Recenzja filmu

Swobodne opadanie (2014)
György Pálfi
Piroska Molnár
Miklós Benedek

Bezwład

Surrealizm "Swobodnego opadania" jest hermetyczny, gęsty i wsobny, oparty na luźnym skojarzeniu, ale przy tym dziwnie lekki i miejscami autentycznie zabawny. Nie wszystkim oczywiście taka ...
Warszawa niedługo ma się zamienić w drugi Budapeszt, dlatego powinno nas mocno interesować, co w kinie bratanków Węgrów piszczy. A piszczy już od pewnego czasu ściągnięty ze Stanów Andrew Vajna i Narodowy Fundusz Filmowy, który faworyzuje ponoć klasyczne scenariopisarstwo, gardząc eksperymentem. Nowy film Györgya Pálfiego z projektem "remadziaryzacji" węgierskiej kultury ma na szczęście tyle wspólnego, co polskie "Córki dancingu" z patriotyczną superprodukcją na miarę Hollywood. Surrealizm "Swobodnego opadania" jest hermetyczny, gęsty i wsobny, oparty na luźnym skojarzeniu, ale przy tym dziwnie lekki i miejscami autentycznie zabawny. Nie wszystkim oczywiście taka odrealniona wizja przypadnie do gustu – Pálfi nie wyjaśnia, nie interpretuje, modelowy widz to dla niego intelektualista z zacięciem do eksperymentów. Ma w głębokim poważaniu klasyczne filmowe narracje oparte na tekście, stawiając na podprogową siłę oddziaływania samego obrazu. Im bardziej sugestywny – groteskowy i brutalny – tym lepiej.



Wielka w tym zasługa zdjęć Gergelya Pohárnoka i muzyki Amona Tobina – wspaniałe światłocienie w połączeniu z połamaną elektroniką wyciskają z twarzy aktorów cały potencjał dziwaczności ludzkiej fizys. Szaleństwo pomysłów Pálfiego zyskuje w ten sposób namacalny, plastyczny wymiar, a obdarzony fakturą obraz staje się paliwem napędzającym umowną narrację. "Swobodne opadanie" najłatwiej opisać jako narkotyczny trip socjologa-amatora po wielomiesięcznym głodzie – w siedmiu epizodach zaglądamy do mieszkań siedmiu rodzin mieszkających w bloku z wielkiej płyty. Nie są to mieszczańskie portrety w żadnym stopniu obiektywne i realistyczne, lecz – jak się wydaje – zniekształcone przez wyobraźnię ociężałej staruszki, która po schodach wspina się na dach budynku, żeby... No właśnie, lepiej nie zdradzać zbyt wielu szczegółów, bo wizje Pálfiego, chociaż nieskomplikowane, mają potężną siłę wizualnego rażenia, zaskakując mieszaniną komizmu i grozy. 

Dobrze określa je nie tyle tytułowa swoboda, co rodzaj bezwładu, ekstatycznego dryfu przez czas i przestrzeń – zawieszeniu ulegają powszechne prawa fizyki i reguły społeczne, na wierzch wyłażą fobie, lęki i obsesje, a rzeczywistość przeistacza się w groteskowy klip reklamowy. Tak zapewne działa ludzka wyobraźnia po długotrwałym kontakcie z medialnym szumem, kiedy, przywołując kolorowe obrazki i telewizyjne klisze, zaczynamy nadawać kształt stukom i jękom dobiegającym od sąsiadów zza ściany. Romans "tej brunetki z dołu" zamienia się w plastikowy japoński sitcom, przesadnie dbająca o czystość para z piątego piętra uprawia seks owinięta folią ochronną, a w gabinecie ginekologa z parteru mają miejsce sceny rodem z "Obcego". Nie jest oczywiście tak, że Pálfiego to pomieszanie rzeczywistości z fikcją jakoś szczególnie uwiera; jest raczej zafascynowany tym, jak często nuda i pozorna zewnętrzna "przeciętność" skrywają żywą, perwersyjną wyobraźnię, kształtowaną latami przez okienko telewizora. Wędrująca po schodach, nieco zaniedbana staruszka to kwintesencja wschodnioeuropejskiej zwyczajności. Emerytka spędza całe dnie w szaroburym mieszkaniu ze zrzędzącym mężem, szydełkując i oglądając telewizyjną papkę. Na ulicy pewnie nie obdarzylibyśmy jej złamanym spojrzeniem, a jednak pod grubą czapą z moheru mogą się skrywać zaskakujące myśli, pragnienia i lęki – surrealistyczna kreatywność godna André Bretona

   

"Swobodne opadanie" to także fantastyczna żonglerka hollywoodzkimi konwencjami gatunkowymi. Każdy z epizodów wykorzystuje inny popularny motyw, na różne sposoby buduje napięcie i kształtuje formę, posługując się absurdalnym humorem jako spoiwem scalającym cały ten "bezwład". Obok wspomnianego sitcomu, mamy tu elementy dystopijnego science fiction, thriller medyczny, horror, melodramat. Każdy, nawet najzabawniejszy kawałek, Pálfi przełamuje naturalistyczną, krwawą wkładką: okaleczoną kończyną, rozbryzgiem mózgu, nienaturalnym rozszerzeniem waginy. Śmiech najlepiej wchodzi z obrzydzeniem – wiedzą o tym miłośnicy fekalnego humoru, wiedzieli surrealiści, wie i Pálfi, praktyk groteski i kinofil wychowany na kasetach VHS. Awangardzista, ale z mistrzowskim wyczuciem klasycznej filmowej formy – przynajmniej dwa, trzy epizody trzymały mnie w napięciu równie mocno, co najlepsze z Hitchcocków. Jedno tylko budzi moją wątpliwość – hermetyzm całego przedsięwzięcia. Bo surrealizm to jednak zabawa dla nielicznych, a "Swobodne opadanie" zbyt często sprawia wrażenie wideoinstalacji wyprodukowanej specjalnie na Nowe Horyzonty. Wiem, sztuka ma ubogacać i zmuszać do wysiłku, ale wysoka piątka z tymi, którzy porzucą myśl o logicznym wynikaniu i dadzą się porwać emocji. Bezwład może w końcu oznaczać zarówno uniesienie, jak i paraliżującą nudę.              
1 10
Moja ocena:
7
Marcin Stachowicz
Urodzony i wychowany w Radomiu. Skończył psychologię i kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Dawniej fan black metalu, niedoszły psychoterapeuta, leczył się z depresji filmami Lyncha, von... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
76% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (38 głosów).
Udostępnij:
„Swobodne opadanie” jest kolejnym potwierdzeniem, że wolność artystyczna może się wciąż rozwijać, pomimo powtarzanych do znudzenia historii, które widzieliśmy już na ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 100%