Recenzja filmu

Orzeł kontra rekin (2006)
Taika Waititi
Loren Taylor
Jemaine Clement

Kilka chwil w raju

Nowozelandczyk Taika Cohen popełnił rzecz niemalże bezbłędną, którą docenią wszyscy fani kina niezależnego i niepozornego.
Są takie filmy, o których pisze się z trudem. Nie dlatego, że są złe i nie bardzo wiadomo, co powiedzieć, lecz właśnie dlatego, że są bardzo dobre, chciałoby się wręcz powiedzieć magiczne. W ich przypadku każde słowo zdaje się banałem nieoddającym sprawiedliwości. Do filmów takich należy "Orzeł kontra rekin". Skromny, malutki film, który niczym magiczny klucz odnaleziony w najmniej spodziewanym miejscu otwiera przed nami choć na chwilę bramy raju. To cudowna fontanna pozytywnej energii, po której wychodzimy z kina pełni odświeżenie i optymistycznie nastawieni do świata.

Bohaterami filmu Taika Cohena są maluczcy, którzy nie pasują do wizji współczesnego świata pięknych, modnych, energicznych. To wyrzutki społeczne, żyjące na marginesie, odrzucone przez świat, który nie potrafi wtłoczyć ich w ramy systemu. Dwójka z nich, Lily i Jarrod, spotkają się przypadkiem i zupełnie nieoczekiwanie (głównie dla nich samych) zacznie tworzyć się pomiędzy nimi nić sympatii.

U innego twórcy bohaterowie Cohena z łatwością mogliby się stać cynicznymi outsiderami lub psychopatycznymi mordercami szukającymi zemsty i akceptacji. Tymczasem w "Orzeł kontra rekin" ich odmienność staje się świętością, ich nietuzinkowość przyczyną wielu wspaniałych, cudownie ekscentrycznych momentów. Wszystko to zaś podane jest z fantazją i ciepłym humorem, który nigdy, w żadnym momencie nie wyśmiewa się z bohaterów. Wady i dziwactwa są tutaj podkreślane, przejaskrawiane i celebrowane jako to, co czyni z nas wyjątkowych. W filmie Cohena to 'zwyczajni' ludzie są outsiderami, gdyż są tak normalni, że niewyróżniający się z tłumu. Po obejrzeniu filmu każdy, komu wydaje się, że odstaje od reszty, będzie pragnął odstawać jeszcze bardziej.

Nowozelandczyk Taika Cohen popełnił rzecz niemalże bezbłędną, którą docenią wszyscy fani kina niezależnego i niepozornego. Znakomita reżysera i fenomenalny, pełen życia, radości, humoru i inteligentnych obserwacji scenariusz to podstawowe, ale nie jedyne zalety filmu. Jest też obsada, w której pierwsze skrzypce gra Loren Horsley. To, co ta dziewczyna wyczynia na ekranie, przechodzi wręcz ludzkie pojęcie. Jej Lily to jedna z najcieplejszych i najbardziej ekscentrycznych postaci, jakie pojawiły się w anglojęzycznym kinie ostatniej dekady. Sama Horsley zaś przypomina Toni Collette z "Wesela Muriel" i nie pozostaje życzyć jej podobnie udanej kariery.

Jeśli potrzebujecie ochłody od napompowanych superprodukcji, jakie latem dominują w kinach całego świata, to "Orzeł kontra rekin" jest propozycją właśnie dla was.
1 10
Moja ocena:
9
Marcin Pietrzyk
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
90% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (77 głosów).
Udostępnij: