"Lalka" bawi i śmieszy bez unikania rozważań na tematy nierówności klasowych, rasowych, genderowych. Dzieje się tak głównie za sprawą fenomenalnej Kuleszy, która z łatwością kradnie każdą scenę.
"Skyrim!" – chciałem zakrzyknąć podczas oglądania sekwencji otwierającej "Lalkę" Macieja Kawalskiego. Konstrukcja sceny, dialogi, gra aktorska, a nawet praca kamery – wszystko przywodziło skojarzenia z typowymi prologami w komputerowych grach RPG. Przyznaję, że takie porównanie może wydawać się dziwne. Jedna z najważniejszych lektur szkolnych potraktowana jak masowa rozrywka? Jednak istotniejsza od wyniesionego ze szkoły wyuczonego dyskomfortu była nadzieja, że oto twórcy zapomną o morzu łez wylanych przez wiele pokoleń maturzystów i zaproponują świeże, może nawet obrazoburcze odczytanie literackiego oryginału.
Tych, u których growe skojarzenia nie wróżą nic dobrego, śpieszę uspokoić, że jest to jedynie przelotne wrażenie. Gdy tylko akcja "Lalki" wraca do Warszawy, twórcy filmu zapominają, co zaprezentowali w prologu. Informacje w nim przedstawione zostaną w kolejnych scenach powtórzone, co ostatecznie przekreśla jego znaczenie. Warsztatowo i estetycznie też nic nie pozostało z tego "growego" – świadomie czy też nie – wstępu.
Została jednak obietnica świeżego odczytania prozy Prusa. I mogło się wydawać, że na obietnicy wcale się nie skończy. W pierwszym akcie "Lalka" Kawalskiego naprawdę pozytywnie zaskakuje. Twórcy zrezygnowali z pozytywistycznej powagi na rzecz frywolnej komedii obyczajowej i romantycznej. Stanisław Wokulski (Marcin Dorociński) jest w filmie sprawnym kupcem, ma "łeb do interesów", ale sprawy sercowe i reguły życia arystokratycznych rodów są mu zupełnie obce. W tym aspekcie jest jak dziecko, który musi być prowadzone za rękę i wszystkiego uczone od podstaw. Na szczęście Wokulski trafia na idealną nauczycielkę. Pani Meliton (Agata Kulesza) – za odpowiednią opłatą, rzecz jasna – nauczy go finezyjnej gry salonowej, w której stawką są małżeństwo i wpływy. Jej bezpardonowy język i uszczypliwe uwagi nadają historii wigoru i żartobliwej swobody.
Izabela Łęcka (Kamila Urzędowska), choć przecież całe życie zanurzona w świecie władzy i szlacheckich tytułów, również potrzebuje kogoś, kto poprowadzi ją za rękę. Tą osobą staje się jej ciotka, hrabina Karolowa (Krystyna Janda), która ciętymi ripostami i cynicznymi bon motami spróbuje skierować ją na drogę właściwą dla młodej damy z zacnego (nawet jeśli finansowo niewypłacalnego) rodu.
Z tak przygotowanymi postaciami twórcy radośnie sięgają po literacki oryginał i odczytują go przez pryzmat komedii pomyłek, zabawy w przyciąganie i odpychanie charakterów. I trzeba przyznać, że efekt jest udany. "Lalka" bawi i śmieszy bez unikania rozważań na tematy nierówności klasowych, rasowych, genderowych. Dzieje się tak głównie za sprawą fenomenalnej Kuleszy, która z łatwością kradnie każdą scenę. Kroku dotrzymuje jej Janda. Te dwie kreacje są absolutną siłą witalną całego filmu. Oczywiście obie aktorki mają wsparcie w nieźle napisanych dialogach. Wszystkie sceny z ich udziałem mają świetne tempo, są pełne werwy, lekkości i humoru. Dodajmy do tego kilka niezłych epizodów na drugim planie i dostajemy "Lalkę", na której można się dobrze bawić.
W pewnym momencie twórcy przypominają sobie jednak, że ich film bazuje na powieści, którą od ponad stu lat uznaje się za filar polskiej literatury, maturalny evergreen. Obyczajowa farsa musi więc ustąpić miejsca rozważaniom na temat ceny, jaką płaci się za pozycję, za naiwność, za marzenia czy za konformizm. I wtedy film się rozpada. Wszystko przez konstrukcję postaci, które sprawdzają się w komediowej konwencji, ale kompletnie nie pasują do części drugiej.
Na początku Łęcka jest konsekwentnie prezentowana jako postać pozbawiona sprawczości. W każdym calu jest tytułową "lalką", którą inni przebierają, popychają, odcinają od informacji. By złagodzić ten obraz, który w dzisiejszych czasach musi budzić konsternację, twórcy dodają drobne sceny, w których widać, że bohaterka jakieś marzenia jednak ma. Ale nie oszukujmy się jednak, to tylko wypełniacze. Z Wokulskim jest podobnie. Przez cały film uparcie podkreślana jest jego niewiedza na temat stylu życia wyższych sfer i naiwność względem nich. Przez to emocjonalnie i psychologicznie sprawia on wrażenie postaci niedojrzałej. Zaciera to różnicę wieku między nim i Łęcką i czyni z niego postać bliższą bohaterom takich filmów jak "Moja wina" czy "After" niż Wokulskiego z książki Prusa.
Dopóki "Lalka" pozostaje komedią, taki rys bohaterów nie przeszkadza, ba, jest nawet jednym z atutów filmu. Kiedy jednak twórcy wracają do lektury, tak zbudowani Wokulski i Łęcka stają się balastem uniemożliwiającym konserwatywne prowadzenie narracji. Żadna scena Łęckiej ze Starskim nie ma sensu – zachowanie filmowej bohaterki przestaje być wiarygodne. Podobnie jest z Wokulskim i jego stosunkiem do Kazimiery Wąsowskiej. Mają one uzasadnienie w powieści Prusa, lecz nie w filmie, który nakręcił Kawalski.
W efekcie "Lalka" zostaje rozdarta, jak rozdarci są bohaterowie powieściowego oryginału. Pół filmu oferuje nam iluzję wolności twórczej, radości z reinterpretacji. A potem gorset maturalnych oczekiwań i konwenansów zaczyna się zaciskać. Z niezłej rozrywki schodzimy na poziom szkolnej rozprawki. Finał filmu przypomina większość wypracowań na temat "Lalki" pisanych na lekcjach polskiego – niczym nie zaskakuje. Na szczęście widzom pozostaje wspomnienie brawurowych kreacji Kuleszy i Jandy, niezłych epizodów Mai Komorowskiej czy Dawida Ogrodnika, udanej muzyki Łukasza Targosza, a przede wszystkim humoru. Mając te elementy w pamięci, można nową "Lalkę" ocenić pozytywnie.
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.