Na Boga Twaroga! Ile jeszcze tych YouTuberów uzna, że YouTube to za mało? Danny i Michael Philippou (vel RackaRacka) nakręcili "Mów do mnie!". Mark Fischbach (vel Markiplier) adaptował "Iron
Na Boga Twaroga! Ile jeszcze tych YouTuberów uzna, że YouTube to za mało? Danny i Michael Philippou (vel RackaRacka) nakręcili "Mów do mnie!". Mark Fischbach (vel Markiplier) adaptował "Iron Lung". Nawet prehistoryczne 5-Second Films uznało, że duży ekran zasługuje na "Dude Bro Party Massacre III". Osobiście nie marudzę. Kiedyś niezależne głosy jak Sam Raimi i Peter Jackson pracowały latami na samą szansę nakręcenia czegoś dużego. Dziś wystarczy jedynie pomysł, kamera, i odpowiedni rozgłos. Inwestorzy zapukają sami.
"Obsesja" jest drugim pełnometrażowym filmem w karierze Curry'ego Barkera. Tym samym jest to jego pierwszy film, który doczekał się światowej kinowej dystrybucji z krwi i kości. Wcześniej z Cooperem Tomlinsonem pisali i kręcili skecze komediowe, które publikowali na kanale That’s a Bad Idea. Tam sparodiowali m.in. wspomniane już "Mów do mnie!". Rozgłos zdobyli dopiero po nakręceniu kilku krótkometrażowych horrorów, które wskazały im dalszą drogę.
Co ciekawe, "Obsesja" komedią nie jest. Czarną komedią? Dzieli wisielcze poczucie humoru, ale nikomu w niej do śmiechu. Samoświadomą fraszką w stylu Zacha Creggera? Też nie. To pełnowymiarowy, staroszkolny horror psychologiczny. Swoją grupę docelową i jej oczekiwania traktuje śmiertelnie poważnie. Barker wyznacza swój cel już od pierwszej sceny, a swoją przyszłość widzi rozpisaną na papierze milimetrowym z precyzją godną weterana branży. Mniej tu juchy i obrzydliwości. Więcej moralnej degradacji. Wszak, zgodnie z prawem Scooberta "Scooby'ego" Doo, prawdziwym potworem jest tu homo sapiens.
Barker nie boi się czerpać inspiracji z filmów, które są starsze, niż on sam. Szkielet historii opiera się na tych samych bitach, co "Zagraj dla mnie, Misty", czy też filmowa adaptacja "Misery". Jego "Obsesja" to, nomen omen, intymna opowieść o obsesji wymykającej się spod kontroli. Rozkręcający ją scenariusz jest piekielnie inteligentny. Kryzys na linii toksycznego Beara (Michael Johnston) i opętanej Nikki (Inde Navarrette) dawkowany jest z gracją prog rockowego albumu. Tylko że... to już było.
Emocjonalnie niedojrzałych bohaterów mieliśmy na pęczki. Tak samo mieliśmy ich nieświadome crushe, magiczne przedmioty, spełniające się życzenia... no i tragiczne konsekwencje. Curry nie zaskakuje. Tym samym nie ma zamiaru bawić się w metanarracyjnego berka lub w odwracanie oczekiwań. Finał elektryzuje, ale można go przewidzieć z kilkudziesięciominutowym wyprzedzeniem. Równie mocno uderza tu brak subtelności. Barker jest doskonale świadomy, że opowiadana przez niego opowieść jest zaskakująco dojrzała, jak na horror komercyjny. Tylko że, no cóż — to horror komercyjny.
Curry wali prosto z mostu. Łatwo się domyślić, kto tu jest prawdziwym katem, a kto prawdziwą ofiarą. Ktoś ma wątpliwości? Przywali jeszcze raz, tym razem w "tej" scenie. Zabawne, że reżyser horrorów może być tak niecierpliwy. Być może uznał, że prowadzące ku temu nieszczęścia rekompensują to z nawiązką? I tu nie przecenił się, bo "Obsesja" trzyma w napięciu. Słowo klucz — napięciu. Nie straszy, ale umiejętnie korzysta z poczucia zażenowania i bezradności, aby zajść za skórę.
Groza nosi tu znamiona tragedii greckiej na kwasie. Już pierwsza decyzja naszego protagonisty skazuje go (i jego "wybrankę") na katastrofę. Próbuje się przed nią ukryć. Próbuje ją przeskoczyć. Na nic. A to wszystko oblane warstwą pysznej psychozy i moralnego niepokoju. Prawie jak u wczesnego Ariego Astera. Albo w ubiegłorocznym "Kopnęłabym cię, gdybym mogła". Wszystko to kieruje mnie to z powrotem do punktu wejścia — rewelacyjnego scenariusza. Punktem wyjścia jest jego realizacja. I tu mamy kolejny problem.
Jak już wspomniałem, Barker wie, że kręci horror komercyjny. Wie, że jego widownia zna swoje granice. W "Obsesji" brakuje symbolicznego sufitu, który mógłby spaść jej na głowę. A to dziwne, bo w swoim "Milk and Serial" nie bał się bawić formą (dla przypomnienia wspomnę, że ów film prezentował się jako ostatnie nagrania dwóch influencerów — ot found footage jakich wiele). Tak samo sprawa ma się z technikaliami. Dla Curry'ego to jeden krok naprzód i jeden krok wstecz.
Czy naprawdę trzeba tu było aż 10 oświetleniowców, aby twarze aktorów błyszczały jak, za przeproszeniem, w produkcjach Netflixa? Sterylna estetyka kłóci się z groteskowym aktorstwem i finałem. Tak samo kłóci się z eleganckim montażem (samego Barkera) i muzyką Rocka Burwella (o ciepłym, analogowym brzmieniu; prawie jak z dyskografii Boards of Canada). Celowa wizja? Może. Mnie nie przekonuje.
Tak samo nie przekonuje mnie Navarrette jako Nikki. Zakres jej mimiki może i jest imponujący (ten odwrócony banan na twarzy!), ale teatralność jej bipolarności psuje emocjonalną równowagę niektórych scen. Nie mogę powiedzieć tego samego o Johnstonie jako Bearze. Jego portret "wrażliwego młodego mężczyzny" tonącego we własnych psychoseksualnych urojeniach jest uderzający... choć równie przewidywalny co piwo, które sobie nawarzył.
"Obsesja" jest filmem zbyt bezpiecznym, aby zostawić jakiekolwiek miejsce na zaskoczenie. Ale nie rozczarowuje. Pod warstwą wątpliwych decyzji kryje się dojrzała, wciągająca opowieść. Może nie wstrząśnie widzem, ale nim zamiesza. Idealnie z kubłem zimnej wody spadającym wprost na jego głowę. W zwolnionym tempie, rzecz jasna.
110
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.