Jimmy kontra "jimmying"

Nie ma na ten moment lepszego comfort show. "Terapia bez trzymanki" z sezonu na sezon wydaje się jeszcze bardziej kompletna: większość żartów będzie trafiona i rzadko kiedy trafia się
Jimmy kontra "jimmying"
W "Terapii bez trzymanki" pada sformułowanie "jimmying". Wywodzi się ono od imienia głównego bohatera serialu – Jimmy'ego (jak zwykle rewelacyjny Jason Segel). To określenie sposobu, w jaki terapeuta pracuje ze swoimi pacjentami. Aby do nich dotrzeć, rezygnuje z klasycznego modelu terapii na rzecz "zakumplowania" się. W zamian za oferowaną przyjaźń pacjenci zaczynają się na niego otwierać. Obie strony stają się od siebie współzależne, co samo w sobie przestaje być zdrowe. Ale dla Jimmy'ego nie jest to ważne. Liczy się tu i teraz. Lawina konsekwencji nadejdzie dopiero później (i nadchodzi – choćby w drugim sezonie).


Przypomnijmy: Jimmy jest terapeutą, który nie potrafi poradzić sobie z własnym życiem. Już na początku pierwszego sezonu dowiedzieliśmy się, że w tragicznych okolicznościach zmarła jego ukochana żona. Następnie mieliśmy okazję obserwować, w jaki sposób Jimmy próbował wychodzić na prostą: najpierw pomagał innym (pierwszy sezon), potem uczył się sztuki wybaczania (drugi sezon). Jimmy zawsze myślał o kimś, kto akurat był obok – ale rzadko kiedy o sobie. Niestety: nie można wiecznie angażować się w czyjeś życie, próbując w tym samym czasie naprawić swoje. Jimmy będzie musiał wreszcie skonfrontować się nie tyle ze swoją przeszłością, co z tym, w jakim miejscu aktualnie się znajduje.
 
W trzecim sezonie ten cały "jimmying" wciąż ma miejsce, ale tym razem na innych zasadach. Wszyscy bohaterowie ewoluują, dojrzewają i zaczynają radzić sobie ze swoimi problemami. Paul (Harrison Ford, który zasługuje na wszystkie nagrody tego świata – a może jeszcze więcej) walczy z Parkinsonem. Już w otwierającym sezon odcinku twórcy proponują hasło, które będzie jednym z motywów przewodnich tego sezonu. "Fuck Parkinson!" wykrzykuje wpierw Paul, a później podłapują to inni bohaterowie. Cały ten wątek podnosi nas na duchu – Ford z empatią i czułością podchodzi zarówno do tego trudnego tematu, jak i swojego bohatera. 

Co jeszcze? Brian (Michael Urie) przygotowuje się do ojcostwa, Gaby (Jessica Williams) musi ugasić parę kryzysów, a związek Liz (Christa Miller) i Dereka (Ted McGinley – kolejny GOAT tej produkcji) wkracza na zupełnie nowy etap zrozumienia. Nawet i Louis (Brett Goldstein) – nowy znajomy odpowiedzialny za wypadek, w którym zginęła żona Jimmy'ego – ma się o wiele lepiej od naszego protagonisty. Tak jakby cały świat był przeciwko niemu. 


Pomimo całego "jimmyingu" pozostaje jedna osoba, która wciąż stoi w miejscu: to sam Jimmy. Paradoksalnie jemu nic nie pomaga. Przyjaciele i znajomi próbują wszystkiego, ale triggery pojawiają się we wszystkich miejscach. Choćby urodziny żony. Albo jakieś wspomnienie, które pojawia się znienacka i całkowicie burzy dotychczasowe samopoczucie Jimmy'ego. 

Będzie tylko gorzej, gdy w życiu Jimmy'ego znów pojawi się jego ojciec (Jeff Daniels). To jeden z ciekawszych wątków – Daniels z wyczuciem wciela się w toksycznego dupka, który pod przykrywką żartów i materialnych prezentów gra rolę "fajnego dziadka". Z biegiem czasu zaczynamy rozumieć, czemu Jimmy'emu od zawsze zależało na opinii Paula. Po prostu potrzebował ojca, którego nigdy nie miał.

Frustracja Jimmy'ego wywołuje tylko inercję. Bohater nie ma nawet odwagi, by zaprosić znajomą (Cobie Smulders) na pierwszą randkę. Boi się, że tym sposobem zbezcześci pamięć o zmarłej drugiej połówce. W tym sezonie to właśnie on potrzebuje "jimmyingu" – bez tego nie pójdzie do przodu. Tylko kto mu go da? Raczej nie córka Alice (Lukita Maxwell), która zaraz jedzie na studia. Jedynie drugi terapeuta mógłby sprostać wyzwaniu, jakim jest "jimmying" – niestety, Paul zaraz przejdzie na emeryturę… Pytania się mnożą, a na odpowiedzi trzeba będzie trochę poczekać. 


Jedenaście epizodów – niby całkiem sporo jak na dzisiejsze standardy telewizyjne, ale to jakby wciąż za mało, szczególnie jeśli chodzi o tę ekranową ekipę. Oglądając serial, czujemy się, jakbyśmy byli w domu – komedia przypomina odwiedziny u przyjaciół, których nie widzieliśmy od roku. Nie ma na ten moment lepszego comfort show. "Terapia bez trzymanki" z sezonu na sezon wydaje się jeszcze bardziej kompletna: większość żartów będzie trafiona i rzadko kiedy trafia się nieinteresujący wątek. Czuć, że twórcy mieli ogromną radość w trakcie kręcenia tego serialu. Pozytywna energia została jeszcze na długo w montażowni, aż wreszcie przeniesiono ją na ekran. Ford i Segel zapraszają raz jeszcze na najlepszą terapię pod słońcem – nie wyjdziecie z niej zawiedzeni. 
1 10
Moja ocena serialu:
10
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?