Sens życia według Anderssona

Twórcę nagrodzonego kilka lat temu na festiwalu w Wenecji Złotym Lwem "Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu" interesują momenty "pomiędzy", niespektakularne, czasami żałosne, czasami ...
W konkursowym "About Endlessness" Roy Andersson znowu przygląda się ludzkiej kondycji, biorąc na warsztat naszą codzienność z jej całym znojem, samotnością, nadzieją i rozpaczą. To kino dotykające tematów ostatecznych, które wybrzmiewają tu w zupełnie niewymuszony i organiczny sposób. Zaprojektowane, by bawić i rozczulać jednocześnie, ale zrealizowane kompletnie bez potrzeby przypodobania się widzowi.

Uwaga, będzie wyznanie. Po seansach filmów Roya Anderssona zawsze odczuwam głęboką potrzebę korzystania z życia w jego najbanalniejszym wymiarze. Zgodnie z przesłaniem pokrewnego emocjonalnie "Sensu życia według Monty Pythona" – być miłym dla ludzi, spacerować, czytać dobre książki, unikać niezdrowego jedzenia. W festiwalowym pressbooku reżyser wykłada swoje artystyczne credo, które zamyka się w twierdzeniu, że tylko zauważając kruchość i ulotność istnienia, jesteśmy w stanie docenić i szanować to, co mamy. Szwed jest chyba jedynym współczesnym twórcą, który potrafi z taką subtelnością uchwycić w swoich filmach esencję ludzkiego losu, bez popadania w pretensjonalny czy kaznodziejczo-coachowski ton.

Senna, epizodyczna narracja, nieruchome kadry zakomponowane z drobiazgowością godną dawnych mistrzów malarstwa i absurdalny komizm wypływający ze zderzania skrajnych tonacji w najmniej spodziewanych momentach. Andersson w swoim najnowszym filmie znowu opowiada tym samym, niepodrabialnym stylem, sięga po te same tematy i próbuje nauczyć nas uważności na drugiego człowieka oraz zrozumienia dla jego ułomności. A jednak podczas seansu "About Endlessness" w ogóle nie czuć, aby twórca się powtarzał albo korzystał z artystycznych skrótów.

W serii onirycznych scen narratorka inspirowana postacią Szeherezady swobodnie porusza się między jawą a snem, współczesnością a przeszłością. Stopniowo dawkowany surrealizm sukcesywnie zakrzywia filmową czasoprzestrzeń, tworząc między poszczególnymi epizodami zaskakujące paralele, wzbogacając je o dodatkowe konteksty. Andersson zabiera nas do bunkra Hitlera, w którym pokonani, pijani w sztok naziści przy akompaniamencie sypiących się murów usiłują z trudem wykonać hitlerowskie pozdrowienie; pokazuje parę kochanków dryfujących nad zniszczoną przez wojnę Kolonią, inscenizuje drogę krzyżową rozgrywającą się na ulicach współczesnego miasta. Zmagający się z kryzysem wiary ksiądz szuka pomocy w gabinecie psychiatry. Niestety lekarz właśnie wychodzi i naprawdę musi złapać autobus. Mężczyzna, który nie ufa bankom, sprawdza przed zaśnięciem, czy jego oszczędności przechowywane w materacu wciąż tam są. Kolejny bohater zaczepia pasażerów autobusu i żali się, że nie wie, czego chce od życia. Ignorowany przez nich, pyta "czy nie można być już smutnym?". "Dlaczego nie możesz być smutny na przykład w domu?", dziwi się uprzejmie jeden z rozmówców.

Twórcę nagrodzonego kilka lat temu na festiwalu w Wenecji Złotym Lwem "Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu" interesują momenty "pomiędzy", niespektakularne, czasami żałosne, czasami komiczne, takie, które kino zwykle omija szerokim łukiem. Szwed jest oddanym kronikarzem naszych małych wielkich dramatów i rozczarowań, triumfów i chwil radości, skazanych często z góry na niepowodzenie prób skomunikowania się z drugim człowiekiem. Kolejne sceny rozgrywają się na dworcach, w autobusach, poczekalniach, w drodze na urodzinowe przyjęcie, na schodach. Są świadectwami najbardziej ludzkich odruchów i emocji – rozpacz dentysty alkoholika, który właśnie zostawił w fotelu pacjenta z rozwierconym w połowie zębem, jest zestawiana z nadzieją tańczących spontanicznie przed restauracją młodych dziewcząt; cynizm starszego mężczyzny, przekonanego, że zmarnował swój czas, równoważony bezinteresownością ojca, który w środku ulewy odkłada swój parasol, by zawiązać córce sznurówki.

Rozważania Anderssona o naturze nieskończoności jako energii, która nie ginie, lecz po prostu zmienia swoją formę, nasuwają skojarzenia z jego strategią twórczą, opierającą się w gruncie rzeczy od lat na korzystaniu z tych samych narzędzi. Mimo to każdy kolejny film Szweda wciąż zaskakuje oryginalnością i emocjonalną głębią. Jego kino, wpisane w wolne, skupione na trwaniu tempo narracji, głęboko rezonuje z widzem i wzrusza bijącą z ekranu, autentyczną miłością do człowieka.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
97% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).
Udostępnij: