Recenzja filmu

Samotne wilki (2024)
Jon Watts
Brad Pitt
George Clooney

Zaprzęg śnieżnego LA

Wilki robią co mogą, żeby rozerwać się przed ekranem. Duet, który od pierwszej wymiany zdań pokazuje nam energetyzującą i przyciągającą historię. Niestety tej energii jest za mało. Szybko bowiem
Od lat jesteśmy obserwatorami kreowanego mitu pięknego Hollywood. Piękne plaże, palmy, góry za miastem, pnące się w centrum wieżowce i zachody słońca. Jon WattsJon Watts - jako naczelny krytyk tego krajobrazu - przenosi nas w miejsce tak abstrakcyjne, jak kosztowne w realizacji. Bowiem “Samotne Wilki” zabierają nas w podróż po zaśnieżonym, nocnym i mrocznym Los Angeles. Sytuacja ekstremalnie rzadka - ostatnie zasypane centrum zarejestrowano w 1962 roku. Jednak nie jest to przeszkodą, żeby stworzyć taki świat w filmie. Po co? Czy to miało jakiś cel? Czy to ma znaczenie w historii? Otóż nie i to jest najśmieszniejsze.
Co robicie gdy przydarzy wam się nietypowy wypadek w waszym ekskluzywnym hotelowym pokoju? Macie wtedy dwie opcje. Pierwsza - wezwać Brad’a Pitt’a, druga - George’a Clooney’a. W tym wypadku dwóch zleceniodawców, wzywa ich obu do tej samej sprawy. Wtedy zaczynają się spory o to kto lepiej usuwa trupy, kto zna lepsze sposoby, kto jest większym samcem alfa, a przede wszystkim kto jest bardziej cool. Punkt wyjścia fabuły łączy naszych bohaterów w duet, który będzie nam towarzyszył przez niemal dwie godziny. Zmuszeni są oni ze sobą współpracować, bo w tej branży nikt nikomu nie ufa - więc trzeba wszystkich sprawdzać. Podczas swojego “sprzątania” bohaterowie borykają się z różnymi problemami, ale największym jest ten - jak utrzymać uwagę widza. Niestety na to chyba żaden z nich nie ma lepszego sposobu.
Wprowadzenie do fabuły trwa tutaj przez całe dwie godziny, formuła relacji między bohaterami odrobinę ewoluuje, natomiast sama mechanika prowadzenia narracji pozostaje taka sama. Jako początek widzimy zapowiedź ciekawego filmu, a z każdą minutą entuzjazm spada, bo spotyka się z rzeczywistością - tak będzie do końca. Scenariuszowo film jest pusty. Kilka niezłych dialogów, może dwa żarty sytuacyjne i cel fabuły tak nielogiczny, że aż boli. Wygląda to trochę tak jakby autorzy przyszli na plan i stwierdzili, że nasi główni aktorzy mogą improwizować - bo dadzą sobie radę. Nie widać czegokolwiek na czym opierałby się ten film.

Wilki robią co mogą, żeby rozerwać się przed ekranem. Duet, który od pierwszej wymiany zdań pokazuje nam energetyzującą i przyciągającą historię. Niestety tej energii jest za mało. Szybko bowiem okazuje się, że nawet tak wybitne połączenie nie jest w stanie samo pociągnąć zaprzęgu wypełnionego durnymi pomysłami reżysera. Pitt jako arogancki, pewny siebie, egoistyczny specjalista w fachu konkuruje od początku na cięte riposty z Clooney’em - spokojnym, profesjonalnym i wyrachowanym graczem, który przychodzi robi swoje i nie bawi się w nadmierne filozofowanie. Dwie dobre kreacje, które robią co mogą, ale raczej ich osiągnięcia wynikają z warsztatu aktorów, niż pracy reżysera i treści scenariusza. 
Gdyby rozebrać na części pierwsze techniki promocyjne platformy Apple TV dojdziemy do dziwnych wniosków - szczególnie tych finansowych. Produkują oni bowiem filmy, których obsada stanowi wysokie obciążenie budżetu, a sama treść często nie jest czymś co zasługuje na pochwały. Z drugiej strony ich wkład jako producenta w masę świetnych i docenianych seriali jest niezastąpiony. I tu rodzi się pytanie związane właśnie z naszym filmem - jak im się to w ogóle opłaca? Nie mam pojęcia jak ta produkcja kosztująca niemal 80 milionów dolarów mogła im się jakkolwiek zwrócić.
Włączając ten film ma się chęć zobaczyć coś luźnego, co wciągnie nas w historię, będzie prowadziło nas przez wydarzenia, będące tłem do kreacji bohaterów. No i po seansie pozostaje niedosyt. Brakuje nam chęci do oglądania tego filmu. Naprawdę szkoda, bo jak już wydali połowę budżetu filmu na takie nazwiska - to mogli je lepiej wykorzystać. Zdecydowanie lepiej. Jeżeli ktoś ujrzał obsadę i stwierdził - “wow to musi być warte obejrzenia” - spotka się z rozczarowaniem. W ramach docenienia umiejętności tej dwójki zdecydowanie lepszym wyborem będzie odświeżenie sobie “Ocean’s Eleven” i w sumie całej serii, która swoją lekkością pokazuje nam, że można zrobić coś uniwersalnego, międzygatunkowego i przyjemnego dla oka - ta produkcja nie ma żadnej z tych cech.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Samotne wilki
Komedia kryminalna, której fabularny szkielet to rywalizacja dwóch zgorzkniałych specjalistów od czarnej... czytaj więcej