Relacja

CANNES 2016: Śmierć komiwojażera

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2016%3A+%C5%9Amier%C4%87+komiwoja%C5%BCera-117665
Już dziś poznamy finalistów wyścigu o Złotą Palmę. Michał Walkiewicz recenzuje dla Was dwa ostatnie filmy konkursowe – irańskie "Forushande" laureata Oscara za "Rozstanie", Asghara Farhadiego, oraz "Elle" z Isabelle Huppert – prosto od twórcy "Nagiego instynktu" i "Czarnej księgi", Paula Verhoevena. Recenzje wszystkich filmów z canneńskiego konkursu znajdziecie TUTAJ.


Tylko instynkt (recenzja filmu "Elle", reż. Paul Verhoeven)

Życie chłoszcze. Ojciec z dożywociem, siedzi za masowe morderstwo. Matka w dobrym zdrowiu, ale z pasożytującym utrzymankiem u boku. Mąż zatroskany, tyle że były. Kochanek wspaniały, lecz żonaty z przyjaciółką. Synowa w ciąży, ale nie z synem. Jakby tego było mało, Michelle (Isabelle Huppert) zostaje zgwałcona przez włamywacza. Gdy pierwszej scenie filmu podnosi się z podłogi, ściera krew z ud, sprząta potłuczoną zastawę i jak gdyby nigdy nic wychodzi do pracy, czujemy, że jej dalsze perypetie zepchną nas na krawędź fotela.  

Za kamerą "Elle" stanął holenderski reżyser Paul Verhoeven, facet, którego zdrowie zawsze wypiję. Raz, że podarował nam "RoboCopa", "Pamięć absolutną" i bodaj najlepiej zakonserwowany estetycznie film lat 90., czyli "Żołnierzy kosmosu". Dwa, że po dekadzie milczenia powrócił z obrazem w swoim stylu - prowokującym i wykorzystującym gatunkowy kostium raczej pretekstowo. Michelle to kolejna z jego bohaterek, która wydaje się większa niż kino. Jest literaturoznawczynią, robi gry wideo, miota w ludzi sarkastycznymi odzywkami i skrywa cały kuferek seksualnych perwersji. Jest jednocześnie kampowa i pełnokrwista, raz staje się fantazmatem perwersyjnej hedonistki, kiedy indziej wychodzi z niej pragmatyczna twardzielka. Last but not least, gra ją Isabelle Huppert, specjalistka od filmowej neurozy, kobieta, która nawet wychodząc po bułki wygląda jak królowa potępionych. 

Osią filmu jest kryminalna intryga, zaś jej zapalnikiem sam atak - nieuzasadniony, wymierzony w godność bohaterki, kontynuowany wulgarnymi sms-ami. Atmosfera szybko się zagęszcza, Verhoeven rozsmakowuje się w mnożeniu fałszywych tropów. Nie sięga po tanie chwyty, zaś dzięki umiejętności zbudowania, ale i utrzymania napięcia, kręci sceny, które potrafią zjeżyć włosy na głowie."Elle", adaptacja prozy francusko-armeńskiego pisarza Philippe'a Dijana, jest jednak nie tyle opowieścią o zbrodni i zemście, co historią o budowaniu fałszywych tożsamości, o maskach, które przywdziewamy - wśród bliskich, w seksie, w pracy, w sytuacjach kryzysowych. I o rozsadzających je pierwotnych instynktach ("Wstyd jeszcze nikogo, przed niczym i nigdy nie powstrzymał" - powie Michelle przyjaciółce). To zresztą temat, który zawsze interesował reżysera. Poczynając od morderczej pisarki Catherine Tramell z "Nagiego instynktu", która używała literackiej fikcji, by doprowadzić do zguby tropiącego ją policjanta, po żydowską piosenkarkę z "Czarnej księgi, uwodzącą niemieckiego oficera w okupowanej Holandii.  

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.


Co wiesz o Ranie? (recenzja filmu "Forushande, reż. Asghar Farhadi)

O laureacie Oscara za "Rozstanie", Irańczyku Asgharze Farhadim, mówi się często, że umiejętności narracyjne odziedziczył po największych mistrzach dreszczowca, z Hitchcockiem na czele. Jest to o tyle interesujące, że jego nowy film zaczyna się, całkiem dosłownie, trzęsieniem ziemi. I choć bardzo szybko wychodzi na jaw, że to fałszywy alarm, napięcie zaczyna rosnąć. 


Emad (Shahab Hosseini) i jego żona Rana (Taraneh Alidoosti) muszą wyprowadzić się z luksusowego mieszkania, cały budynek grozi zawaleniem. Pomocną dłoń wyciąga do nich kolega po fachu, aktor z lokalnego teatru. Zachwala metraż, okolicę i ładny rozkład, ale zapomina dodać, że poprzednia lokatorka, która wciąż nie zabrała z mieszkania swoich rzeczy, trudniła się prostytucją. Nie trzeba długo czekać, by poukładane życie bohaterów runęło niczym domek z kart. Rana słyszy dźwięk domofonu. Przekonana, że Emad zapomniał kluczy, otwiera drzwi i wraca do łazienki. W następnej scenie widzimy ją już w szpitalu - pod kroplówką, potłuczoną, z rozciętą głową. Została napadnięta, prawdopodobnie zgwałcona. Ale jak to w kinie Farhadiego bywa, próba rekonstrukcji prawdy okazuje się pierwszym krokiem ku przepaści.  

Bohaterowie wystawiają w swoim teatrze "Śmierć komiwojażera" Arthura Millera - zabawnie jest obejrzeć tę sztukę w języku farsi, z ubraną po szyję grzeszną Panną Francis. I podobnie jak w klasyce amerykańskiego dramatu, tutaj również za fasadą obyczajowych obrazków z życia klasy średniej kryje się opowieść o kryzysie męskości. Emad przechodzi od szoku, przez zaskakującą bierność, do agresji. Im dalej brnie w swoje śledztwo, tym bardziej poszerza się przepaść pomiędzy nim a żoną. Ta z kolei pokonuje inną drogę: od gniewu, przez wyparcie, do wybaczenia, co tylko wzmaga komunikacyjną aporię w małżeństwie. Hosseini i Alidoosti odgrywają swoje partie z taką subtelnością, że bez trudu wierzymy w zmienne trajektorie ich emocji. Z kolei Farhadi reżyseruje ich ze świadomością siły tkwiącej w języku ciała oraz firmowym już wyczuciem ekranowej przestrzeni.  

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.