Życie, życie jest komiksem

Miasteczka piękne, ale ludzie dranie. Parafraza słynnego cytatu z Marszałka posłużyć może jako zadziwiająco trafne motto całej serii "Life Is Strange", gdzie, choć na pierwszy rzut oka mieliśmy ...
"Life is Strange: True Colors" - recenzja
Miasteczka piękne, ale ludzie dranie. Parafraza słynnego cytatu z Marszałka posłużyć może jako zadziwiająco trafne motto całej serii "Life Is Strange", gdzie, choć na pierwszy rzut oka mieliśmy do czynienia z powolnym obyczajem, zawsze coś buzowało pod pokrywką. Niby i teraz nie jest inaczej, bo ktoś ginie jeszcze przed końcem pierwszego aktu, a śmierć ta może nie być dziełem przypadku, lecz wydaje się, że tym razem ludzie są po naszej stronie. Choć to Alex, bohaterka gry, potrafi bezbłędnie odczytać ludzkie emocje, i mieszkańcom Haven Springs nie brak empatii.



A to miła odmiana, bo dziewczyna po latach rozłąki z bratem Gabe’em (której korzenie gra odsłoni później) i tułania się po rodzinach zastępczych nareszcie znajduje swoje miejsce na świecie. Haven Springs to idylliczna miejscowość u stóp malowniczych gór, której pocztówkowa uroda faktycznie prowokuje do zadumy, czy aby lepiej rzucić to wszystko i nie wyjechać lada dzień do Kolorado. Chciałbym też tymi słowy wyrazić swój zachwyt nad oprawą graficzną i designem środowisk, bo "Life Is Strange: True Colors" to kolorowanka nieprzeciętnej urody, gdzie ani razu nie wyjechano kredkami za linię. Modele postaci, mimika ich twarzy (przyznaję jednak szczerze, że bohaterowie drugiego planu niekiedy nie są tak dobrze dopracowani jak Alex), gra aktorska, naturalnie brzmiące dialogi i wiarygodna, zdumiewająco szczegółowa scenografia tworzą istną ułudę "prawdziwego życia". Zespół Deck Nine jak nic zdaje sobie z tego sprawę, bo nieraz i nie dwa serwuje nam przerywniki będące montażem z leniwie toczącego się dnia, gdzie ludzie przechadzają się po parku, popijają kawę i robią zakupy.



Oczywiście fabuła nie mogłaby pójść naprzód bez tąpnięcia, którym jest tragiczna śmierć idealnego brata i przyjaciela; Alex traci go bowiem tak szybko, jak odnalazła. Lecz tym razem nie zostaje sama, bo Haven Springs przyjęło ją jak swoją. Wypadek chłopaka może mieć związek albo z korporacyjnymi knowaniami koncernu górniczego, który jest głównym miejscowym pracodawcą, albo z osobistymi niesnaskami, bo przecież Gabe’a nie wszyscy darzyli sympatią. Alex rozpoczyna swoiste dochodzenie, które ma na celu nie tylko odkrycie prawdy o śmierci brata, ale i wejrzenie w głąb siebie, co jest tematem bodaj każdego odcinka serii. Losy dziewczyny dopiero wychodzącej na prostą są pogmatwane, siłuje się ona bowiem nie tylko ze swoimi mieszanym pochodzeniem i odkrywaną seksualnością, ale i nadnaturalnymi mocami, przez które czuje się niezrozumianym wyrzutkiem. Ale od czego są nowi przyjaciele z Haven Springs?



Owe moce to przepustka do nowej, acz prostej mechaniki, która pozwala na rozpoznanie emocji przeżywanych aktualnie przez spotkane osoby. Bohaterowie istotni dla fabuły (nie jest to jednak reguła, czasem są to zwyczajni, bierni NPC, innym razem swoiste żywe zaproszenia do prostego sidequestu) emanują kolorowymi aurami, co umożliwia Alex odczytanie ich myśli, skrywanych wspomnień, nieujawnionych uczuć. Otwiera to nowe opcje dialogowe i często stawia przed decyzjami mającymi wpływ na nasze stosunki z mieszkańcami Haven Springs, ale przede wszystkim buduje charakterologiczne portrety całej miejskiej społeczności, co dziwić raczej nie powinno, bo seria zawsze traktowała głównie o ludziach. Dlatego, dzięki toczącej się powoli narracji i oparciu całości na dialogu, "Life Is Strange: True Colors" przypomina rozkręcający się nieśpiesznie interaktywny film, gdzie przyjemność z grania wynika z samego śledzenia owego nienachalnego "bycia" w danym miejscu i czasie oraz metodycznego wykonywania stosunkowo prostych, pobocznych aktywności. To ten przypadek, gdy my, odbiorcy, dostosowujemy się do świata przedstawionego, a nie próbujemy go zdominować, korzystając z danych nam narzędzi.

Deck Nine, choć slalomem unika emocjonalnych szantaży, idzie czasem na skróty, co niekiedy ma dość komiczny wydźwięk, jak Alex smutnie przygrywająca sobie "Creep", albo przyjaciele puszczający lampiony na pożegnanie zmarłego, co może wygląda pięknie, ale jest niemalże niewybaczalnym banałem. Na każdy marny pomysł przypadają tutaj jednak ze dwa niezłe, jak chociażby znakomita sekwencja zabawy w odgrywanie scenek z narysowanego przez lokalnego dzieciaka komiksu. Słowem: "Life Is Strange: True Colors" to chyba najlepsza odsłona serii od czasu oryginału. W dodatku udowadnia, że w tej dość ciasnej konwencji nadal tkwi niemały potencjał.
1 10
Moja ocena:
8
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
63% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).