
Bohaterem opartego na faktach "Nitram" jest Martin Bryant, który w kwietniu 1996 roku zastrzelił 35 turystów odpoczywających w wakacyjnym ośrodku na Tasmanii. Opowiadając o największej masakrze w dziejach Australii, reżyser umieszcza przemoc poza ekranem. Z detektywistyczną pasją śledzi za to okoliczności, jakie doprowadziły zagubionego i niestabilnego psychicznie mężczyznę do dnia, w którym legalnie sprzedano mu broń.
Film trwa 110 min., przez 100 min. praktycznie nic się nie dzieje (budowany jest klimat), 10 min. przed końcem jest jedna scena (której nie widzimy), po czym ostatniej sceny też nie widzimy i wszystkiego dowiadujemy się z napisów końcowych.
Nie bardzo rozumiem po co kręcić film, w którym nic się nie pokazuje? To typowy...
Ojoj jaka ta broń zła, trzeba zakazać. Taki przekaz próbują nam wciskać tym filmem. Ale jakoś nikt nie zwraca uwagi na fakt, że koleś z poważnymi problemami nie był prawidłowo terapeutyzowany, nie miał żadnej sensownej opieki poza wymagającą matką i jakimiś lekami. Nie miał gdzie i nie wiedział jak rozładować...