Głęboki sen

Szczęśliwie Insomniac potrafi okrasić wszystko całkiem niezłą historią będącą swoistym apokryfem i cokolwiek śmiałą wariacją na temat zakątka świata Marvela zamieszkałego przez mutantów. 
Głęboki sen - recenzja gry "Marvel's Wolverine"
Pewien chiński mędrzec, medytując na szczycie jednej z Gór Żółtych, po równych trzystu sześćdziesięciu pięciu dniach ascezy otworzył oczy, poznawszy odpowiedź na fundamentalne pytanie, które nurtuje graczy tysiąc lat poźniej: co jest ważniejsze, feeling czy mechanika? Duch czy kod? Serce czy maszyna? Niestety, jako że wyimaginowany przeze mnie eremita zasiadał tam samotnie, nikt nie usłyszał, co wtedy rzekł. Stąd punkt widzenia nadal zależy od punktu siedzenia, a dylemat ten pozostaje nierozwikłany po dziś dzień.


Bo, na dobre i na złe, nowe dzieło studia Insomniac Games to gra narracyjna co się zowie. Idziemy w niej wyłącznie naprzód, goniąc fabułę do utraty tchu, przeskakując od jednej blockbusterowej sekwencji do kolejnej, raz będąc czynnymi uczestnikami zdarzeń, raz biernymi obserwatorami. Przejścia między scenami są jednak bezszwowe, co czyni cały spektakl tym efektowniejszym, pozwalając cieszyć się widowiskiem niezależnie od tego, czy wymaga od nas ściskania pada w łapach, czy nie. I tutaj też leży pies pogrzebany, bo kompromis wymuszony chęcią uzyskania podobnego efektu nadwątlił pętlę rozgrywki, podporządkowanej narracyjnej ramie i zaklętej w niej niczym obrazek. Obrazek, powtórzmy raz jeszcze, nadzwyczajnej urody, lecz ograniczony dobraną przez artystę paletą kolorystyczną.

Dość jednak metaforyzowania, wszak mowa o grze, której bohaterem jest facet rozwiązujący problemy przy pomocy pazurów wysuwanych z knykci. I to się tu nie zmienia; pod kątem gameplayu "Wolverine" wydaje się wręcz staroszkolnie przywiązany do prostoty rozgrywki sprzed lat, jeszcze zanim nastała epoka rozbudowanych tytułów AAA, które przeskakiwały kolejne cyfrowe przepaści. Ot, idziemy i tniemy, operując zaledwie trzema przyciskami, z których każdy odpowiada za inny rodzaj cięcia lub parowanie. Niby każda gra superbohaterska z ostatniej dekady opierała się na podobnie nieskomplikowanym schemacie, ale Spider-Man czy Batman mogli kreatywniej wykorzystać przestrzeń.

 
Logan porusza się wytyczoną odgórnie ścieżką i nawet gdy pole rozgrywki czasem się poszerza, to nasze możliwości nie ulegają pomnożeniu, możemy co najwyżej wykończyć kogoś po kryjomu. I choć sama bijatyka, należycie brutalna, dynamiczna i gniewna, daje sporo frajdy, staje się po prostu monotonna, bo wszystkie modyfikacje, ulepszenia i nowe ciosy, te specjalne i te mniej, nie zmienią zbytnio taktyki obranej w pierwszym kwadransie.

Szczęśliwie Insomniac potrafi okrasić wszystko całkiem niezłą historią będącą swoistym apokryfem i cokolwiek śmiałą wariacją na temat zakątka świata Marvela zamieszkałego przez mutantów. Nie przeszkadza nawet jej brak skomplikowania, niekiedy graniczący z przewidywalnością, bo podaje się ją ze szpanerskim, hollywoodzkim sznytem. Dobrze znane postacie zachowały komiksowe charaktery i Logan, syn marnotrawny ekipy Team X, swoisty renegat, mimo pustelniczej natury i introspektywnego charakteru, przeważnie przegląda się w oczach innych. Przypominający chandlerowskiego łapsa, zmęczonego życiem, ale i przywiązanego do życia, przygniecionego poczuciem obowiązku, pełnego romantycznego smutku, Wolverine jest tym samym gościem, którego poznaliśmy na kartach komiksu czy kinowym ekranie. A to dużo. Może i starzy wyjadacze niewiele znajdą tu nowości, które sprowokują ich do choćby lekkiego uśmiechu lub zdumionego zastrzyżenia brwiami, ale co najmniej parę detali zakodowano specjalnie dla nich, co wynagradza te słabiej skrywane sekrety.


Logan to maszyna do zabijania, niemal niezniszczalny taran, człowiek-czołg, którego organizm błyskawicznie uzdrawia nawet i śmiertelne rany. Stąd trudno było zapewne stworzyć grę stanowiącą prawdziwe wyzwanie, lecz krążące o braku wymagań plotki należy włożyć między bajki, bo czasem trzeba się napracować. Nie zawsze zadecydują szybkie paluchy, tu i ówdzie, zwłaszcza przy potyczkach z bossami lub z chmarą wrogów, przyda się pomyślunek. Sekwencje eksploracyjne to jednak formalność, gra prowadzi nas po sznurku, podświetlając, pokazując i wypisując to, co i gdzie należy zrobić. Owe decyzje designerskie pomogły stworzyć spójne doświadczenie, wysokobudżetowe, superbohaterskie szoł, które jednak przypomina wizytę w wesołym miasteczku, gdzie performerzy mogą napędzić nam strachu, ale już nie dotknąć.

Chciałbym napisać, że "Wolverine" najlepiej sprawdza się wtedy, kiedy nie musimy sięgać po pada, ale byłby to sąd nader przesadzony i czysto złośliwy. Bo jako opowieść o Loganie i mutantach Marvela gra sprawdza się pierwszorzędnie. Chińskiemu mędrcowi by to wystarczyło.
1 10
Moja ocena:
7
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?