Doprawdy, trudno byłoby znaleźć film lub serial, w którym głównej bohaterce słodzonoby bardziej niż tutaj – peany nad przenikliwością umysłu "Bundle", jak pieszczotliwie nazywa się protagonistkę,
Mia McKenna-Bruce wypłynęła na szerokie wody filmem "How to Have Sex" z 2023 roku, gdzie zagrała nastolatkę odkrywającą swoją seksualność. Trzy lata później jest gwiazdą netfliksowego miniserialu (zważywszy na ledwie trzy niespełna godzinne odcinki, wypadałoby go raczej nazwać mikroserialem) "Siedem zegarów Agathy Christie", ale choć ma być dorosłą szlachcianką, wciąż emanuje od niej aura nieopierzonej nastolatki. A to, jak na postać, która ma rozwiązywać skomplikowane szpiegowskie zagadki, wróży jak najgorzej.
Netflix
Ekranizacja powieści królowej kryminału rozgrywa się w roku 1925, kiedy to wdowa lady Caterham (Helena Bonham Carter) i jej córka lady Eileen (McKenna-Bruce) użyczają swojej imponującej rezydencji na potrzeby przyjęcia organizowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i pewnego milionera. Już nazajutrz w "Siedmiu zegarach" pojawia się pierwszy trup: jest nim Gerry Wade (znany z "Miłości w Oksfordzie" Corey Mylchreest), pracownik MSZ, z którym przyszłość wiązała lady Eileen. Dotknięta śmiercią niedoszłego narzeczonego, dziewczyna rozpoczyna śledztwo, a wszelkie tropy prowadzą do tytułowych siedmiu zegarów, które mają tu co najmniej kilka znaczeń. Współpracując z przyjaciółmi i rodziną Gerry’ego, a także prowadząc swoistą rywalizację z nadinspektorem Battlem (Martin Freeman), lady Eileen usiłuje rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw (tak, tak, jest więcej niż jedno!) i doprowadzić do ukarania sprawców. W tle kryminalnego śledztwa są też sprawy wagi państwowej, ale szczegółów nie wypada zdradzać.
"Siedem zegarów Agathy Christie" to produkcja, której istnienie raczej trudno jest zracjonalizować. Owszem, historie kryminalne brytyjskiej autorki z reguły bardzo wdzięcznie prezentowały się na ekranie, ale chyba nie bez przyczyny akurat ten utwór zaadaptowano dotychczas zaledwie raz – w 1981 roku BBC wyprodukowało telewizyjną ekranizację powieści. Z całym szacunkiem dla legendy kryminału, "Siedem zegarów" to historia mało angażująca i dość naiwna, w dużej mierze obliczona na wychwalanie detektywistycznego talentu i niezwykłej bystrości lady Eileen. Doprawdy, trudno byłoby znaleźć film lub serial, w którym głównej bohaterce słodzonoby bardziej niż tutaj – peany nad przenikliwością umysłu "Bundle", jak pieszczotliwie nazywa się protagonistkę, osiągają niespotykaną wręcz częstotliwość. I być może byłoby to bardziej znośne, gdyby intryga faktycznie wymagała wytężonego śledztwa; tymczasem nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że lady Eileen najczęściej dodaje dwa do dwóch, łącząc w związki przyczynowo-skutkowe najbardziej oczywiste wnioski.
Netflix
Jak już wspomniałem, aparycja Mii McKenny-Bruce nie pomaga w traktowaniu jej serio. Nie znam niestety literackiego oryginału, ale jestem ciekaw, czy Agatha Christie naprawdę wymyśliła "Bundle" jako dziecinną wręcz osóbkę, której wzrok z reguły wyraża raczej dezorientację niż przenikliwość. Mierząca nieco ponad 150 cm i obdarzona dziewczęcą urodą aktorka wydaje się mocno nietrafionym wyborem castingowym – choć nie odmawiam Mii talentu, nie udało jej się w wiarygodny sposób zbudować pewności siebie i autorytetu lady Eileen. Nieustanne i padające zewsząd komplementy na temat jej bystrości zdają się czymś w rodzaju zaklinania rzeczywistości; być może widz, usłyszawszy te "prawdy" dziesiątki razy, finalnie zacznie w nie wierzyć? I jeśli takie właśnie było, mocno życzeniowe, myślenie twórców, muszę ich rozczarować – o cechach bohaterki nie można wyłącznie mówić w dialogach; trzeba jeszcze poprowadzić aktorkę tak, by były one widoczne w jej grze.
Netflix
"Siedem zegarów Agathy Christie" to zresztą aktorsko mocno rozczarowująca produkcja – poza Heleną Bonham Carter, której niewiele dano tu do zagrania, i Martinem Freemanem, który wyróżnia się na tle reszty obsady bez większego wysiłku, próżno szukać tu uznanych brytyjskich talentów. Mark Lewis Jones i Iain Glen to znane nazwiska, ale mało znaczące dla całej historii, a młodzi aktorzy albo są źle poprowadzeni, albo po prostu niczym się nie wyróżniają. Jeśli więc żywiliście nadzieję, że wobec niespecjalnie angażującej i powierzchownej intrygi "Siedem zegarów" pozwala zachwycić się brytyjskim aktorstwem, srodze się rozczarujecie. Ten mikroserial Netflixa jest jak zimna niedopita herbata, o której ktoś zapomniał podczas wczorajszego five o'clock.