Wywiad

Filmweb rozmawia z twórcami "Złodziejki książek"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Filmweb+rozmawia+z+tw%C3%B3rcami+%22Z%C5%82odziejki+ksi%C4%85%C5%BCek%22-102179
W piątek do kin wchodzi "Złodziejka książek", ekranizacja książki Markusa Zusaka. To opowieść o 9-letniej Liesel, która dorasta w Niemczech podczas II wojny światowej. W czasach, gdy palenie książek jest na porządku dziennym, dziewczynka odkrywa w sobie pasję do czytania, która pomoże jej przetrwać wojenną zawieruchę. W Berlinie przeprowadziliśmy wywiady z twórcami filmu: aktorkami Sophie Nélisse i Emily Watson oraz reżyserem Brianem Percivalem.



Rozmowa z EMILY WATSON

Czy trudno było Pani wcielić się w postać Rosy, która początkowo jest niezwykle antypatyczna?

To dar dla aktora. Nigdy wcześniej nie grałam kogoś tak niesympatycznego. Gdy przeczytałam scenariusz, pomyślałam: tak, proszę, chcę być zła! To bardzo wyzwalające. W kreowaniu tej niemiłej, nieatrakcyjnej bohaterki bardzo pomogli mi też charakteryzatorzy i kostiumolodzy. Postać Rosy daje ciekawy wgląd w jej epokę. W tamtym czasie w Niemczech każda kobieta była zdesperowana i nieszczęśliwa. Wojna przyniosła biedę. Bohaterka jest zgorzkniała i sfrustrowana, myje brudne ubrania obcych ludzi, żeby zarobić, a to bardzo stresujące zajęcie. Odbieranie, pranie, suszenie, składanie, dostarczanie to mnóstwo pracy. Jej mąż tymczasem jest bezrobotny. Z tej frustracji Rosa staje się wredna, chciała przecież, żeby jej życie wyglądało inaczej. Żeby rozwiązać problemy finansowe, zgadza się z mężem wziąć pod opiekę dwoje dzieci. Wobec tego, gdy pojawia się tylko jedno, jest wściekła.

Nadzieja znowu została zaprzepaszczona.

Tak. Wszystko miało być dobrze i nagle znowu się psuje. Ale to początek zmian, bo wbrew sobie Rosa się angażuje. Moim zdaniem stanowi ona idealny cel dla narodowych socjalistów. Jest zawiedziona, sfrustrowana i nagle oni wskazują winnego. Żydzi stają się odpowiedzialni za całe zło. Naziści obiecują, że zmienią naród, a wraz z nim życie takich osób jak Rosa. A jednak ona nie ugina się. To ciekawy wgląd w fakt, że fundamentami narodowego socjalizmu były decyzje podejmowane w domowych zaciszach: ocalić własną skórę czy pomóc komuś innemu? W rozstrzygnięciu tego dylematu pomaga jej mąż, Hans. Wbrew temu, jak się do siebie odnoszą, łączy ich bowiem wielka miłość. Gdy historia spogląda Rosie w oczy i żydowski chłopak staje w jej progu, ona okazuje się dobra osobą.   


Czy czuje się Pani zaszufladkowana jako aktorka?

Faktycznie, zazwyczaj wcielam się w sympatyczne postacie. Taka widocznie jestem, na taką wyglądam, takie role grałam w przeszłości. Ale nie czuję się zaszufladkowana. Nie prosi się przecież kierowcy traktora o siadanie za kierownicą Formuły 1. Uwielbiam robić różnorodne rzeczy, na przykład komedie. Ale wydaje mi się, że spektrum ról dramatycznych jest wystarczająco szerokie. Nie czuję się zagłodzona. Wydaje mi się, że mam przed sobą jeszcze dużo ciekawych postaci do zagrania. Nie ma konkretnej roli, na którą czekam. W tym zawodzie nie da się przewidzieć, co cię spotka. Niezależnie od rozmiaru sukcesu, trzeba czekać, aż zadzwoni telefon. Czy dziś może raczej przyjdzie e-mail.

Jak na Pani rolę wpłynęła mieszanka języków na planie?

Kluczowy był fakt, że kręciliśmy w Niemczech. Chcieliśmy osiągnąć efekt autentyzmu. Oczywiście, można było zatrudnić tylko niemieckich aktorów. Dużo o tym myśleliśmy: w jaki sposób zaznaczyć tę granicę? Trzeba było podjąć decyzję, które rzeczy tłumaczymy, a których nie. W rezultacie mówimy więc po angielsku z niemieckim akcentem. Znaki drogowe są po niemiecku, ale napisy na ścianie w piwnicy już po angielsku. Samo towarzystwo Niemców mówiących po angielsku było już świetne. Pomocne były również fizyczne aspekty planu, rekwizyty. Na przykład przyrządy do prania, cały ten dziwny sprzęt Rosy.

Byłaś pod wrażeniem Sophie [Nélisse]?

Tak, nie znałam jej wcześniej. Trenowała gimnastykę i miała szansę wziąć udział w mistrzostwach albo zagrać w filmie. Wybrała film. Ale dzięki ćwiczeniom miała rozbudzoną samoświadomość i dyscyplinę, umiejętność koncentracji. Bardzo trudno jest nauczyć się rozluźniania w obecności kamery, zajmuje to dużo czasu. A ona nie wdzięczy się do obiektywu, pozwala się obserwować. Wie, że nie trzeba pokazywać emocji, wystarczy coś pomyśleć i kamera to łapie. To wymaga jednak dojrzałości i odwagi. Jednym z najmocniejszych momentów filmu jest scena przemówienia burmistrza. Liesel uświadamia sobie, że nie uczestniczy w zabawie, a ten wiec to nie beztroski seans śpiewania piosenek przy ognisku. Widzimy, jak zmienia się jej twarz, gdy to do niej dociera. To niezwykłe – miała wtedy 12 lat.


Rozmowa z SOPHIE NÉLISSE


Czy Ty i Twoja bohaterka, Liesel, macie ze sobą wiele wspólnego?

Ona jest silna, troszczy się o swoich bliskich i nie daje się przeciwnościom losu. W tym jesteśmy podobne. Obie lubimy też czytać – ja może nie aż tak bardzo. Ale ukradłam parę książek. Ktoś na planie miał urodziny, a ja nie miałam prezentu, więc pomyślałam: czemu by nie ukraść książki? Porozmawiałam o tym z Geoffreyem [Rushem] i uznał, że to świetny pomysł.

 
Czy przed zagraniem w filmie wiedziałaś dużo o Holocauście, II wojnie światowej?


Jeszcze nie uczyliśmy się o tym w szkole. Ale w VI klasie przeczytałam "Walizkę Hanny", widziałam też dokument o Auschwitz. Moja babcia mieszkała w Belgii w trakcie drugiej wojny i opowiadała mi różne historie. Między innymi o tym, jak dziadek trafił do obozu koncentracyjnego. W ramach przygotowań do roli obejrzałam kilka filmów: "Listę Schindlera", "Pianistę", "Lektora", "Chłopca w pasiastej piżamie".

Czy Emily Watson i Geoffrey Rush dawali Ci na planie wskazówki?

Niekoniecznie, ale byli bardzo pomocni. Samo obserwowanie, jak grają, jest niesamowite. Nauczyłam się mnóstwo rzeczy. Za naukę wystarczało samo siedzenie i patrzenie na nich całymi dniami. Geoffrey pokazał mi też parę ćwiczeń na koncentrację. Pracowało się z nimi bardzo przyjemnie i wesoło.

Czy inspirujesz się jakimiś aktorami?


Meryl Streep jest świetna. Poza tym Kate Winslet, Julia Roberts. Jeśli chodzi o chłopców to Leonardo DiCaprio, Jake Gyllenhaal – on jest najlepszy; superprzystojny, ale to też dobry aktor. Poza tym Jeremy Renner. Wpadłam na niego na gali Critic’s Choice Awards i mówię: "Przepraszam! Zaraz, zaraz… Jesteś Jeremy Renner! Świetny z ciebie aktor! I przystojny!". W pobliżu stał jednak Liam James z "Najlepszych najgorszych wakacji", 16-latek nominowany w tej samej kategorii co ja. Renner wskazał na niego i powiedział: "On jest chyba w bardziej odpowiednim wieku". 



Jak widzisz swoją karierę? Czy chcesz być dalej aktorką, czy planujesz powrót do sportu?

Porzuciłam gimnastykę, bo nie mogłabym kontynuować uprawiania jej na wysokim poziomie. Gram teraz w hokeja. To chłopięcy sport, ale zawsze byłam trochę chłopczycą. Poza tym gram z dziewczynami – zimą w Kanadzie wszystkie w to grają. Latem zaczęłam też grać w piłkę nożną. Może w przyszłości spróbuję jeszcze futbolu amerykańskiego albo rugby. Poza tym dużo tańczę. Ale oczywiście chcę dalej występować w filmach.

Twoja bohaterka, Liesel, odkrywa w sobie talent pisarski. A czy Ty też chciałabyś pisać?

Tak. Piszę wiersze, próbuje napisać scenariusz. To świetna historia: opowieść o dziewczynie, której najlepsza przyjaciółka zabija się, wskakując pod samochód. To pierwsza scena. Bohaterka odkrywa, że jej koleżanka była w ciąży i prawdopodobnie została zgwałcona, rozpoczyna więc prywatne śledztwo. W finale trafia do domu gwałciciela, gdzie znajduje pięcioro odurzonych dziewczyn. I wtedy słyszy dźwięk kluczy w zamku, po których rozpoznaje, że napastnikiem jest ojciec przyjaciółki. To on gwałci wszystkich. Próbuję to skończyć, ale na razie mam tylko początek i zakończenie. Mam mnóstwo dobrych pomysłów, ale jak już je zapiszę, historia kończy się w dwie sekundy. Lubię takie realistyczne, skomplikowane historie, w stylu "Labirynt". Widziałam ten film trzy razy, bardzo mi się podobał.
 

Rozmowa z BRIANEM PERCIVALEM

Co zainteresowało Pana w tym projekcie?

W tamtym czasie dostawałem dużo scenariuszy i ten jeden mnie poruszył. Zauroczył mnie w nim szereg rzeczy. Przede wszystkim to świetna historia o ludzkim duchu przetrwania. Niezwykła determinacja Liesel pozwala jej przetrzymać mnóstwo traumatycznych doświadczeń. Zaintrygował mnie również fakt, że historia opowiadana jest z punktu widzenia śmierci. O dziwo, po przeczytaniu książki poczułem, że boję się śmierci mniej niż przedtem. Zresztą często słyszę, że ludzie mają podobne odczucia. To mnie wzruszyło. Nie widziałem też filmu, który ukazywałby w podobny sposób niemieckie społeczeństwo. Zazwyczaj prezentuje się Niemców po prostu jako jednowymiarowych nazistów. Nikt nie próbuje spojrzeć głębiej. To był kolejny powód. No i świat małej społeczności, w którym dorasta Lisel, przypomniał mi moje własne dzieciństwo. Wychowywałem się w skromnych warunkach, mój ojciec pracował w dokach, mieszkaliśmy w prostym domu. Te wszystkie powody skumulowały się. W scenariuszu znalazłem rzeczy, które chciałem zgłębić, które przemawiały do moich doświadczeń, które czułem, że znam.

Dlaczego ograniczyłeś rolę śmierci względem pierwowzoru?

Film polega na pokazywaniu, a nie mówieniu. Nie miałoby to sensu, gdyby śmierć prowadziła narrację przez cały czas. Widziałem w Chicago sceniczną adaptację książki, gdzie postać śmierci była obecna cały czas. W mojej opinii stworzyło to barierę między widzem a postaciami. Sens tej historii polega dla mnie na angażowaniu się w losy postaci, współodczuwaniu z nimi, próbie ich zrozumienia. Stanąłem więc przed dylematem. W scenariuszu było dużo więcej narracji z offu niż w ostatecznej wersji. Nie chciałem, żeby głos opowiadał nam to, co widzimy. Wykorzystałem więc ujęcia kamery z wysoka, które wyróżniają się w filmie. Miało to subtelnie sugerować widzowi, że te sceny opowiadane są z innego punktu widzenia.    

Jak podszedł Pan do kwestii obsadzania głosu śmierci? To chyba wyzwanie?


To było dość dziwne. Po skończeniu zdjęć potrzebowałem głosu, żeby móc zacząć montować. Mój montażysta zaoferował, że nagra próbną wersję, ale nie chciałem słuchać jego głosu w kółko przez 12 tygodni. Zaproponowałem więc, żeby testową wersję – tylko na potrzeby montażu – nagrał Roger Allam. To szekspirowski aktor o głębokim głosie, który ma jednak w sobie ciepło. Przez 10 tygodni pracy zdążyliśmy przyzwyczaić się do jego wykonania. Na pokazach próbnych w Ameryce okazało się, że ta wersja podoba się też innym – był to więc szczęśliwy przypadek. Zostawiliśmy więc Rogera Allama. Oczywiście, mogliśmy wykorzystać np. Kevina Spaceya czy jakikolwiek inny znany głos. Postanowiliśmy jednak trzymać się aktora, z którym zaczęliśmy.

Praca z dziećmi na planie to podobno zgroza dla filmowca. Czy faktycznie tak było?

Nie, jeśli wybierzesz odpowiednie dzieci. Wszystko zależy od tej decyzji. Jeśli jest trafiona, jest dobrze. Mi się poszczęściło, ta para (Sophie Nélisse i Nico Liersch) była świetna. Dobrze ze sobą współgrali i chcieli jak najlepiej wykonać swoje zadanie. Ale nie było łatwo ich znaleźć, zwłaszcza odtwórczynię roli Liesel. Sophie jest niezwykła, bardzo oddana. To wynika po części z jej treningu gimnastycznego.

Czy rozważał Pan obsadzenie kliku aktorek, żeby pokazać dorastanie bohaterki?

Zastanawialiśmy się nad tym, ale nigdy naprawdę nie braliśmy tego pod uwagę. Gdyby chodziło o różnicę między, powiedzmy, 10-latką a 25-latką, wtedy byłoby to konieczne. Ale myślę, że w naszym przypadku – gdy akcja rozgrywa się na przestrzeni zaledwie siedmiu lat – mogłoby to razić. Taka decyzja zazwyczaj nie sprawdzała się w innych filmach.
 
Pracował Pan przy serialu "Downton Abbey". Na czym polega tajemnica jego sukcesu?

Nie wiem. Myślę, że wielu ludzi lubi historię Anglii i tę konkretną dynamikę między dwoma warstwami społecznymi. Moja teoria jest taka, że ludzie na całym świecie identyfikują się z bohaterami z nizin. To, co przytrafia się tym z góry, jest dla tych z dołu jak ich własna opera mydlana. Zamiast cowieczornego seansu telewizji mogą z zaciekawieniem śledzić życie wyższych sfer. Poza tym średnia długość sceny w ostatnim sezonie to 38 sekund. Dramaty kostiumowe zwykle oskarża się o powolne tempo i nadęcie. My wprowadziliśmy energię, która wzmacnia intrygę, elementy komediowe i dramatyczne. Jest tam też postać dla każdego: ktoś do polubienia, ktoś do znienawidzenia. A jeśli za kimś nie przepadasz, za mniej niż minutę zniknie on z ekranu i wracamy do tych postaci, które lubisz. Pod tym względem – zadowalania rozmaitych gustów – jest to dość błyskotliwy serial. Ale nikt nie spodziewał się aż takiego sukcesu. Chcieliśmy po prostu zrobić coś, czym Anglicy mogą rozerwać się w niedzielny wieczór.
 
Udostępnij: