Recenzja gry BioShock Infinite (2013)

Cud, miód i krew

W 2007 roku w branżę gier wideo tchnięty został powiew świeżości. Stało się tak za sprawą Irrational Games i ich "BioShocka". Pozwolił nam on "odwiedzić" podwodne Rapture.
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
W 2007 roku w branżę gier wideo tchnięty został powiew świeżości. Stało się tak za sprawą Irrational Games i ich "BioShocka". Pozwolił nam on "odwiedzić" podwodne Rapture. Z założenia miało ono być miastem ludzi wyzwolonych, lecz los obrócił je w coś zupełnie innego. Graczom dane było poznać historię tej przemiany i zmierzyć się z jej konsekwencjami. Temat został wyczerpany, gdy w roku 2010 wydany został "BioShock 2". Studio rozpoczęło więc poszukiwania nowych motywów, które ponownie miały nas zaskoczyć.

"BioShock Infinite" rozpoczyna się na początku XX wieku, gdzieś u wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Postacią, w którą się wcielamy, jest Booker DeWitt, były detektywa Agencji Pinkertona. By spłacić zaciągnięte długi, podejmuje się odnalezienia i sprowadzenia do Nowego Jorku dziewczyny imieniem Elizabeth. Dwójka zagadkowych postaci zostawia go u stóp latarni morskiej. Wchodzimy do środka i od razu zauważamy pewne odchylenia. Szybko dostajemy się na szczyt i zaczyna się prawdziwy odlot. To, co obserwujemy przez następnych kilka chwil, jest poezją w najczystszej postaci. Nasze powieki nieruchomieją, zmysły zostają onieśmielone, a czas wydaje się stać w miejscu. Latające miasto w chmurach wita nas z otwartymi ramionami.

Columbia w pierwszym kontakcie przypomina wesołe miasteczko. Co rusz i z każdej strony ukazują się nowe atrakcje. Biegamy oczarowani, chcąc wszystko dokładnie obejrzeć. Atmosfera, kolorystyka, czystość. Wszystko to sugeruje, że mamy do czynienia z czymś niezwykłym. Rapture zaskakiwało nas swoją tajemniczością i stylem. Columbia to coś zupełnie innego. Stawia na piękno i wyniosłość. Jawi się nam jako ziemia obiecana. Miasto miodem płynące. Miejsce spokoju, gdzie ludzie nie śpieszą się, żyją w szczęściu i dostatku. Ten błogi stan nie trwa jednak zbyt długo, ponieważ utopia zmienia się w antyutopię. Występują tu bowiem pewne zasady, a nasz bohater wcale nie jest mile widziany. Uświadamiamy sobie, jak blisko nas jest granica między niebem a piekłem. Sielanka ulatuje, a my porzucamy zwiedzanie  i wkraczamy do zgoła innej rzeczywistości. Każde porządne wesołe miasteczko musi mieć przecież swój dom grozy. Columbia też ma, i to jaki. Nie straszą tu potwory z kartonowych wycinanek, lecz demony kryjące się w zakamarkach ludzkich dusz. Zmieniają one drastycznie Columbię. W tym momencie "BioShock Infinite" przestaje być piękną rozrywką i podejmuje bardzo poważne tematy. Szowinizm, fanatyzm religijny, rasizm i ksenofobia, niewolnictwo - to tylko niektóre z nich. Ważnych kwestii jest więcej. Jesteśmy świadkami narodzin rewolucji, wybuchu wojny domowej oraz jej następstw. Choć okoliczności temu nie sprzyjają, bohater kontynuuje swoją misje i w końcu udaje mu się spotkać z Elizabeth.
 
Stanowi ona kluczową rolę w tej historii. Nie jest ona jednak postacią, której jedynym celem jest pchanie fabuły do przodu. To chyba ostatnia bohaterka w świecie gier wideo, o której mógłbym tak powiedzieć. Mogę za to stwierdzić, że jest zachwycająca i urocza, a przy tym niezwykle pomocna. Często ratuje nam skórę w najbardziej krytycznych momentach. Podrzuca amunicję, zbiera pieniądze, dba o stan naszego zdrowia i posiada niezwykłe umiejętności, które ułatwią walkę. Pozostali napotykani bohaterowie są ciekawie wykreowani i z przyjemnością słucha się co mają do powiedzenia. 

Wszystkie wspomniane wyżej elementy, mają swój fundament w genialnej warstwie audiowizualnej. W kwestii technicznej grafika jest ładna i pozwala na stworzenie bardzo artystycznej wizji świata, i bohaterów. Muzyka wcale jej nie ustępuje a może i przewyższa. Pełna urzekających, hipnotyzujących, ale gdy trzeba również przeszywających dźwięków. Rewelacyjnie komponuje się z obrazem i niesamowicie potęguje doznania.

Odrobinę gorzej wypada sama rozgrywka. Owszem strzelanie i używanie mocy, które posiada główny bohater daje satysfakcję, ale po pewnym czasie może wydać się trochę monotonne. W środkowym fragmencie gry przydałoby się większe urozmaicenie. Nie pomaga też nie do końca zrównoważony poziom trudności. Czasem pozbywamy się kolejnych wrogów z dużą łatwością, by po chwili naciąć się na większego przeciwnika, który wydaje się być "nie do przejścia". Trzeba się wtedy nieźle nakombinować - co nie jest miłe - jednak ostatecznie daje to dużą satysfakcję.
Generalnie te drobne wada giną jednak w klimacie jaki stworzyli dla nas twórcy.

Ten właśnie klimat oraz fabuła, którą scenarzyści stopniowo przed nami rozwijają, sprawiają że gramy i chcemy jak najszybciej wypełniać kolejne cele. Gdy wydaje nam się, że osiągnęliśmy ten ostatni, to znienacka zostajemy odurzeni ostatnią atrakcją w tym (nie)wesołym miasteczku. Największą i przerażającą - zakończeniem.

Jest ono jak olbrzymia karuzela. Dziewczyna, która wydaje tu bilety, ostrzega nas. "Jesteś pewien? Ta przejażdżka będzie inna niż pozostałe. Niebezpieczna i nieprzewidywalna". My jednak jesteśmy odważni, w końcu nie jedno już tu widzieliśmy. Zaraz, czy na pewno? Może byliśmy ślepi. Widzieliśmy tylko to, co chcieliśmy albo co było dane nam widzieć. Nieważne. Wsiadamy. Maszyna rusza. Nabiera prędkości, a pęd coraz bardziej wykrzywia naszą twarz. Osiąga stan maksymalny i wtedy - otwieramy oczy. Tak! Byliśmy ślepi, a teraz widzimy. Widzimy i nie wierzymy. Nie jesteśmy w stanie nic powiedzieć, skomentować albo wykrzyczeć - nic z tego - odebrało nam mowę. Nasza szczęka odpadła, a my niezdarnie staramy się ją wrócić na miejsce. Przez sekundę łudzimy się jeszcze, że to wcale nie jest tak, jak nam się wydaje, i za chwilę znowu zapanuje ład. Niestety. Nadzieja ginie, gdy kątem oka dostrzegamy, że nasz mózg eksplodował, a jego fragmenty właśnie ściekają nam po skroni.
 
Tak kończymy tą podróż. Zastygamy w całkowitym bezwładzie. Karuzela będzie się kręcić jeszcze przez chwilę, zwalniając, aż do zatrzymania. Jednak to nie koniec, bo zawrotów głowy nie prędko się pozbędziemy. Oszołomieni, musimy się obracać i zataczać, a im bardziej będziemy nasze przeżycie kwestionować, tym bardziej będziemy się w nim ugruntowywać. Bo choć otarliśmy się o zagadnienia, których nie da się jednoznacznie określić i udowodnić, to jednak są one logicznie spójne. Końcówka robi takie wrażenie z dwóch powodów. Po pierwsze treść - niezwykle dosadna i porażająca. Po drugie forma - efektowna i wciągająca. Nie pełnimy roli obserwatora. Akcja nie rozgrywa się obok nas, lecz wokół nas, my jesteśmy jej centrum. Ta interaktywność wprowadza dodatkowego smaku i sprawia, że odbiór jest ciekawszy.

Można recenzować tą grę, próbować ją opisywać, zachwalać i rekomendować. Oglądać zwiastuny i dostępne fragmenty. Jednak nie pozwoli to nikomu poznać jej piękna. Bo jest ona niczym tocząca się kula śniegowa, która z każdym kolejnym przebytym metrem, staje się potężniejsza, ale jednocześnie bardziej intrygująca. Nagle robi zwrot i kieruje się prosto na nas. Najwspanialszy jest moment gdy w nas uderza. W tych ostatnich sekundach, stworzona przez nas wcześniej skumulowana masa, wraca z olbrzymią siłą. Jest to uczucie, które po prostu trzeba przeżyć. 

Życzyłbym każdemu, by ta produkcja zrobiła na nim takie wrażenie jak na mnie. Zdaję sobie jednak sprawę, że znajdą się osoby, którym z jakichś przyczyn się nie spodoba. Wiem też, że nie będę się kłócił, gdy ktoś znowu będzie przedstawiał gry jako pustą rozrywkę, która nie przekazuje wielkich treści, nie skłania do myślenia, nie obrazuje pewnych rzeczy i nie wzbogaca człowieka. Powiem tylko: Tak? To zagraj w "BioShock Infinite", bowiem ta gra to rozrywka przez duże "R", ale również sztuka przez jeszcze większe "S".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
_GHOST_
ocenia tę grę na:
1 10 9/10 rewelacyjna

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)