Wywiad

Rozmawiamy z M. Nightem Shyamalanem

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Rozmawiamy+z+M.+Nightem+Shyamalanem-107213
Urodzony w Indiach reżyser i scenarzysta M. Night Shyamalan, niegdyś uznany za objawienie kina niesamowitego, od paru lat nie ma dobrej passy. Niby każdy jego kolejny film zarabia krocie, ale krytyka nie zostawia na nim suchej nitki. Czy odnajdzie się na małym ekranie? Z twórcą "Szóstego zmysłu" rozmawiamy o pracy dla telewizji oraz nadchodzącym serialu "Wayward Pines", jednej z najgorętszych premier sezonu wiosennego.


Bartosz Czartoryski: O ile dobrze cię zrozumiałem, zanim uruchomiłem dyktafon, powiedziałeś, że twój serial powstawał równolegle z powieścią, na której jest oparty? Czyli możemy się spodziewać dość wiernej adaptacji?

M. Night Shyamalan: Serial jest faktycznie bardzo bliski pierwszemu tomowi, choć mówimy o przypadku dość specyficznym, bo, jak mówisz, zaczęliśmy kręcić jeszcze kiedy Blake (Crouch – przyp. red.) pisał książkę. Dzięki temu mogliśmy przerzucać się pomysłami, konsultować ze sobą kolejne posunięcia, pracować symultanicznie i powiedzieć sobie jasno, że coś nam się podoba, a coś nie gra. Można rzec, że doradzaliśmy sobie, a powieść i scenariusz to nierozerwalnie połączone ze sobą elementy jednego dzieła. Zdaję sobie sprawę, iż to wyjątkowy sposób pracy nad filmem, kiedy rozpoczyna się zdjęcia, nie mając do dyspozycji całości materiału źródłowego. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że, a przynajmniej taką mam nadzieję, serial zachęci widza do sięgnięcia po książkę, a powieść zagoni czytelnika przed telewizor.

Ale czy przypadkiem nie podcinacie gałęzi, na której siedzicie? Bo po co mam oglądać serial, jeśli przeczytam książkę?

Nie do końca, bo film rozwija niektóre elementy powieści i odwrotnie. Aby poznać głębię tego świata, należałoby poznać obie jego strony, filmową i literacką.


Napomknąłeś również, że rozpoczynając zdjęcia, nie mieliście do dyspozycji całego scenariusza. Jak radzili sobie z tym aktorzy?


Tak, to było dla nich ciężkie, naprawdę trudne, ale myślę, że jednak satysfakcjonujące przeżycie, zresztą nie mamy do czynienia z amatorami. Praktycznie każdy członek obsady ma na półce jakąś tam nagrodę i ileś nominacji. Nieprzypadkowo! Zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo podejmować niektóre decyzje aktorskie, nie znając całego scenariusza, niejako w biegu, pewnie paru z nich zadawało sobie pytanie: "Co ja tutaj w ogóle robię?". Bo materiał, który przeczytali przed pierwszym klapsem, stał, pod pewnymi względami i według posiadanej przez nich na daną chwilę wiedzy, w sprzeczności z działaniami bohatera. I musieli sobie z tym radzić, stopniowo, sukcesywnie. Nie mogliśmy zresztą pogrozić im paluchem i powiedzieć: "Zamknij się, siadaj i graj, mamy przecież film do skończenia!". Ale fakt faktem, że robiło się to problematyczne. Dlatego zdecydowaliśmy się na pewien ruch. Przerwaliśmy zdjęcia w połowie. Zebrałem u siebie w domu scenarzystów, aktorów, cały trzon ekipy i przedyskutowałem z nimi dalszy rozwój wydarzeń. Bo nie można się poddawać, nawet jeśli coś nie idzie po twojej myśli. Zawsze istnieje jakieś rozwiązanie. Przy robieniu filmu nie powiesz sobie: "Okej, jest jako tako, niech będzie, lecimy dalej".

Miałeś więc czas na dopieszczenie wszystkiego?

O, i to jest to, co lubię, pracując w telewizji. Dla mnie to nowość, ale bardziej doświadczeni koledzy powiedzieli mi, że to normalne. Na przykład – pilot służy nie tylko zapoznaniu widza z serialem, ale także i zapoznaniu się twórcy z serialem. Zaczynasz odkrywać własne dzieło. I podejmujesz różnorakie decyzje, myślisz, które role rozwinąć, które wątki okroić, co niespodziewanie okazało się bardziej istotne, a co mniej, tego typu rzeczy. Z początku Charlie Tahan, który gra syna głównego bohatera, Ethana, miał niewielką rólkę, ale kiedy zobaczyłem, jak gra, coś mnie tknęło, podrapałem się po głowie, zebrałem ekipę i zaproponowałem kilka rozwiązań fabularnych, które się spodobały. Zastosowaliśmy część z nich w najbliższym odcinku, okazało się, że chwyciło. I to właśnie cenię w telewizji, te ciągłe zmiany, które można, ba, nawet trzeba wprowadzać na bieżąco.

"Wayward Pines"
Na planie filmu pełnometrażowego nie masz tego komfortu?

Przy filmach to, z czym przychodzisz na plan, po prostu musi zadziałać. Nie ma innego wyjścia, musi i już. A jeśli nie? No cóż, godzisz się z tym, że nakręciłeś nieudany film, i zabierasz się za następny. Rzadko jest czas i środki na poszukiwania twórcze już podczas zdjęć. Tutaj nawet po ich zakończeniu mogłem znowu przyjechać na plan i dokręcić co nieco, czego, jak uważałem, serialowi brakowało, nie mówiąc już o tym, że praktycznie aż do emisji mogę grzebać przy odcinkach.

Co ciebie, jako reżysera pracującego praktycznie przez całą karierę przy pełnych metrażach, z wyrobionymi pewnymi nawykami, zaskoczyło, kiedy przyszedłeś do telewizji?

Zdziwiło mnie chociażby, że w telewizji nie ma playbacku. Czyli nie mogę sobie nakręcić sceny, krzyknąć: "Cięcie!", potem jeszcze zrobić dwóch dubli, kazać ekipie czekać i pójść obejrzeć materiał. Tego się po prostu nie robi, a przynajmniej my tego nie robiliśmy. Przy filmie montaż zaczyna się praktycznie już na planie. Przy serialu trzeba się bez tego obyć. Rzadko kiedy miałem okazję spojrzeć na monitory, częstokroć kręciliśmy "na żywca", polegając na instynkcie. I zmienialiśmy to, co podskórnie uznaliśmy za niedobre. Dlatego musieliśmy się do siebie dostroić, zsynchronizować, od razu po cięciu aktorzy spoglądali na mnie i czekali, co powiem. Odniosłem wrażenie, że w telewizji nadrzędnym obowiązkiem reżysera jest właśnie odpowiednie pokierowanie obsadą. Ale trzeba też mieć na uwadze, że aktorzy wyczują każdą chwilę twojej słabości, moment niepewności i będą strzyc uszami, czekając na pięć minut absolutnej swobody. Reżyser staje się anteną odbierającą kilka transmisji naraz, które musi dostroić.


"Wayward Pines"
Powiedz mi więc, jak M. Night Shyamalan radzi sobie z niesfornymi aktorami?

Muszę wkroczyć do akcji, powiedzieć, że ten przeszarżował, a ta stoi przez to z głupią miną, nie da się inaczej. Poza tym z szacunku dla sztuki aktorskiej nie możesz pozwolić, aby jeden brylował kosztem pozostałych, a on powinien to zrozumieć. Owszem, niech ze sobą walczą, niech rywalizują, ale to ja mam dopilnować, żeby nikt nie został zdławiony. Pytałeś wcześniej o moje nawyki wyniesione z planu filmowego... Dysponując sporym budżetem, nie muszę nagle interweniować, bo mam pewien komfort, możemy kręcić jedną scenę tak długo, jak to potrzebne, choć nie chcę przez to powiedzieć, że pieniądze są gwarantem perfekcyjnej roboty. Chodzi o czas, który można za nie kupić. Choć z drugiej strony mój "Szósty zmysł" nie kosztował dużo, a limity budżetowe wymuszały na nas kreatywność. Nawet jeśli miałbym dziesięć milionów więcej, nie nakręciłbym lepszego filmu.

Pogubiłem się. Czyli dobrze jest mieć kasę czy nie?

Nie zawsze chodzi o pieniądze. Czasem ich brak jest wyzwaniem dla wyobraźni, bo zatapiasz się bez reszty w tym, co robisz, kombinujesz, bo nie stać cię na nakręcenie wymarzonej sceny, przychodzi rozczarowanie, przekonanie, że zawiedziesz. Ale nie możesz się wtedy poddać. Bo zaczniesz rozumieć, co chciałeś wyrazić poprzez tę scenę, a potem wydestylować jej esencję. I przychodzi ci do głowy lepszy pomysł. Oraz tańszy! Jeśli wywodzisz się ze sceny niezależnej, jak ja, nawet kiedy kręcisz blockbuster, towarzyszy ci poczucie, że musisz oszczędzać; spotkało mnie to przy moim ostatnim filmie. Łatwo się zagubić. Dlatego mam pewność, że doświadczenie nabyte przy serialu pomoże mi wydatnie przy kolejnych filmach, nauczyłem się działać instynktownie, zaufać przeczuciu.


"Wayward Pines"
Zwiastuny "Wayward Pines" sugerują naprawdę dziwaczny seans. Jak zaangażować widza, jak wciągnąć go w najbardziej nawet niesamowitą intrygę?

Myślę, że kluczem jest zespolenie widza z bohaterem; póki zachowuje się on tak, jak ty byś się zachował w jego sytuacji, wszystko będzie grało, choćby otaczały go same dziwności. Jeśli ty myślisz: "Co za pierdoły!" i po chwili facet na ekranie powie: "Co za pierdoły!", to znaczy, że pułapka zastawiona na ciebie przez twórcę zadziałała. Dlatego musi on przeżywać to samo, co ty przeżywałbyś w jego sytuacji. Odgadnięcie jednak, co to takiego, należy do reżysera. Podobnie jest z odkrywaniem przed widzem tajemnic, trzeba to robić stopniowo, z wyczuciem, nie można trzymać oglądającego zbyt długo w niepewności, ale nie wolno też podawać wszystkiego na tacy od razu, choć, przyznaję, niekiedy mam ochotę odpalić wszystkie swoje działa naraz. Słowem – jeśli masz wiarygodnego bohatera, możesz postawić go w absolutnie niewiarygodnej sytuacji, a i tak odniesiesz sukces. Trzeba jednak wystrzegać się chłodnej kalkulacji i zawierzyć emocjom.
Udostępnij: