Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/Czy+jedzie+z+nami+kierowca-128816

Czy jedzie z nami kierowca?

  • autor: Bartosz Czartoryski
  • Artykuł
Zaledwie przed paroma dniami pierwsze Saudyjki odebrały swoje prawa jazdy i wyjechały na ulice Rijadu. Pomijając implikacje natury politycznej, bo sama sprawa – choć pozwalająca spojrzeć optymistycznie na tamtejsze reformy, ponoć nieco śmierdzi i jest poniekąd częścią zasłony dymnej rozpostartej przez następcę tronu – daje do myślenia jako kulturowy fenomen. U nas przecież można śmigać autem, jeszcze zanim skończy się szkołę średnią, a samo posiadanie samochodu to przecież rzecz zupełnie naturalna, żaden luksus. Może i nie wyznajemy automobilowego kultu jak nasi sojusznicy zza oceanu (ale i nie siedzimy na baryłkach ropy), lecz generalnie naturalną koleją rzeczy jest zrobić sobie prawko, raczej prędzej niż później. Sam podobnego dokumentu jednak nie posiadam i jakoś mi się nie śpieszy, bo miewałem komputery i konsole i zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa związanego z prowadzeniem pojazdu na czterech kołach, szczególnie przez ludzi takich jak ja. Bo choć zawsze lubiłem sobie pojeździć, to rzadko kiedy interesowały mnie rajdy po asfaltowym torze czy inne wyścigi lśniącymi furami z kolorowego katalogu, o nie. Musiałem sobie wystawić pistolet za okno albo na pełnej prędkości staranować auto kolegi, za co przyznawano, a nie odejmowano mi punkty. Ale komfort wyboru przyszedł z czasem.

pole-position.jpg


Bo brałem, co dawali, równo ciąłem w "Pole Position" i w "Out Run", ale to "Spy Hunter" czy "Chase HQ", które oferowały nie tylko szybką jazdę, lecz i jeszcze szybszą akcję, były moimi faworytami. Pierwsza z nich nawet nie kryła swojej inspirowanej filmami z Jamesem Bondem proweniencji, tyle że zamiast sterować chłopkiem pod muchą i pić martini, jeździliśmy jego furą, z której pruło się do wrażej bryki rakietami albo wypuszczało na ulicę plamę oleju. Miano nawet dokonać swoistej popkulturowej inżynierii odwrotnej i nakręcić film na postawie owego tytułu, i to z The Rockiem (wtedy jeszcze stosunkowo mało znanym), lecz skończyło się tylko na kolejnej grze, niestety, słabej, choć kumpel dzisiejszej gwiazdy kina, komik Kevin Hart, twierdzi, że 3/10 przyznane "SpyHunter: Nowhere to Run" przez amerykański miesięcznik "Game Informer" to jeszcze nie tragedia. Z kolei niewiarygodnie dynamiczne "Chase HQ", choć nie pozwalało na spektakularne strzelaniny, dawało niemałego kopa podczas policyjnego pościgu (z obowiązkowym kogutem na dachu), zwłaszcza że uciekające auta musieliśmy taranować do skutku, aż nie zajęło się żywym ogniem. Potem, na mocniejszych sprzętach, które pozwalały na coraz bardziej realistyczne odwzorowanie jazdy, królowały rzeczy jak "Gran Turismo", ale ja nadal chętniej sięgałem po takie "Crazy Taxi", gdzie fizyka jazdy była przecież z kosmosu i równie dobrze można by było tytułową taksówkę podmienić na deskorolkę albo żółtą łódź podwodną, bo tyle to wszystko miało wspólnego z rzeczywistością. Ale też i nie o to chodziło. Zresztą listę tę można by ciągnąć jeszcze długo, lecz nie ma to najmniejszego sensu, bo wszystkie gry samochodowe przyćmił niebawem inny podgatunek, o którego istnieniu dowiedziałem się bodajże za sprawą "Quarantine": auto rozwałka.

quarantine.png

"Quarantine", 1994

Rzeczona gra była tak naprawdę niczym innym jak wydziwaczonym klonem "Dooma", lecz oferowała coś, czego samochodówki zwykle nawet nie proponowały: fabułę. Chodziło z grubsza o ucieczkę opancerzoną taksówką z miasta dystopicznej przyszłości. No i można było sobie postrzelać, wystawiając uzi przez okno. Owszem, jeździło się, lecz, jak każda gra reprezentująca tę skądinąd obfitującą w wariacje i ubogaconą odnogę gier z autami, na pierwszym planie stawiała akcję. A przecież wcześniej było jeszcze "Autoduel", oferujące także możliwość wyjścia z auta i odwiedzenie lokalnego baru, "DeathTrack" będący poniekąd protoplastą "Quarantine", czy może niepolegające na rozpierdusze, lecz istotne, bo pozwalające na swobodne przemierzanie miejskich ulic "Turbo Esprit". Szczególnie interesujący wydawał mi się wtedy pewien motyw wspólny owych gier, gdzie samochód stawał się nie tyle środkiem komunikacji i pojazdem o ograniczonym do wygrania danego wyścigu zakresem zadań, lecz istnym domem, twierdzą, równorzędnym partnerem (nie bez znaczenia dla podobnej interpretacji pozostawał zapewne królujący na małych ekranach serial "Nieustraszony"). Takim fabułom sprzyjała oczywiście otoczka postapokaliptyczna i poza "Quarantine" zachwyciłem się w owym czasie również "Outlanderem", czyli, na dobrą sprawę, nielicencjonowanym "Mad Maxem", gdzie na dodatek były dwa tryby gry i można było wyjść z auta i dać łupnia dresom przyszłości. Z podobnego rozdania był jeszcze o kilka lat starszy i nudniejszy "Technocop", lecz tam jednak nacisk położono na łażenie. Tak czy inaczej, dzięki takim grom kierowca przestawał być anonimowy, następował charakterystyczny dla gier z fabułą, choćby i szczątkową, proces identyfikacji, który był i nieobecny, i cokolwiek zbędny przy wyścigach. Tam kierowca istniał jedynie nominalnie. Ale w połowie lat dziewięćdziesiątych nastąpiło jeszcze jedno tąpnięcie i to chyba najdonośniej słyszalne. Samochody wjechały bowiem na areny. I nie chodzi mi o cokolwiek monotonne "Destruction Derby", lecz nasączone prawdziwym szaleństwem rozwałki.

TM2012NeedlesKane-0.jpg

Sweet Tooth z gry "Twisted Metal"

Mowa oczywiście o serii "Twisted Metal", która na dobrą sprawę skodyfikowała zasady gier wydawanych z etykietą "vehicular combat". Fabuła cyklu koncentrowała się na tytułowym turnieju automobilowym, którego zwycięzca, po zniszczeniu maszyn należących do rywali, mógł liczyć na spełnienie dowolnego życzenia przez organizatora. Jako że "Twisted Metal" charakteryzowało się czarnym humorem, zakończenia były cokolwiek pokrętne. Seria, którą produkowano przez niemalże dwadzieścia lat, ustanowiła szereg reguł respektowanych przez studia chcące coś ugrać na sukcesie Sony (z naśladowniczego grona zdecydowanie wybija się "Vigilante 8") i pomijała zupełnie aspekt wyścigowy (przywrócony przez niesławne "Carmageddon"). Szablon, na który składały się pełne niespodzianek areny, wyraziści uczestnicy niemalże zespoleni ze swoimi maszynami będącymi przedłużeniem ich osobowości i rzeczony humor, odpowiedzialna za serię ekipa SingleTrac wykorzystywała jeszcze potem przy bliźniaczych grach "Rogue Trip: Vacation 2012" (gdzie zmodyfikowano rozgrywkę poprzez dodanie postaci turysty, którego trzeba było obwozić po arenie) oraz "Critical Depth" (gdzie akcję przeniesiono na oceaniczne dno). Ale podgatunek ten, choć nieefemeryczny, bo utrzymał się przez długie lata, stracił na popularności, kiedy pojawiły się gry oferujące nie tylko swobodę jazdy, lecz i obfitość tętniących akcją zadań, z których wymienić należałoby chociażby "Saint's Row", "True Crime", czy, a jak, "Grand Theft Auto".

TC2_E32018_trailerStatic_vegas.jpg

"The Crew 2", 2018

Dlatego wypada w dobie dzierżącego prym "GTA" zadać sobie pytanie, czy jeszcze istnieje powrót do zwyczajnych, prostych i bezpretensjonalnych gier samochodowych? Rzecz jasna tradycyjny front wyścigowo-rajdowy trzyma się mocno (zaliczam do niego "Project CARS", "DriveClub" czy "Forzę Motorsport"), lecz producenci nieco inaczej myślący o temacie muszą kombinować, szczególnie jeśli nacisk chcą położyć jednak na jeżdżenie, a nie strzelanie. Nie wystarczy już prostota takiego "Drivera" czy epigońska gonitwa za Rockstarem, znudziły się też schematyczne demolki. Logicznym rozwiązaniem wydawało się połączenie otwartego świata i modelu gry wyścigowej, lecz łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Dlatego tryumfy w tej cokolwiek hybrydowej kategorii święciło niewiele gier, a przecież od wydania "Burnout Paradise" i ostatniej odsłony "Midnight Club" minęła dekada, a "Test Drive Unlimited", czyli bodaj pierwsza gra samochodowa, która dostrzegła potencjał rozgrywki sieciowej, to jeszcze starsza historia. Zresztą postawienie na tryb multiplayer wydaje się naturalnym krokiem i logiczną decyzją, bo skoro mowa o gatunku opartym nie na rozbudowanym fabularnym trybie dla jednego gracza, ale bezpośredniej rywalizacji, o ileż lepiej ścigać się z żywymi ludźmi. Albo z nimi pracować, co umożliwiało ambitne, acz niedoskonałe "The Crew". Zdaje się, że dzisiaj panuje niepodzielnie seria "Forza Horizon", której czwarta odsłona nadciąga dużymi krokami, ale nogę może jej lada dzień podstawić sequel rzeczonego przeboju od Ubisoftu. Druga część cyklu podbija stawkę, oferując graczowi jazdę nie tylko czterokołowcami, ale i prucie fal motorówką czy przebijanie chmur samolotem, co sam przetestowałem. Czy pełen zapału i werwy pretendent zdetronizuje króla? Okaże się już 29 czerwca.

zobacz też: