Recenzja gry

Tekken 7 (2017)
Katsuhiro Harada
Yuichi Yonemori

Kung Fury

Ewolucja serii odmierzana jest raczej drobnymi zmianami w mechanice niż wielkimi transgresjami w rodzaju formalnych eksperymentów w "Street Fighterze". Ale jeśli jej efektem wciąż są tak dobre ...
Kto jak kto, ale członkowie klanu Mishima wiedzą doskonale, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Przez ostatnie dwie dekady tłukli się bez litości, spychali z klifów, spiskowali przeciw krewnym i przetrącali kręgosłupy pradziadkom po kądzieli. W najnowszym - i jeśli wierzyć twórcom, ostatnim - odcinku sagi znów wędrujemy po ich śladach. Finałowy pojedynek pomiędzy patriarchą Heichachim a jego synem Kazuyą, rozegrany w apokaliptycznej scenerii gorejącego wulkanu, mówi nam coś zarówno o kultowej serii, jak i o nas samych. Otóż gdzieś po drodze, pomiędzy kolejnymi nokautami i pośrodku tego kiczowatego festynu, przywiązaliśmy się do bohaterów "Tekkena". A przypomnijmy, że jest wśród nich gwiezdny ninja z mackami wyrastającymi z potylicy oraz tresowana, krwiożercza panda. 



 Oczywiście, fabularne zawiłości uniwersum znajdowały się zwykle gdzieś na marginesie całego doświadczenia - istotą tegoż były w końcu pojedynki z kolegami, najpierw na jednej kanapie, później na odległość, w sieci. Tryb fabularny w jest więc w nowej części zaledwie przystawką. Obsadzono go garstką kluczowych postaci (reszta dostała zaledwie jedną kontekstową walkę z krótkim opisem oraz filmikiem), zrealizowano w konwencji kwaśnej telenoweli i wykorzystano jako podręcznik mechaniki, co jest zabiegiem inteligentnym i, paradoksalnie, nieoczywistym w gatunku bijatyk. Kiedy melodramatyczna opowieść o krwawej sztafecie pokoleń wreszcie dobiegnie końca - a stanie się to raczej wcześniej niż później - staniecie przed najważniejszym dylematem: którego z zawodników polubić, którego pokochać, a których obdarzyć wyłącznie szacunkiem.  



 W składzie „siódemki” zabrakło fajterów, z którymi co parę lat spotykaliśmy się jak ze starymi kumplami. Na zlocie twardzieli nie stawiła się choćby adeptka capoeiry Christie Monteiro, brakuje mistrza taekwondoo Baek-doo Sana oraz etatowego sobowtóra Jackiego Chana, czyli supergliniarza Leia Wulonga. I o ile części z tych roszad tłumaczyć nie trzeba (Christie zawsze oglądała plecy walczącego tym samym stylem Eddy’ego Gordo, zaś Baek rywalizował o nasze serca ze swoim uczniem Hwoarangiem), o tyle trudno mi zrozumieć absencję Leia oraz jego pięciu "zwierzęcych" stylów walki, rozpychającego się łokciami i kolanami Bruce’a Irvina, czy tandetnej femme fatale Anny Williams. Oczywiście, żeby zachować równowagę, w odświeżonym składzie pojawiło się paru debiutantów. Jest więc walcząca stylem savate Brazylijka Katarina Alves, żeńska wersja Ravena z wiele mówiącym przydomkiem "Master", z lekka pretensjonalny włoski egzorcysta Claudio, Arab Shaheen, a także mokry sen fanów hentai, czyli zakochana w różu i kotkach Lucky Chloe. Stawkę uzupełniają powolny cyborg Gigas, miksująca eksrimę i kickboksing modelka Josie Rizal z Filipin oraz przybysz z dwuwymiarowego świata i gwiazda serii "Street Fighter", Akuma (wpasowany z finezją zarówno w fabułę, jak i w mechanikę gry). Wszyscy wyglądają fachowo, są pięknie animowani i od razu widać, kto przybył tłuc się w słusznej sprawie, a kto ma w oczach rządzę mordu. Bezceremonialna agresja jest wizytówką Kazumi Mishimy, żony Heihachiego i matki Kazuyi, którą wreszcie możemy podziwiać w akcji i której w walce pomaga astralny tygrys. To na wypadek, gdybyście pomyśleli, że przez ostatnie dwadzieścia trzy lata widzieliście w "Tekkenie" już wszystko. 



 Z chwilą gdy postawcie stopę na ringu, poczujecie znajomy dreszczyk. Seria wciąż stoi taktyczną rozrywką, w której wytrawny szachista spuści tęgi łomot żółtodziobowi walącemu w przyciski, ile fabryka dała (albo - jak uczy niemal pokoleniowy przykład Eddy'ego Gordo - będzie zupełnie inaczej). Combosy, stringi, rzuty i przechwyty wciąż splatają się w obłędny taniec, z kolei znakiem firmowym cyklu pozostają płynne przejścia pomiędzy defensywą a atakiem. To gra, w której warto zachować zimną krew, ale tylko do czasu, gdy po błędzie przeciwnika pojawia się możliwość "srogiej pomsty w zapalczywym gniewie". Dynamikę pojedynków oraz ich strategiczny potencjał wzbogacają w „siódemce” dwie nowe zagrywki, czyli Rage Drives i Rage Arts - obydwie odpalane w rzeczonym stanie "wściekłości", gdy nasze zdrowie spadnie poniżej trzydziestu procent. Rage Drive pozwala nam wzmocnić standardowe kombinacje uderzeń, a jednocześnie zagwarantować ich ciągłość po pierwszym celnym ciosie (w przypadku zablokowania tegoż przez oponenta gwarantują z kolei parę klatek na "ucieczkę" przed ewentualną kontrą).  Rage Arts z kolei to mocarne criticale, które - o ile uderzenie inicjujące nie zostanie zablokowane - zamieniają przeciwnika pociesznie fruwającą, pozbawioną życia kukłę (ich siła rośnie wprost proporcjonalnie do malejącego zdrowia naszej postaci). Dość powiedzieć, że obydwa ataki potrafią odwrócić losy pojedynku i zamienić jego finałową fazę w fascynującą, psychologiczną grę.


 
Fetyszyści pstrokatych wdzianek spędzą długie godziny na modyfikowaniu wyglądu postaci (tarcza w kształcie pizzy, stos cegieł do postawienia na głowie, wędka z rybką na haczyku - wierzcie mi, możliwości są nieskończone). Entuzjaści zbieractwa rozsmakują się w trybie Treasure Battle, gdzie za serie wygranych pojedynków otrzymujemy skrzynki z fantami. Spragnieni rywalizacji z nadgorliwymi, klnącymi na czym świat stoi ośmiolatkami, spróbują sił w paru klasycznych trybach online. Z kolei fani od kołyski aż po grób znajdą w grze gigantyczną kompilację dotychczasowych ścieżek dźwiękowych, przerywników filmowych i szkiców koncepcyjnych ze wszystkich (akcent na "wszystkich") odsłon sagi. Wszyscy natomiast zanurzą się w świecie "Tekkena 7" na długie godziny. Ewolucja serii odmierzana jest raczej drobnymi zmianami w mechanice niż wielkimi transgresjami w rodzaju formalnych eksperymentów w "Street Fighterze". Ale jeśli jej efektem wciąż są tak dobre gry, możecie spać spokojnie: ta rodzina zawsze wyjdzie na swoje.   
 
1 10
Moja ocena:
8
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
74% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Udostępnij: