Masterclass

Można się zżymać na wysokich lotów pretensje Friedkina, przyznać jednak trzeba, że jego motywacje i – wbrew pozorom liczne – twórcze dylematy uniwersalizują tę historię, windując ją nad poziom li ...
Przygotowując się do realizacji dokumentu o bodaj najsłynniejszym horrorze w dziejach, Alexandre O. Philippe, pierwszy geek wśród dokumentalistów, oglądał dzieło Williama Friedkina 30 razy przez 30 dni z rzędu. Sny w tym czasie miał ponoć koszmarne. Opłaciło się? Tego z całą pewnością ustalić się nie da – głos szwajcarskiego reżysera wybrzmiewa w filmie bodaj tylko raz. Całą uwagę, ekran i narrację przejmuje gadająca głowa Friedkina. Ma to swoje wady, bez wątpienia jednak warto przystać na ten układ: pomimo ośmiu krzyżyków na karku twórca "Francuskiego łącznika" szczyci się młodzieńczą energią i trzeźwością umysłu, charyzmą wschodzącej gwiazdy sal wykładowych oraz erudycją – wystarczającą na 105-minutową opowieść o powstałym w 1973 roku "Egzorcyście".

Wysłuchujący Friedkina spoza kadru (a między cięciami zapewne obficie wypytujący) Alexandre O. Philippe to najpierw i przede wszystkim hołdujący mistrzom fanboy-kinofil. Owa postawa przenikała jego historię zombie ("Doc of the Dead"), analizę sceny prysznicowej z "Psychozy" ("78/52") i "Wspomnienia: Genezę «Obcego»". Podobnie jest w przypadku "Na wiarę…". Precyzyjne wywody Friedkina na temat "Egzorcysty" nie są przerywane, nikt ich nie podważa, ani nie konfrontuje.

Philippe dostaje od tamtego gotowe meritum, pod które czasem podstawia fotografie z planu, kiedy indziej podrzuca na ekran ten czy inny wyimek z filmografii Friedkina lub z kulturowej klasyki, do której tamten się odwołuje. Proste. I nad wyraz skuteczne: Amerykański twórca jest tu gawędziarzem, autorem najsłuszniejszej (bo jedynej) wersji historii powstania swojego filmu, pierwszym interpretatorem i krytykiem. Ma też świadomość przez dekady narosłych wokół filmu odczytań i mitów, które z nonszalancją utrwala, dopowiada i mnoży.

Szatańskiemu opętaniu z powieści Williama Petera Blatty'ego miała więc odpowiadać seria niesamowitych (dla odmiany szczęśliwych) przypadków przy pracy nad filmem: począwszy od procesu scenopisarskiego przez casting po znalezione lokacje do zdjęć. W swojej opowieści Friedkin niejako podwaja obecną w "Egzorcyście" tematykę wiary, przypadku, cudownej ingerencji czy przeznaczenia; bierze ją na "makingofowy" użytek, by otwartymi pytaniami kokietować widzów. A dar opowiadania, historyczno-filmową wiedzę i świadomość twórczą ma doprawdy wielkie. Tarantino ze Scorsese, strzeżcie się!

Padają anegdoty o biciu księży (no dobrze, jednego), jest o hollywoodzkiej tradycji strzelania na planie, mowa też o diecie z surowych jaj, szlugów i alkoholu prowadzonej przez dubbingującą demona Mercedes McCambridge. Niczym zręczny pijarowiec, nieobciążony skromnością Friedkin ujawnia inspiracje ukochanym malarstwem: portretami Rembrandta, grą światła u Caravaggia czy klimatem z Magritte'a. Butnie przyznaje się do wzgardzenia kompozytorską pomocą legendarnych Bernarda Herrmanna i zaprzyjaźnionego (do czasu) Lalo Schifrina. W swoich analizach odwołuje się do, bagatela, Hitchcocka, Wellesa czy Carla Dreyera. Jeśli czerpać, to od największych. Jeśli walczyć, to też z największymi: autor "Egzorcysty", jak sam stwierdza, poradził sobie z zadaniem, któremu nie podołać mieli Stanley Kubrick, Arthur Penn i Mike Nichols.

Można się zżymać na wysokich lotów pretensje Friedkina, przyznać jednak trzeba, że jego motywacje i – wbrew pozorom liczne – twórcze dylematy uniwersalizują tę historię, windując ją nad poziom li tylko miodu na uszy fanów "Egzorcysty". W pewnym momencie, gdy Friedkin wprost wypowiada obecne w naszych głowach pytanie – "W co wierzysz, Williamie?" – orientujemy się, że wdzięczny rozmówca Philippe'a od początku snuje równoległą opowieść o tematach wielkiego kalibru: Tworzeniu, Artyście, Sztuce. Ile w jego pracy intuicji, twórczego instynktu, ile przypadku, a ile zamierzonej precyzji? Czy autor dzieła powinien wierzyć w jego przesłanie, czy też ma prawo w nie zwątpić? Kto ma przewagę: artysta-sceptyk czy artysta-żarliwiec? A co, jeśli wielkie dzieło nawet dla samego twórcy musi pozostać otwarte? Gdy filmowiec odkrywa w sobie kruchego, wrażliwego i wciąż szukającego artystę – wtedy Alexandre O. Philippe wygrywa. A my wygrywamy razem z nim.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Udostępnij: