Ludzie zawsze gadają... Ostatnio głównie o Gothicu

Studio Alkimia dochowało wierności oryginałowi, co nie znaczy, że odpuściło jakiekolwiek innowacje. Najgłośniejszym echem odbił się nowy system otwierania zamków. 
Ludzie zawsze gadają... Ostatnio głównie o Gothicu
Niewiele tytułów cieszy się w Polsce równą renomą, co pierwszy "Gothic". Studio Alkimia, które postanowiło odświeżyć przygody Bezimiennego, mogło być zatem pewne, że ich dziełu nie grozi przejście bez echa. Z drugiej strony próba sprostania oczekiwaniom fanów oznaczała podjęcie iście tytanicznego wyzwania. Prawdę rzekłszy, nie wierzyłem, że mu podołają. Szczęśliwie życie wciąż potrafi mnie jeszcze zaskoczyć… Przynajmniej częściowo.


Zacznijmy od najoczywistszego, czyli grafiki. Odświeżone modele postaci, przeciwników oraz wyposażenia wyglądają bardzo dobrze i idealnie oddają nastrój pierwowzoru. W niepamięć poszły nazbyt soczyste kolory z opublikowanego lata temu dema koncepcyjnego. Choć Hiszpanie zdecydowali się na lekką ingerencję w architekturę mapy, kluczowe miejsca odwzorowali na tyle wiernie, że nieraz uśmiechniecie się na widok znanego zaułku czy chaty. Tej biednego Kyle’a również.

Tradycyjnie dla Unreal Engine’u 5, dzikie ostępy wyglądają nazbyt płasko i plastikowo. Nie pomaga im kiepskie światło rozproszone, czyli – uproszczając – dzienne. Wiele zależy oczywiście od monitora i osobistych preferencji, ale sugeruję solidnie obniżyć domyślny kontrast, inaczej gra bywa kompletnie nieczytelna. Zwłaszcza na bagnach, gdzie swoje dokłada jeszcze nadmiar rozmaitych ozdobników.


Retuszowi poddano również udźwiękowienie. Stare utwory są w pełni rozpoznawalne i choć nieco je przearanżowano, wciąż cieszą ucho. Mieszane emocje wzbudził we mnie za to dubbing. Zatrudniono wielu aktorów sprzed lat, niestety niektórzy z nich wypadli blado. Diego jest niesamowity, podobnie jak kilku innych, ale Bezimienny brzmi nazbyt… niepewnie. Odniosłem wrażenie, jakby pan Jacek Mikołajczak zbyt często (i nie zawsze potrzebnie) mówił półgłosem, przez co jego kwestiom brakowało dawnego ognia i uszczypliwości. Szkoda też, że poszczególne linie dialogowe lekko przepisano. Zachowały naturalnie niegdysiejszy sens, ale wielu fanów skrzywi się, słysząc "Jeden potwór mniej!" zamiast pamiętnego, soczystego, "Jedna bestia mniej!". Bzdura? Możliwe, ale stracono okazję do zagrania na nostalgii.

"Gothic" zasłynął między innymi z powodu niewybaczającego błędów poziomu trudności. Przez pierwsze godziny bohater jest słaby niczym niemowlę i pada martwy pod naporem byle ścierwojada. Zwłaszcza jeśli dziobnie pierwszy! Remake podchodzi do sprawy podobnie, lecz chętnym pozwala wyregulować poziom wyzwania wedle własnej woli – najtwardsi mogą nawet jeszcze bardziej uprzykrzyć sobie życie. 

Warto się dwa razy zastanowić, bo od decyzji nie ma odwrotu, a "Remake" wczytuje się dość długo, co przy większym natężeniu powtórek bywa uciążliwe. Gra lubi też w trakcie tego procesu wyskoczyć do pulpitu. Pomaga rezygnacja z włączonej domyślnie opcji Nvidia Streamline Reflex oraz frame-gena, ale bez nich "Gothic" miewa problemy z płynnością. Na „bardzo wysokich” ustawieniach animacja potrafi chwilowo spaść poniżej 60 klatek nawet na pececie wyposażonym w RTX-a 5080. Przynajmniej w  rozdzielczości 3440x1440. 

Pomniejszych niedoróbek jest niestety więcej. Postacie potrafią odejść w trakcie dialogu i zatrzymać się w nieprawidłowym miejscu, przez co patrzą na siebie pod dziwacznymi kątami, nienaturalnie wykrzywiając głowy. Innym razem pewien mag bez powodu zaatakował mnie w środku miasta, kiedy grzecznie przybiegłem do niego z wypełnionym zadaniem. Krótko mówiąc, na pececie grać się da, ale poczekałbym na łatki. Wersje konsolowe wypadają podobno gorzej, acz nie dane mi było ich przetestować. 


Studio Alkimia dochowało wierności oryginałowi, co nie znaczy, że odpuściło jakiekolwiek innowacje. Najgłośniejszym echem odbił się nowy system otwierania zamków. Zamiast odgadywać prostą sekwencję „lewo-prawo”, trzeba teraz rozwiązać skomplikowaną, wielostopniową zagadkę z kilkoma wzajemnie na siebie oddziałującymi elementami. Początkowo kląłem jak szewc, ale kiedy zrozumiałem, o co chodzi i porządnie przeszkoliłem postać, zacząłem czerpać ze złodziejstwa pewną przyjemność. Tak czy owak uważam, że minigra zabiera zbyt dużo czasu, więc przy otwieraniu trzydziestego kufra z kolei trudno nie przewracać oczami. 

Asortyment zmian jest znacznie szerszy. Odpoczywanie w łóżku już nie zawsze odnawia zdrowie, dodano system ulepszania pancerzy, przeprojektowano walki z bossami i tak dalej. Imponuje zwłaszcza rozbudowana druga połowa gry. Autorzy skorzystali z okazji, by rozwinąć potraktowane dawniej po macoszemu wątki, wprowadzić dodatkowe zadania oraz tchnąć nieco życia w lokacje pokroju obozu Quentina. Nazbierało się tego zaskakująco dużo, ale nie odniosłem wrażenia, że cokolwiek wciśnięto na siłę. No, może z wyjątkiem pewnego zwierzęcia wierzchowego oraz sceny muzycznej, ale to elementy humorystyczne, więc nie widzę powodu do darcia szat. 


Jeśli chodzi o walki, korekty najłatwiej dostrzec w łucznictwie i magii. Pierwsze nie korzysta już z systemu autonamierzania. Zamiast tego trzeba ręcznie naprowadzić wskaźnik na cel i w odpowiednim momencie wypuścić strzałę. Celnym okiem muszą wykazać się również czarodzieje. Dla równowagi podstawowe zaklęcia potrafią teraz rzucać w ruchu, co uprzyjemnia im życie w starciach z wieloma wrogami. 

Wojownicy po staremu bazują na atakach kierunkowych. Tradycyjnie nie warto łomotać w przyciski na ślepo, lecz wciskać je w odpowiednim tempie, utrzymując rytm i tworząc kombinacje. Jakość i długość tych ostatnich (oraz animacje, rzecz jasna) zależą od poziomu wyszkolenia. Uwagę zwraca większa troska o ciężar oręża. Bezimienny znacznie wolniej wymachuje jednoręczną pałką niż mieczem. W oryginalne spadek tempa zauważalny był dopiero po przesiadce na "dwuręczniaki". Szerokie cięcia potrafią ponadto trafić więcej niż jednego przeciwnika. 


Czy "Remake" ma szansę dorównać w oczach graczy oryginałowi? Nie sądzę. Nawet najznakomitsza terapia odmładzająca nie pozwoli powtórnie przeżyć emocji sprzed ćwierwiecza, zwłaszcza że większość z nas "Gothica" poznawała w dzieciństwie, kiedy wszystko wydawało się świeże, wciągające i niezrównane. To rzekłszy, stwierdzam, że "nowy" "Gothic" wypadł lepiej, niż śmiałbym oczekiwać. Szczególnie cenię sobie sposób, w jaki rozwinięto drugą połowę fabuły, wątek orków oraz starcie z ostatnim bossem. W ramach odskoczni od nieśmiertelnego oryginału warto sprawdzić… choć raczej za klika miesięcy, kiedy znikną ostatnie niedoróbki.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?