Mifune

Mifunes sidste sang

1999 1 godz. 38 min.
7,4 590
ocen
7,4 10 590
858
chce zobaczyć
{"type":"film","id":826,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/Mifunes+sidste+sang-1999-826/tv","text":"W TV"}]}
powrót do forum filmu Mifune
  • użytkownik usunięty

    Niniejszy temat jest miejscem przeznaczonym dla Uczestników "Tej wspaniałej zabawy filmowej 2012". Więcej informacji o Zabawie znajduje się tutaj: http://www.filmweb.pl/user/amerrozzo/blog/539230

    Film "Mifune" wygrał w kategorii "DOGMA 95". Uczestnicy Zabawy są zobowiązani do napisania w tym temacie jakiegokolwiek komentarza. Inni użytkownicy portalu Filmweb są tu mile widzianymi gośćmi.

    Gdyby pojawiły się tu prowokacyjne wpisy, proszę Uczestników o ich całkowite zignorowanie. Odpowiadanie na prowokację będzie przeze mnie rozumiane jako złamanie Regulaminu.

    Opinie zamieszczone w tym temacie zawierać mogą mnóstwo spoilerów!

  • użytkownik usunięty

    Sama w sobie Dogma 95 to oczywiście głupota i faszyzm. Sposób von Triera i paru innych średnio lubi słabo utalentowanych osobników, żeby zaistnieć jako "artyści" i przez całe życie utrzymywać się i "tworzyć" za pieniądze podatników.
    Miało to mniej więcej taki sam sens, jak eksperymenty formalne w prozie XX wieku, pisanie "strumieniem świadomości" i takie tam. Nikt normalny nie był w stanie czerpać przyjemności z czytania, a bez propagandy że to "wielka sztuka" nikt normalny by tego nie kupił za własne, ciężko zarobione pieniądze, jednak wiele tys. nie umiejących naprawdę pisać cwaniaczków chodziło w glorii uznanych artystów i żyło jak w puchu za dotowane nakłady lub pensyjki w dotowanych instytucjach kulturalnych. Do dziś niestety w Europie proceder ten jest kontynuowany przy wszystkich rodzajach "sztuk", a już kinematografii w szczególności.
    Również większość dogmatyków w życiu by na siebie nie zarobiła na prawdziwym rynku filmowym, mimo dobrego chwytu marketingowego jakim było ogłoszenie Manifestu Dogmy, co jakieś tam zainteresowanie u publiki wywołało (von Trier jest w ogóle niezłym biznesmenem, dorobił się na tym wszystkim prywatnej firmy producenckiej, która po zresztą po cichu kręci nawet pornosy ;), ma talent do propagandy, np. swoją trylogię "amerykańską" popodstawiał pod litery U.S.A. jak Kieślowski "Trzy Kolory", o zamieszaniu z "Antychrystem" i w Cannes nie wspominając – źle, czy dobrze, byle tylko media mówiły). W Ameryce (i reszcie świata) twórca niezależny sam organizuje sobie środki, stopień finansowania z góry jest zerowy lub minimalny, w Europie natomiast po prostu wyciąga łapki po miliony podatników. Byle tylko raz załapać się na etykietkę nietuzinkowego, awangardowego "artysty", a potem już wszystko idzie z górki.

    Dogma była przede wszystkim zbędna. Jeśli twórca odczuwa głęboką potrzebę nakręcenia filmu przy użyciu ascetycznych środków wyrazu, to po prostu to robi – używając takich, które są mu potrzebne, nie zaś trzymając się jakichś propagandowych manifestów. Wszelkie sztywne ramy ograniczają i odciągają uwagę od kwestii najistotniejszych na rzecz mieszczenia się w wymyślonych normach. Zawsze tak było w historii sztuki.
    Jednak - jak już pisałem przy poprzednim konkursie parę lat temu - w przypadku "Mifune" Dogma specjalnie nie przeszkadzała i nie zrobiła wiele złego. Film da się oglądać bez parcia na pęcherz. Może ratuje go ta odrobina ciepło-ironicznego stylu czeskiego, słusznie wspomniana w recenzji. Oczywiście, nigdy nie zaszkodzą lepsze zdjęcia i trochę podkładu muzycznego, ale tutaj, kto wie? Może by zaszkodziły? ;D Mielibyśmy kolejny komediodramat romantyczny w prowincjonalnej scenerii.
    Niemniej jednak film do wybitnych nie należy i zasadnie określony został jako "Pretty Woman w kaloszach". Ograny do bólu schemat: zagubiony yuppie, prostytutka o gołębim sercu, chłopaczyna na złej drodze, ale też z sercem i szlachetny, plus dobry i wewnętrznie mądry przygłup (brrr... ile razy można?). Aktorstwo przyzwoite, sklecenie fabuły bez zarzutu, co bynajmniej nie zawsze jest normą u filmowej "awangardy". W całości film nawet niezły, ale żeby jakoś szczególnie głęboki? Natrętna symbolika (malowanie na biało, solówka na gitarze, ratowanie tonącego, kręgi w zbożu) – może dziś, przy głupiejącej widowni, tak trzeba, ale symbolikę zawsze wolałem dyskretną. Na granicy postrzegania. Tej walącej prosto w łeb za bardzo nie cenię.
    Plus kosmici, albo zresztą chór wie co. Więc razem: 'Pretty woman w kaloszach spotyka Rain mana w Znakach".

  • użytkownik usunięty

    Nie pamiętam już, ile dałem za pierwszym razem, coś ok. 6/10 zapewne.

  • qgrudziaz ocenił(a) ten film na: 7

    Mufine całkiem mi się podobał. To że jest elementem dogmy nie rzuca się w oczy tak jak np. w przypadku dogville, co uważam za plus filmu. Mufine to dosyć typowy kameralny dramat jakich w kinie pełno. Jest ciekawy, dobrze zrobiony, fabuła nie zaskakuje i szczególnie nie porywa, ale też nie sprawia żebym miał jakikolwiek argument przeciwko temu filmowi. Bardzo dobrze zagrana postać Ruda, z reszta każda z ról była nieźle zagrana, a większość postaci ciekawa.

  • tejon7 ocenił(a) ten film na: 7

    qgrudziaz Z wypowiedzi SuchyWilka i qgrudziaz'a wynika, że nie za wiele mam do dodania, faktycznie w obu edycjach Zabawy to Dogma była kategorią do której najtrudniej było mi się zabrać, właśnie ze względu na wymogi, co zresztą uważam za absurd, z tych samych przyczyn, które wymienia SuchyWilk.
    Tyle w sprawie samej dogmy jako przepisu na realizację filmu.

    Natomiast co do fabuły, to faktycznie film nie przedstawia żadnej odkrywczej historii, ale jednak bardzo przyjemnie się ją ogląda, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem.
    Urzekły mnie kreacje aktorskie, nie jakieś wybitne, takie normalne, ludzkie, zupełnie jak osoby, o których opowiada film. Nie umiem tego opisać słowami, ale jest w tej historii coś przejmująco prostego, codziennego.

    Ogólnie film bardzo w porządku, nie mógłbym liczyć na więcej od Dogmy95.
    No i wielkie plus za przyrównanie ludzkiego życia do kurzej grzędy. :-)

  • użytkownik usunięty ocenił(a) ten film na: 7

    Interesujący film, ale oczekiwałem znacznie więcej. Żądny byłem przygnębiającej atmosfery i pewnego "szaleństwa" jak to było w genialnych "Idiotach". To drugie nawet wystąpiło (scena, w której Kresten, wrzeszcząc na Ruda, chce z nim śpiewać), ale w śladowych ilościach. Na dodatek mnóstwo było oklepanych motywów. Przypomnę dwa. Bjarke ratujący Ruda i po tym zdarzeniu zmieniający do niego stosunek. Traumatyczne sytuacje zbliżają ludzi, ale wolałbym żeby tej sceny w ogóle w filmie nie było. Po prostu odnoszę wrażenie, że zbyt wiele razy już coś podobnego widziałem na ekranie. Drugi moment - żona Krestena nawiedzająca go w zapadłej wsi, już po zmierzchu, akurat w momencie, gdy Kresten zaproponował Livi rozmowę przy winie. I znowu można rzec, że to w sumie nic niewiarygodnego, ale bardzo trąci to operą mydlaną czy telepowieścią.

    Sam film interesował mnie, ponieważ na pewnym blogu zaliczono go do nurtu zwanego realizmem magicznym i porównano do twórczości Jana Jakuba Kolskiego, mojego ulubionego filmowego twórcy. Są tu rzeczywiście pewne elementy charakterystyczne dla Kolskiego (nagość, osoba niepełnosprawna, wieś), ale to zbyt mało (w moim odczuciu), aby takie porównania czynić. Tylko jedna scena jest prawdziwie "kolska", jeśli w ogóle o czymś takim można mówić: scena udawania w piwnicy Toshiro Mifune. Poza tym brak tu tak charakterystycznego dla polskiego reżysera okraszenia fabuły elementami ludowości, bo wiara w kosmitów na razie do tego się nie zalicza. U Kolskiego są i zabobony, i woda płynąca w górę, i olbrzymy, i święty Roch skarżący się, że ptaki srają na jego figurę.

    Dopiero po pewnym czasie okaże się, ile ten film zostawił z siebie we mnie. Najlepszym filmem (wg mnie) ostatniej zabawy było produkcja firmowana znakiem Dogmy - "Idioci". Film Kragh-Jacobsena raczej nie ma szans, by zostać w pamięci na dłużej, bo też nie czuję takiego wstrząsu jak po seansie "Idiotów". Mimo tego są tu rzeczy, które chciałbym wyróżnić: pogodne zakończenie, którego się nie spodziewałem. Rewelacyjny Emil Tarding, który ma szansę zostać przeze mnie wybranym w kategorii "Najlepszy aktor" (ma dwóch poważnych rywali, a na jego niekorzyść działa też to, że był postacią drugoplanową). Kamera z ręki, ale to naturalne przy Dogmie. Zabawne dialogi. Moja ulubiona kwestia: Kresten sika do stawu, Bjarke na to: "Świnia!". Kresten, nie przerywając czynności, lekko obraca głowę i mówi: "Posprzątam tu jutro".

    A co do samej Dogmy 95, to ja jej będę bronił, choćby z tego powodu, że dzięki pewnemu stałemu asortymentowi środków, jakimi operuje, widz nie ogląda w ślepo. Jestem zdania, że człowiek rozsądny to człowiek "niewszystkożerny" (ale też żaden "weganin", bo to znowu oglądanie tylko tego, co potwierdza naszą wizję świata, a omijanie wszystkiego, co może się z nią kłócić). Jednakże bez pewnych wskazówek człowiek rozsądny, zwłaszcza dziś, utonąłby w nadmiarze informacji. Taka Dogma zaś ogranicza się do pewnych narzędzi i jeśli raz zasmakuje, to wiadomo, gdzie należy wracać po więcej.

    Na polityce się nie znam, więc nie wiem, ile w samym ogłoszeniu manifestu propagandy (o ile w ogóle można o czymś takim mówić). Nie dbam też o to. Lubię artystyczne deklaracje, manifesty, prądy, nurty, szkoły, kierunki, tendencje, style, trendy. Człowiekiem jestem, nie lubię chaosu, a kategoryzacja go zwalcza, a w najgorszym razie łudzimy się, że zwalczy. Poza tym podoba mi się idea Dogmy 95, aby jak najwierniej przedstawić rzeczywistość, a jednocześnie nie stać się dokumentem. Dla mnie rezygnacja z muzyki to rewelacyjny ruch, może dlatego że w pewnym sensie "oczyszcza" on film i uniezależnia od innych rodzajów sztuki. Nie jest tajemnicą, że X Muza bez literatury stałaby się bardzo uboga, a bez muzyki niektórzy chyba zarzuciliby oglądanie. Film to taka zbieranina różnych sztuk plus technologia. Dogma w pewien sposób łamie to utarte przekonanie. Okej, mocno się też ogranicza, ale to i tak bardziej eksperyment niż coś więcej, więc nie ma sensu robić z igły widły. A jeszcze przypomnę, że tak wychwalany przez smakoszy kina Teatr Telewizji również podlega wielu ograniczeniom (m.in. chronologiczności scen i braku ich wymienności, tzn. dana scena musi zostać pokazana od początku do końca [jak to w teatrze], chyba nawet w Dogmie nie ma tego dość uciążliwego i ograniczającego artystę założenia).

  • Mikael ocenił(a) ten film na: 5

    Nie przepadam za Dogmą, ale lubię takie sielskie filmy o prowincji, tylko, że w tym wypadku jakoś ta sielankowość nie pociąga, a happy end w tym wypadku wydaje się być naciągany. Aktorzy się dobrze zaprezentowali w swoich rolach, było też parę zabawnych scen i to mi jakoś pozwoliło dotrwać do końca (nie żeby film był aż tak tragiczny, że aż niemozliwy do obejrzenia, ale mam tak ostatnio, że jak mnie jakiś film nie interesuje to po prostu go wyłączam).
    5/10

  • Uzi ocenił(a) ten film na: 7

    Dla mnie manifest Dogma funkcjonuje tylko jako ciekawostka. Zbiór sztywnych zasad, do których nikt się nie stosuje, nawet twórcy manifestu. Ze znanych filmów tylko 2 leżą blisko Dogmy (a i tak pewnie można by się do czegoś przyczepić) - The Celebration i Idioci. Dogma podaje cel i środki, jakimi należy ten cel osiągnąć - kategoryzuje, a sztuka nie lubi kategoryzacji. I są twórcy, którzy stosując własne środki filmowe osiągają cel postawiony w Dogmie (świadomie bądź nie), i są też tacy, którzy przestrzegając sztywnych zasad narzuconych przez Dogmę ten sens zatracają.

    Mifune, oceniając jako film w kategorii: film, podobał mi się. Muszę się zgodzić z powyższymi komentarzami, że nie było to nic odkrywczego, ale to nic. Było to kino naturalne i szczere, surowe w formie a ciepłe w treści. Dość niespotykana w kinie kombinacja.

    7/10 i malutki plusik za Toshiro Mifune z piwnicy. Ucieszyłem się i zaskoczyłem jednocześnie gdy oglądając załapałem, że tytuł filmu jest nawiązaniem do 7 samuraja ;)

  • Dogma nr 3:) Nie zgadzam się z jej przeciwnikami. Tego typu deklaracje oczyszczają kino, zwracają uwagę na pewne problemy. Teraz w czasach szalejącego 3D i produktów filmopodobnych szczególnie warto o Dogmie pamiętać. Zresztą akcja AntyKacWawa myślę, że wynika z podobnego pragnienia powrotu sztuki do korzenia i prawdziwych wartości.

    Co do samego filmu, to świetnie się go oglądało. Założenia dogmowe wcale nie utrudniały odbioru, jak choćby w "Idiotach". Niby nic odkrywczego, niby gdzieś to już wszystko było, bo i upośledzony brat w "Rain manie" i powrót młodego karierowicza do korzeni się gdzieś tam widziało itp. Mimo to szalenie pozytywny to film, przepełniony ciepłem i wiarą w człowieka, a poza tym dobrze i autentycznie zagrany. Nie mogę tylko zrozumieć zachowania żony Krestena, dziwne i niewiarygodne.
    7/10

  • None200 ocenił(a) ten film na: 4

    CHAOS

    Taka właśnie pierwsza myśl naszła mnie po seansie. Dzieje się dosyć sporo, zwroty akcji są bardzo gwałtowne i niedostatecznie, niewyraźnie uzasadnione przez co trudno nadążyć za przebiegiem akcji, a raczej dać mu wiarę. Mistrzostwem jest przerwanie głównej linii fabularnej po 15 minutach i wtrącenie wątku prostytutki ni z gruchy ni z pietruchy przez co zastanawiałem się czy to czasem nie jakiś inny film się rozpoczął.
    Historia raczej absurdalna, choć momentami dawałem jej wiarę. Postacie średnio przekonujące. Główny bohater słabo zarysowany, trudno powiedzieć o co mu tak naprawdę chodzi, jaki tak naprawdę jest jego charakter. Ni to Pit'owy brat z Rainmana, ni to romantyczny kochanek.
    Montaż za szybki przez co niektóre sceny trwały mgnienie oka i pozostawiały rozczarowanie.
    Akcja z Mifune z piwnicy to chyba największy plus.
    4/10

  • None200 Chyba Cruise'owy a nie Pitowy:P

  • None200 ocenił(a) ten film na: 4

    krysiron Haha tak.

  • Lambro ocenił(a) ten film na: 8

    Może i film jest momentami zdeczka naciągany, ale jak dla mnie wszystko to było jak najbardziej do przyjęcia. Film od samego początku wciągnął mnie i bardzo zainteresował. Bardzo ciekawe kreacje i ich niezwykła moc wyzwalają pozytywne uczucia i nie trudno się do nich przywiązać; sama fabuła jakby schodziła na bok i nie była ważna.

  • Robert_Sawyer ocenił(a) ten film na: 7

    Jak zawsze obawiałem się Dogmy. Spodziewałem się ciężkiego, przygnębiającego wydźwięku, ale tym razem, mimo całego brudu i syfu, z którego składa się świat przedstawiony, Mifune jest filmem naprawdę ciepłym i optymistycznym. Bohaterowie zaliczają spektakularne upadki z dużych wysokości do zera i z zera na dno, ale jednak za każdym razem podnoszą się z kolan i zaczynają od nowa próby znalezienia odrobiny szczęścia w swoim życiu. Każdego dnia prowadzą walkę z kolejnymi przeszkodami i nic nie idzie tak, jak powinno, lecz nadal idą do przodu.

    Zupełnie nie rozumiem irracjonalnej i niewiarygodnej reakcji żony. Nawet nie chce niczego słuchać, tylko niszczy mężowi życie, mimo że tak naprawdę nic się wielkiego nie stało, gdy weszła do domu (rozmowa przy winie mogła być faktycznie dwuznaczna, ale od razu żądać rozwodu i wywalać z roboty? Gruba przesada.). Podobał mi się za to ciekawy motyw z kręgami w zbożu i optymistyczne zakończenie. No i chyba tutaj właśnie padła najlepsza kwestia tej Zabawy ("Przecież zawsze o tym marzyłeś, Rud. Śpiewaj! Marzyłeś o takiej małej rodzinie! Bez ojca i matki! Nie tak było? Teraz właśnie jesteśmy taką małą rodziną, która śpiewa i gnije jednocześnie!"). Dobry film, jednak do von Triera trochę brakuje.

  • Dobry.

  • Lecho1523 Twoje notki są mistrzowskie:) Bardzo... treściwe :D

  • krysiron Dziękuje, przy dzisiejszych notkach starałem się jak przy żadnej innej ;). Fajnie że ktoś to docenił :).

  • Lecho1523 ...Buahaha...
    To nie był komplement ten wyżej, ale łudź się dalej.