Recenzja gry

Assassin's Creed (2007)
Marek Klimczuk
Patrice Desilets
Jacek Kopczyński
Daniel Olbrychski

Podróże po Ziemi Świętej

Gdy zapowiedziano pierwszą część "Assassin's Creed", mało kto wtedy wiedział, że będzie to jedna z najbardziej eksploatowanych marek na rynku. Sam pomysł na rozgrywkę rozpalał wyobraźnię tysięcy ...
Gdy zapowiedziano pierwszą część "Assassin's Creed", mało kto wtedy wiedział, że będzie to jedna z najbardziej eksploatowanych marek na rynku. Sam pomysł na rozgrywkę rozpalał wyobraźnię tysięcy graczy, mieliśmy wszakże przenieść się do Ziemi Świętej i tam wcielić się w jednego z członków bractwa Asasynów. Dotychczas bezapelacyjnym mistrzem cichego sprzątania był Agent 47. Czy Asasyni odebrali mu ten tytuł?

Wcielamy się w nie byle kogo, bo Altair jest najlepszym z najlepszych. Niestety, poprzez swoją niesubordynację traci wysoką rangę, a przy tym sprzęt i umiejętności (sic!), co naturalnie daje pretekst do rozwijania bohatera od początku. Nie jest on jednak jedynym bohaterem, którym mamy okazję pokierować. To za sprawą Desmonda Milesa i tajemniczej firmy Abstergo możemy odwiedzić m.in. Jerozolimę i Damaszek. A wszystko dzięki niezwykłej maszynie o nazwie Animus, która poprzez analizę DNA odtwarza wspomnienia przodków danej osoby. Sama fabuła jest dość enigmatyczna, więc jakoś nie obserwuje się jej z zapartym tchem, a zakończenia domyśliłem się już po pierwszym dokonanym zabójstwie.



Główny wątek polega na wykonaniu dziesięciu zabójstw, jednak nim się do nich dobierzemy musimy przeprowadzić śledztwo. Jeśli komuś przyszły na myśl śledztwa w stylu "L.A. Noire", to śpieszę z wyjaśnieniem: nic z tych rzeczy. Te obecne w "Assassin's Creed" są maksymalnie schematyczne. Wszystko polega na tym, by wykonać kilka banalnych zleceń w stylu "przynieś, wynieś, pozamiataj": przesłuchiwanie, kradzież kieszonkową, podsłuchiwanie itd. itp. "Wersja reżyserska" nieco je urozmaica i dodaje kilka nowych rodzajów zadań np. ciche zabijanie strażników/łuczników, niszczenie straganów, wyścig po dachach. I choć te dodatkowe rodzaje zleceń różnicują rozgrywkę to nie są zbyt pomysłowe i przemyślane, a co najgorsze - są na czas. W ramach wdzięczności zleceniodawcy dzielą się z nami informacjami przydatnymi podczas wykonywania egzekucji, chociaż i tak za każdym razem tak naprawdę idziemy na żywioł. Dialogów jest niewiele i nie są jakoś specjalnie ciekawe. O ile w innych grach uważnie wsłuchuję się w dialogi, o tyle tutaj nie przykuwały mojej uwagi. Po ukończeniu jednego zlecenia ma się wrażenie, że zna się całą grę na wylot.

Trochę szkoda, że zabrakło możliwości cichego wykonywania egzekucji. Przede wszystkim chodzi o to by przyszłą ofiarę zaatakować z zaskoczenia a po wszystkim zwiać z miejsca zbrodni. Tutaj wkracza chyba najważniejszy "ficzer" w całej serii - parkour. Altair potrafi z gracją kota wspinać się po budynkach i szybko przemykać po dachach miast Jerozolimy. Jest to system całkiem zmyślny i intuicyjny, gdyż bohater automatycznie "przykleja" się do danych obiektów. Oczywiście czasami coś nie zadziała, bohater nie złapie się czegoś i spadnie, jednak w ogólnym rozrachunku jest to jedna z największych zalet gry. Z wielką przyjemnością obserwowałem płynne animacje wspinającego się Altaira. O dziwo, strażnicy i rycerze (naturalnie w pełnym rynsztunku, a co!) też wcale dobrze radzą sobie ze wspinaczką, by więc skutecznie uciec musimy się gdzieś schować albo wtopić w grupę mnichów. A gdy próbujemy się wspinać to rzucają kamieniami, sprowadzając nas na ziemię. Dlatego czasami prostsza od ucieczki jest walka.



System walki bardzo mi się spodobał. Oferuje dość spory wachlarz możliwości poprzez uniki, kontry, odepchnięcia, finiszery dzięki temu walki wyglądają niezwykle efektownie. Przypomina trochę model znany z "Batmanów", choć jest zdecydowanie mniej płynny. Najpoważniejszą wadą jest to, że przeciwnicy atakują pojedynczo, co można wybaczyć, gdyż inaczej nie potrafilibyśmy pokonać nawet 3 przeciwników naraz. Poza tym gdy zgromadzi się spora grupka przeciwników w ogóle tego nie widać, gdyż po ataku jednego natychmiast atakuje następny. Musimy się więc uwijać jak w ukropie, by nie oberwać. Ten element zaliczam na plus, nieraz specjalnie nie uciekałem by sobie powalczyć. Efektowne i brutalne finiszery sprawiają satysfakcję. Przyczepiłbym się do niezbyt lotnej AI. Czasami zdarzyło mi się zabić po cichu kilku przeciwników po kolei, a stojący nieopodal nich kolega nawet nie zareagował.

Świat jest dość spory. Poza bazą wypadową, Masjafem, obecne są takie miasta jak Jerozolima, Damaszek, Akka, a także spory obszar pozamiejski nazwany jako Królestwo. Każdy obszar oferuje inne, bardzo ładne zresztą widoki, gra ma 7 lat, więc twórcom należy się za oprawę szacunek. Same miasta są dość duże, może biegając po dachach tego nie widzimy, ale gdy zejdziemy na ziemię, można się już zgubić w plątaninie wąskich średniowiecznych uliczek. Wtedy automatycznie budzi się ochota wspinaczki po dachach, gdyż wtedy wszystko jest znacznie prostsze. Każda dzielnica się czymś wyróżnia, a poszczególne miasta mają charakterystyczne budowle, jak chociażby Kopuła na Skale w Jerozolimie czy Meczet Umajjadów w Damaszku. Jest więc co zwiedzać, szkoda tylko, że poza zbieraniem kolejnych znajdziek wszelkiego rodzaju: flagi różnego rodzaju, punkty obserwacyjne, zabójstwa Templariuszy, nie ma jakichś ciekawszych aktywności pobocznych. Nawet ratowanie mieszczan przed napastującymi ich strażnikami można zaliczyć jako znajdźkę. Jest ich dość sporo w każdej dzielnicy, a w ramach nagrody znikąd pojawiają się grupa osiłków albo zakonnicy. Ci pierwsi spowalniają pościg, a drudzy pozwalają się wtopić między nich. Pomiędzy miastami przemieszczamy się konno, co jest fajnym urozmaiceniem od ciągłego biegania po dachach. Świat, mimo że ciekawie zaprojektowany i ładnie wyglądający, jest tylko makietą. Nie ma tu dużej wiarygodności, a "Assassin's Creed" zdaje się wręcz krzyczeć: "Jestem tylko grą!". Czar pryska, gdy ratujemy setnego z kolei przechodnia, a ten wciska nam ten sam tekst, co jego poprzednicy. Tuż po tym, jak nam podziękują, ze zdziwieniem patrzą na ciała strażników i pytają: "Któż mógł zrobić coś tak strasznego?!". Bardzo mnie też wpieniali umysłowo chorzy czy pijani obywatele, którzy bez powodu zaczynali mnie okładać, co czasami utrudniało aktualne wykonywane zadanie. Kilka razy nie wytrzymałem i wbiłem im ostrze między żebra, chociaż normalnie nawet w "GTA" staram się nie zabijać postronnych... Cóż, w końcu wcielam się w zabójcę, czyż nie? Schematyzm i niedoróbki zabijają frajdę płynącą z rozgrywki. Trochę szkoda, ponieważ bardzo cenię sobie ten element w grach. Twórcy większość błędów sprytnie zwalają na niedostatki Animusa.



O muzyce za wiele nie napiszę, gdyż podczas gry jakoś nie zwracałem na nią zbytniej uwagi. Przygrywa dość cicho, czasami wcale i niezbyt zapada w pamięć. Nieraz tylko uruchamiała się głośniejsza muzyka z charakterystycznymi dla Bliskiego Wschodu brzmieniami. Polski dubbing jest w porządku. Głównego bohatera dubbinguje Jacek Kopczyński, całkiem nieźle sprawdzając się w tej roli. Do samego protagonisty jakoś specjalnej sympatii nie czułem, ot, kolejny zabijaka. Daniel Olbrychski w roli Al-Mualima oraz reszta obsady także wypadają nie najgorzej. Jeśli chodzi o głosy, to śmieszyły mnie okrzyki umierania strażników. Tak się drą, że nie słychać, co ma do powiedzenia uratowany cywil. Krzyczą nawet, gdy obywatel wygłosi już swoją kwestię.

"Assassin's Creed" sprawdza się najlepiej jako przerywnik pomiędzy bardziej absorbującymi grami. Można włączyć na te półgodziny i zaliczyć parę zleceń. Dużo lepiej sprawdziłaby się tutaj konstrukcja misji i fabuły w stylu "GTA", co w kolejnych częściach poczyniono. Szkoda tylko, iż twórcy zaczęli odcinać kupony od kolejnych części, wydając je w tempie dwóch-trzech gier na rok.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
67% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).
Udostępnij:
Tytuł jest swoistym połączeniem platformowej "Prince of Persia" i skradankowego "Hitmana", co sprawia, że mechanika gry jest nad wyraz oryginalna. więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 75%