić - nie ma, że się nie da. To prowadzenie nas przez tą historię tym luźnym, a zarazem refleksyjnym stylem daje nam poczucie wpatrywania się w solidne kino familijne skrywające w sobie wartość dodaną. Opowieść o przyjaźni to przede wszystkim opowieść o prawdziwości i szczerości, a ta musi być dobrze odwzorowana. Scenariusz nie pozostawia sobie równych w naturalności jaką utrzymuje w relacji bohaterów, szczególnie w ich dialogach. Ta świeża i nietypowa wizja to coś czego już dawno nie było.
Jednocześnie film o kościele brzmi jak kolejna próba podważania społecznego autorytetu i naprawdę miło się patrzy na coś co nie bawi się w kontrowersję tylko płynie swoją własną myślą. Wydawać, by się mogło, że widowisko to skończy swoje ambicje na kolejnej odsłonie “Klera”, który pomimo trudnego tematu wybitnie łatwy byłby do zrealizowania. Tym razem sięgamy gdzieś dalej. W chrześcijańskim świecie dostrzegamy pozytywność i realność, która skrywa w sobie pewne nieczystości oraz nie ucieka od błędów. Ambicje chłopców, które przedstawione jako te iście inspirowane Robin Hoodem starają się odwzorowywać potrzebę pomagania. Efekt poruszenia tematu kryzysu wiary zostaje gdzieś z tyłu jako metafora, lecz treść filmu pędzi dalej i daje nam tyle wątków do przemyślenia, że nad tamtym nie mamy czasu się skupić.
Po raz pierwszy na ekranie prezentują nam się nasi czterej bohaterowie, którzy pokazują nam zupełnie różne światy. Każdy z debiutantów może pochwalić się świetnym startem i wpisem do CV, którego nigdy nie pożałują. Odegranie przez nich dzieciaków zapatrzonych w świat rozpływającym się idealizmem wypada wybitnie. Szczególne gratulacje należą się Tobiaszowi Wajdzie, którego na ekranie widzimy najdłużej. Najdłużej, a zarazem w największej okazałości - ma on okazję pokazać nam wiele w zaskakujących momentach. Film ma też jedną monumentalną wadę, a jest nią Kamila Urzędowska. Oglądaliśmy ją już w wielu fenomenalnych występach, ale ten się do nich nie zalicza. Jej postać przerysowana (nie wiadomo, czy przez nią, czy scenariusz) staje się karykaturalną i zaraża nas swoimi depresyjnymi myślami. Szkoda, bo odgrywa ważną rolę w historii, ale to w jaki sposób została przedstawiona zostawia nam z tyłu głowy zwykły brak satysfakcji.
Podchodząc do tego filmu nie miałem wielkich nadziei. Spojrzałem na niego bardziej z myślą - ciekawe czy zabawi się w krytykę kościoła. Piotr Domalewski wyszedł poza ten dogmat i pokazał piękną pełną luzu historię z wybitnymi postaciami i dialogami. Pozytywne zaskoczenia przychodziło z każdą chwilą, niczym wers na ustach naszych ministrantów raperów. Film o świecie współczesnym i prawdziwym potrafi wzruszyć swoimi rozważaniami co jest słuszne, a co nie. Jakby to powiedzieli bohaterowie “Bóg to oceni” (nie wiadomo jaka alternatywa dla ateistów). Słusznym na pewno będzie obejrzenie tego dojrzałego filmu. On zostawia nas z myślą i wzrusza - szczególnie ostatnimi słowami wypowiedzianymi z ust księdza.