Recenzja filmu Upadek amerykańskiego imperium (2018)
Denys Arcand

Jak zostać milionerem

Czy "Upadek amerykańskiego imperium" jest w stanie poruszyć kanadyjskie sumienie? Wątpię. Mimo sprawności reżysera, są w filmie takie momenty, kiedy czysta rozrywka gryzie się z propagandą. ...
Filmweb sp. z o.o.
Pieniądze. Biedak marzy, żeby je zdobyć. Jednak ci, którzy je mają, odkrywają, że ich posiadanie wiąże się z całą masą kłopotów. Bycie bogaczem to ciężka robota. Wymaga sprytu, znajomości i sporej dawki szczęścia. Szczególnie w przypadku, kiedy pieniądze nie pochodzą z uczciwych źródeł lub też ich właściciele nie chcą, aby pazerne państwo położyło na ich fortunie swoje chciwe łapska.

Tak pokrótce prezentuje się przesłanie nowego filmu Denysa Arcanda "Upadek amerykańskiego imperium". Myśl tę przedstawia nam za pośrednictwem 36-letniego Pierre-Paula (Alexandre Landry). Jak to często u Arcanda bywa, bohater jest intelektualistą, przedstawicielem gatunku skazanego, jak się wydaje, na wymarcie. Tragiczny stan rzeczy wykłada widzom (i swojej dziewczynie) osobiście. Myślenie jest jego zdaniem cechą upośledzającą człowieka we współczesnym świecie, w którym rządzą miernoty karmione medialną papką. Zadawanie pytań, kwestionowanie rzeczywistości, analizowanie zjawisk jest pewnym sposobem spadku na sam koniec społecznego łańcucha pokarmowego. O czym może zaświadczyć sam Pierre-Paul. Ma wysokie IQ, sypie filozoficznymi cytatami na poczekaniu, a jednak musi pracować jako kurier. I nawet w tej pracy nie jest zbyt dobry, bo nie potrafi bezkrytycznie przyjmować idiotyzmów, których pełna jest codzienność.

Sytuacja Pierre-Paula zmienia się pewnego poranka, kiedy staje się świadkiem napadu. Rabunek nie poszedł zgodnie z planem i bohater został sam z dwiema torbami wypełnionymi pieniędzmi. Szlachetny Pierre-Paul tym razem postanowił wykazać się egoizmem i zamiast zaczekać na policję, zwinął kasę. Problem w tym, że fortuna należy do niezbyt przyjemnych ludzi, którzy w celu jej odzyskania gotowi są torturować i zabijać. Na pieniądzach zależy również policji, ponieważ część odzyskanej kwoty trafi na konto wydziału. Pierre-Paul pozbawiony jest umiejętności niezbędnych do tego, by móc bezpiecznie wykorzystać zdobytą fortunę. Jest jednak na tyle inteligentny, że zdaje sobie sprawę z własnych ograniczeń, więc postanawia znaleźć specjalistę, który pomoże mu wywinąć się z kłopotów.

"Upadek amerykańskiego imperium" to w zasadzie kilka filmów w jednym. Co było ze strony reżysera ryzykownym przedsięwzięciem. Tego rodzaju kombinacje bardzo często nie udają się, ponieważ trudno jest utrzymać w równowadze sprzeczne elementy filmowego dzieła. Arcand jest jednak starym wyjadaczem i znalazł złoty środek.

Jego plan działania okazał się banalnie prosty. Przede wszystkim postarał się o bardzo solidne fundamenty, które utrzymały ambitniejsze elementy filmu. Tą bazą stała się forma kina gatunkowego spod znaku heist movie. Jest więc przebiegły plan, który bohaterowi umożliwia grę na kilku frontach, unikanie niebezpiecznych przestępców i zdeterminowanych stróżów prawa. Pierre-Paul organizuje też ekipę specjalistów, którzy pomogą mu w opracowaniu kolejnych faz postępowania i w realizacji misternej intrygi. Są też umieszczone w strategicznych miejscach fabuły zwroty akcji, dzięki czemu narracja toczy się wartko, a widz z zaciekawieniem czeka na to, co wydarzy się dalej.

Arcand zadbał również o odpowiedni klimat. Mimo górnolotnego tytułu "Upadek amerykańskiego imperium" jest kinem lekkim, przyjemnym i przystępnym. Zawdzięczamy to przede wszystkim ciekawemu zestawowi bohaterów. Pierre-Paul to człowiek tak uroczy i szlachetny, że trudno jest w nim widzieć kombinatora próbującego okraść państwo. Partneruje mu piękna, klasycznie wyedukowana, najdroższa dziwka w mieście i zhańbiony finansista świeżo wypuszczony z więzienia.

Barwne postacie zapewne nie przykuwałyby uwagi widzów, gdyby nie właściwie dobrana obsada. Kluczowym posunięciem było zaangażowanie do głównej roli Alexandre'a Landry'ego. Potrafił on uczynić z Pierre-Paula osobę tak sympatyczną, że widzowie będą kibicować jego działaniom z wielkim zaangażowaniem. Równie urocza, a do tego filmowana z jak najlepszej strony, była Maripier Morin. Solidnie wypada drugi plan, przez co film wygląda tak, jakby jego realizacja była błahostką.

Na tak przygotowaną bazę Arcand nałożył ambitniejsze motywy. "Upadek amerykańskiego imperium", jak wcześniej "Wilk z Wall Street", "Big Short", "Chciwość" czy "Inside Job", demaskuje świat finansjery. Reżyser pokazuje, że napady na banki to anachronizm i dziecinada. Prawdziwy rozbój dokonuje się w zaciszu gabinetów na najwyższych piętrach drapaczy chmur. Nie ma tam miejsca na pistolety i bezpośredni kontakt ofiar i sprawców. Bronią są komputery z dostępem do internetu i stosy dokumentów, w których ukryć można niemalże każdą fortunę.

Film Arcanda ma też ostry pazur społeczny. Reżyser pochyla się nad problemem biedy i bezdomności w Kanadzie, który wydaje się bezpośrednio związany z rasą. Najbardziej pokrzywdzonymi są bowiem rdzenni mieszkańcy Kanady: Inuici i Indianie. Reżyser zrobił, co w jego mocy, by widzowie nie zignorowali tego problemu.

Czy "Upadek amerykańskiego imperium" jest w stanie poruszyć kanadyjskie sumienie? Wątpię. Mimo sprawności reżysera, są w filmie takie momenty, kiedy czysta rozrywka gryzie się z propagandą. Niektóre teksty wypowiadane przez bohaterów brzmią tak, jakby pochodziły z wykładu na wydziale filozofii czy socjologii. A w finałowych ujęciach reżyser przeszarżował z łopatologią. To może zrazić tych widzów, którzy wolą sami odkrywać głębsze przesłanie filmowego dzieła. Na szczęście pozostaje intryga, bohaterowie i obsada. Za ich sprawą "Upadek amerykańskiego imperium" idealnie nadaje się do miłego spędzenia dwóch godzin w kinie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię