Kiedy zemsta schodzi na drugi plan, a najważniejsza staje się relacja, od której trudno oderwać wzrok

"Payback" to BL, który wchodzi z drzwiami, rozwala pół pokoju i dopiero potem pyta, czy na pewno chcieliście romans. Jest zemsta, mafia, krew, trauma, show-biznes gnijący od środka, dwóch facetów
"Payback" to BL, który wchodzi z drzwiami, rozwala pół pokoju i dopiero potem pyta, czy na pewno chcieliście romans. Jest zemsta, mafia, krew, trauma, show-biznes gnijący od środka, dwóch facetów z potężnym bagażem emocjonalnym i chemia, przy której ekran momentami robi się podejrzanie gorący. A pod całym tym chaosem kryje się zaskakująco ludzka historia o tym, że największym odwetem może być po prostu odzyskanie własnego życia.

Serial zaczyna się od genialnej czołówki i absolutnie chwytliwego utworu z rockowym pazurem, który bardzo szybko wchodzi do głowy. Co najlepsze, piosenka nie kończy się na napisach początkowych, tylko regularnie wraca przy scenach z większą akcją i za każdym razem świetnie podbija ich energię. To jeden z tych utworów, które zaczynają żyć własnym życiem, bo nawet długo po zakończeniu serialu potrafią nagle pojawić się w głowie. I właśnie ten muzyczny klimat od pierwszych minut świetnie ustawia całą historię.

Największą bronią "Payback" jest Sun. To bohater, który mógłby przez dziesięć odcinków stać pod ścianą i patrzeć w pustkę, a i tak byłoby wiadomo, że w środku dzieje się katastrofa. Min Thanakorn Wichanukhor świetnie wykorzystuje tę pozorną bezemocjonalność. Jedno spojrzenie, minimalna zmiana wyrazu twarzy i nagle cały ciężar przeszłości wisi w powietrzu. Zmieniające się fryzury i kolory włosów dodatkowo pomagają odnaleźć się w przeskokach czasowych, które początkowo mogą wyglądać jak montażowa gorączka, ale szybko okazują się całkiem sprytnym sposobem dawkowania informacji.

Bo historia Suna nie jest zwykłym "zrobił mi krzywdę, więc teraz oddam". To człowiek, który przez lata nosi winę za śmierć matki i brata, choć prawdziwe źródło tragedii leży gdzie indziej. Zemsta staje się dla niego paliwem, ale również klatką. Im mocniej próbuje odpłacić innym, tym bardziej widać, że najbardziej bezlitosny jest wobec samego siebie.

I tutaj "Payback" robi coś znacznie ciekawszego niż zwykły thriller zemsty: zamienia zemstę w historię odkupienia.

Jay natomiast wchodzi do tego wszystkiego jak człowiek, który dostał instrukcję obsługi słowa "charyzma" i postanowił ją wdrożyć w praktyce. Aktor Toptap Jarukit Kaewmoonrueang ma dokładnie tę mieszankę pewności siebie, chłodu i bezczelnego uroku, której ten bohater potrzebuje. Jay potrafi być kontrolujący, arogancki i moralnie szary, ale jednocześnie szybko staje się kimś, kto widzi Suna lepiej niż większość otaczających go ludzi. Nie próbuje naprawić go magicznym zaklęciem. Wpycha się w jego życie, burzy jego betonowe granice i stopniowo przypomina mu, że poza bólem istnieje jeszcze coś takiego jak przyjemność, bliskość i zwyczajne szczęście.

Najlepsze jest to, że ich relacja nie działa wyłącznie dlatego, że ładnie wyglądają razem. Ona działa, bo obaj są połamani w zupełnie inny sposób. Jay rozpoznaje w Sunie kogoś podobnego do siebie, a Sun dostaje człowieka, który nie pozwala mu wiecznie udawać, że niczego nie potrzebuje.

Chemia między Minem i Toptapem jest po prostu niesamowita. Pocałunki, napięcie, dotyk i intymność nie wyglądają jak obowiązkowy punkt scenariusza mający podbić fanservice. Najmocniejsze momenty romantyczne wynikają z emocji, które narastały przez kolejne odcinki. Szczególnie ósmy odcinek mocno chwyta za serce: scena z parasolem i Sunem wpadającym w ramiona Jaya nie jest już tylko romansem. To moment, w którym człowiek, który przez lata dusił w sobie żal, wreszcie dostaje pozwolenie, żeby przestać być kamieniem.

I właśnie dlatego najbardziej pamiętne sceny "Payback" nie są wcale tymi najbardziej efektownymi. To te, w których Sun zaczyna czuć.

Serial świetnie radzi sobie również z atmosferą. Mroczna stylistyka, walki, krew, napięcie i muzyka budują świat, w którym naprawdę chce się wiedzieć, co wydarzy się dalej. "Payback" ma ten rzadki rodzaj tempa, który sprawia, że zakończenie odcinka jest bardziej karą niż przerwą. Tempo jest na tyle wciągające, że trudno zrobić sobie przerwę, szczególnie kiedy kolejny odcinek aż prosi się o włączenie.

Na drugim planie też dużo się dzieje. Sky i Kajorn dostarczają emocji i humoru, a menedżer jest jednym z tych bohaterów, którzy przypominają, że Sun nie musi być ratowany wyłącznie przez romans. Jest jeszcze motyw ludzi, którzy stają się dla niego prawdziwą rodziną, troska i osoby, które po prostu chcą dla niego dobrze. Wujek Jo z kolei pojawia się jak promyk słońca w świecie, w którym prawie każdy ma krew na rękach albo traumę w CV. Jego obecność potrafi rozbroić napięcie dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

Bardzo dobrze wypada również wątek przemysłu rozrywkowego. Serial pokazuje jego paskudniejszą stronę: władzę starszych i wpływowych ludzi nad młodymi artystami, manipulację, wykorzystywanie ambicji i przekonanie, że za marzenia trzeba zapłacić własnymi granicami. To nie jest najbardziej odkrywczy temat na świecie, ale "Payback" potrafi nadać mu ciężar i sprawić, że nie wygląda jak doklejona lekcja moralna.

A gdzie ten cały payback?

No właśnie.

Tutaj pojawia się największa ironia serialu. Produkcja zatytułowana "Payback" chwilami oferuje zemstę, która może wydawać się… zbyt mała. Ktoś oczekuje emocjonalnego katarsis, wielkiego rozliczenia i finału, po którym można wznieść pięść w geście zwycięstwa. Tymczasem serial mówi coś znacznie mniej efektownego: zemsta nie musi smakować tak dobrze, jak się człowiekowi wydaje.

Sun nie wygrywa dlatego, że niszczy wszystkich dookoła. Wygrywa wtedy, gdy przestaje niszczyć siebie.

To piękna idea, choć nie zawsze równie satysfakcjonująca fabularnie. Finał momentami za bardzo przypomina odhaczanie kolejnych punktów na liście: ten problem zamknięty, tamten bohater rozliczony, jeszcze jedna rzecz do wyjaśnienia i można lecieć do napisów. Kilka wątków aż prosiło się o dodatkowy oddech. Relacje pobocznych bohaterów mogłyby dostać więcej miejsca, a niektóre motywacje zasługiwały na głębsze rozwinięcie.

Dlatego spór o dziesięć czy dwanaście odcinków mija się z sednem sprawy. Późniejsze epizody są długie, więc materiału czasowo wcale nie brakuje. Brakuje raczej równomiernego rozłożenia ciężaru. Serial potrafi poświęcić mnóstwo czasu na jeden moment, a potem nagle pędzić przez kilka innych rzeczy, jakby ktoś zorientował się, że do końca zostało piętnaście minut.

Pojawiają się też dziury w logice, łopatologiczna ekspozycja i momenty, w których na fabularne bzdury trzeba mocno przymrużyć oko. Muzyka robi tu świetną robotę, a utwór tytułowy to prawdziwy hit, który od razu wpada w głowę. Jedynie niektóre przeskoki fabularne potrafią na chwilę wybić z rytmu.

Tyle że "Payback" ma jednak ogromną zaletę: wciąga na tyle, że łatwo wybacza mu się te potknięcia. Można zauważyć dziurę w fabule i pięć minut później siedzieć na krawędzi kanapy, bo Sun właśnie robi coś kompletnie nierozsądnego.

"Payback" nie jest perfekcyjny. Jest lepszy: jest cholernie wciągający.

To serial dla tych, którzy chcą BL-a z czymś więcej niż słodkim romansem, dla widzów lubiących zemstę, moralną szarość, akcję, traumę i bohaterów, którzy najpierw muszą poskładać siebie, zanim będą w stanie zbudować coś z kimś drugim.

Nie jest to jednak propozycja dla osób, które szukają realistycznej i spójnej fabuły, pogłębionych postaci czy dopracowanego w najmniejszych szczegółach finału. Tutaj trzeba czasem przymknąć oko, zacisnąć zęby i płynąć z nurtem. Ale kiedy już się płynie, "Payback" naprawdę niesie.

To mieszanka krwi, bólu, zemsty, romansu i absurdalnie dobrej chemii, która pod spodem opowiada znacznie prostszą historię: człowiek może spędzić pół życia karząc siebie za przeszłość, a mimo to któregoś dnia ktoś może wyciągnąć go z tej ciemności.

I właśnie wtedy okazuje się, że największym paybackiem nie jest upadek wroga. Największym paybackiem jest to, że Sun wreszcie chce żyć.
1 10
Moja ocena serialu:
10
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?