Plagi irańskie

Zdjęcia – podobnie jak film – są surowe, zimne i precyzyjnie wymierzone. Skupiają się na ofiarach reżimu. Mnóstwo tutaj sprzeczności, dwuznacznych sytuacji. Biała farba zlewa się z czarną. ...
Trudno uwolnić się spod czaru szarych dzielnic Iranu, nawet kilka godzin po seansie "Rękopisów…". Szkopuł w tym, że film Mohammada Rasoulofa to swoista księga potężnych zaklęć czarnoksięskich. Nawet przeciętny Polak – który pluje na ojczyznę co najmniej dwa razy dziennie – ugryzie się w język, zanim stwierdzi beznadziejność swojego położenia. Nielegalnie nakręcony irański dramat to kubeł zimnej wody dla rozgrzanych, nieznających świata, nastoletnich oraz bardziej doświadczonych głów. Informacje o (jak twierdzą niektórzy) wylęgarni zła są bardzo ograniczone, ale – jeśliby wierzyć obrazowi Rasoulofa – dramat jego pobratymców zasługuje na dwie godziny wytężonej uwagi.

Kamera skupia swoje oko na buźce podejrzanego typa. Startujemy z zachowaniem pełnej ostrożności, jednakże irański reżyser szybko "kradnie" ciszę. Przerwę na drugie śniadanie zamieni w intrygującą scenę ucieczki. Po co? Dlaczego? Skąd? Dostajemy skrzynię bez klucza. Mapę bez kompasu. Mnóstwo pytań bez odpowiedzi.

   

Właściwie nie znamy tutaj nikogo. Otoczenie jest zupełnie obce. Potrzeba kilkanaście minut, aby odnaleźć się w ekranowej antyutopii. Tym bardziej, że reżyser (i scenarzysta) nie przebiera w środkach. Trafiamy w samo centrum akcji. Od pierwszych minut zmuszeni jesteśmy uruchomić szare komórki. Irańczyk konsekwentnie prowadzi kilka ściśle powiązanych ze sobą historii. Wątki poszczególnych osób są dla siebie wspaniałymi kontrastami, a specyfika montażu potrafi mocno namieszać w chronologii wydarzeń.

Rasoulof bierze pod lupę trzy warstwy społeczeństwa. Dwie godziny wystarcza mu, aby pogrążyć irańskich obrońców ojczyzny (nadinterpretacja pojęcia patriotyzm?), oddać hołd intelektualistom, stojącym na straży prawdy i wolności, oraz ukłonić się biedocie, która – z trudem wiążąc koniec z końcem – dopasowuje się do systemu, żeby przetrwać. Cóż, selekcja naturalna. Kto częściej folguje pierwotnym instynktom, ten ma przewagę.

W "Rękopisach…" – paradoksalnie – brakuje wewnętrznego cenzora, który skróciłby kilka, wydłużonych do granic nieprzyzwoitości, scen. Film niekiedy traci tempo i musi zbierać rozpęd na nowo. Reżyser z bezproduktywną namiętnością obściskuje faceta pod prysznicem; pozwala – bez entuzjazmu – czekać na instrukcje pod mieszkaniem najemnika; zabiera nas na nudny spacer, od bankomatu do bankomatu. Nadrabia przedłużające się sceny wzniesioną aurą niepewności, wzrastającym (i opadającym) napięciem oraz cichym "polowaniem", któremu ustępują efekciarskie strzelaniny.

   

Mohammad Rasoulof szuka odpowiedzi na pytanie o to, gdzie kończy się wolność jednostki. Jest obiektywnym obserwatorem. Sprawozdawcą. Bardzo skrupulatnym i autentycznym. Przygląda się, jednakże niczemu się nie dziwi. Sugeruje, że dla niego to chleb powszedni. Podążamy więc za uprowadzonym poetą, a realizm uderza bez ostrzeżenia w twarz; odbiera tlen. Protagoniści w "Rękopisach…" są lustrzanym odbiciem Rasoulofa – człowieka ograniczonego przez państwo. Okaleczonego bezlitosną cenzurą. Bez paszportu i możliwości wyrażenia artystycznej myśli.

Zdjęcia – podobnie jak film – są surowe, zimne i precyzyjnie wymierzone. Skupiają się na ofiarach reżimu. Mnóstwo tutaj sprzeczności, dwuznacznych sytuacji. Biała farba zlewa się z czarną. Niewolę uszlachetnia możliwość manifestacji wolności. W powracającej wizji deszczowych, brudnych ulic, pustych mieszkań oraz głodujących dzieci, Iran nigdy nie będzie już tym samym miejscem.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
89% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
Udostępnij:
Twórcy filmu zabierają nas do Iranu, jakiego nie znamy. Nie zobaczymy tu teherańskich zabytków ani imponujących pejzaży. Iran, który pokazuje Rasoulof, spowity jest w ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 90%