Jakub Socha

To już koniec

Gorączka złota
/fwm/article/To+ju%C5%BC+koniec-133873
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Polsko%C5%9B%C4%87+z+importu-118906

Polskość z importu

BEZ KOMENTARZAPodziel się

Współczesne kino polskie ma się nie najgorzej, ale póki co najlepsze filmy o naszym kraju ciągle robią Rumuni.

Francuzi potrafią zrobić amerykański film akcji, Anglicy popełnią czasem udany skandynawski kryminał. Współczesne kino polskie też ma się nie najgorzej, ale póki co najlepsze filmy o naszym kraju ciągle robią Rumuni.

Śmiało, nie wstydź się, otwórz podręczną walizkę z banałami. Wysyp na stół te komunały o niemieckiej precyzji, austriackim okrucieństwie i skandynawskim chłodzie emocjonalnym. Miej pod ręką brytyjskie poczucie humoru, amerykański patos trzymaj blisko francuskiego intelektualizmu – przydadzą ci się szybciej, niż myślisz. Utwórz nowy plik, zaparz świeżej kawy, przyjmij niezdrową dla kręgosłupa pozycję (wrzuć fotkę na insta!). Teraz już tylko klapki na oczy i relacja z międzynarodowego festiwalu filmowego w zasadzie napisze się sama.

Szkodliwości narodowych stereotypów dorównuje tylko ich poręczność. Światowa produkcja filmowa jest tak obfita, że nawet najbardziej zawzięty, wszystkożerny filmoznawca siłą rzeczy musi pozostać trochę dyletantem. A stereotypy zawsze dają punkt odniesienia i pięknie porządkują mapę światowego kina. Najlepsze jest w nich to, że działają nawet wtedy, kiedy nie działają. Nie możesz doszukać się w najnowszym Almodóvarze śladów hiszpańskiego temperamentu? Nie jest to problem godny doktoratu, ale na pierwszy akapit recenzji w zupełności wystarczy. Czy Hirokazu Koreeda jest spadkobiercą Yasujirō Ozu czy nie ma z nim nic wspólnego? Przerwa między festiwalowymi seansami na Nowych Horyzontach wypełnia się miłą pogawędką.

W sztuce powtarzalność zdarza się zdecydowanie częściej od oryginalności, a starte do przezroczystości formułki pozwalają oszczędzić strzępienia języka. Te wszystkie kliszowe sytuacje i cechy, którym niezdarnie nadajemy narodowość, niezaprzeczalnie istnieją, tyle że przyporządkowane im przymiotniki odsyłają nie do mapy świata, ale do umownych półek w ogólnodostępnej garderobie stylistyk. Brytyjczycy regularnie produkują skandynawskie kryminały, Francuzom uda się czasem amerykańskie kino akcji – język sztuki szybuje ponad granicami bez wizy i z nieprześwietlonym bagażem. Jeśli czegoś szkoda, to tylko tej naiwnej wiary, że oglądając filmy, poznajemy rzeczywisty świat: wykradamy tajemnice wrażliwości mieszkańców Ameryki Południowej, podglądamy sny ludów Afryki i poznajemy zbiorowe obsesje Szwedów.

Na Horyzontach nie tyle ogląda się filmy, co "zauważa zjawiska", "odkrywa osobowości" i "odnotowuje symptomy".
Darek Arest
Ostatnim bastionem takiej wiary są festiwale promujące niezależną produkcję i "kino świata", takie właśnie jak zakończone niedawno wrocławskie Nowe Horyzonty. Od rozmaitości i międzynarodowego splendoru może się tu zakręcić w głowie. Na Horyzontach nie tyle ogląda się filmy, co "zauważa zjawiska", "odkrywa osobowości" i "odnotowuje symptomy". Historię kina da się opowiedzieć jako ciąg następujących po sobie "nowych fal", artystycznych eksplozji ogarniających jak na komendę kolejne regiony świata, lubimy więc dopisywać do tej opowieści kolejne rozdziały. Czasem prowadzi nas nurt głębokich zmian, częściej zwykła moda – zjawisko równie powszechne w świecie festiwalowych ekstrawagancji, co w multipleksach. Dla uczestników Nowych Horyzontów długie ujęcia szumiącego lasu i zbliżenia genitaliów są takim samym szokiem estetycznym, co efektowne eksplozje samochodów dla fanów twórczości Michaela Baya

Festiwale przyciągają określony typ kina, a twórcy nie są na to przyciąganie obojętni. Ciężko powiedzieć np., na ile grecka "nowa fala" jest  spontanicznym współbrzmieniem pokolenia, a na ile realizacją widmowego zamówienia napisanego właśnie przez modę. Gdy świat uważniej wpatruje się w jakieś miejsce i zamiera w oczekiwaniu na objawienie, nieco trudniej beztrosko wsłuchiwać się w siebie. Inspiracje chłonie się nieświadomie przez skórę. Zresztą naśladowców obawiałbym się mniej niż artystów, którzy tak drżą o własną oryginalność, że dla bezpieczeństwa niczego już nie czytają i nie oglądają. A wokół festiwali tworzy się międzynarodowa wspólnota plemienna – jej język trafia ostatecznie do tej samej walizeczki, w której trzymamy "skandynawski chłód" i "niemiecką precyzję". Z tej domeny publicznej korzystać zaczynają także Polacy.

Dopominanie się o więcej Polski w polskich filmach to hobby o długiej tradycji. Warszawa udająca na ekranie Nowy Jork może śmieszyć bądź irytować, ale jeśli polskie kino zaczyna istnieć na światowej mapie festiwalowej, to nie dlatego, że zrobiło się w nim więcej Polski, ale dzięki temu, że sprawniej upodabnia się do koleżeństwa z zagranicy. Takim filmem uważnie nasłuchującym festiwalowych wiatrów wydają się nagrodzone w Berlinie i oblegane przez widzów we Wrocławiu "Zjednoczone stany miłości". Tomasz Wasilewski umieszcza akcję we wczesnych, zgrzebnych latach 90., poświęcając wiele energii na stylizację, tworząc imponującą i spójną wewnętrznie estetyczną wizję. Ale poza pojawiającym się w jednej ze scen modelem magnetowidu Panasonica, który przez lata stał pod moim telewizorem, i innymi dopieszczonymi rekwizytami, nie znalazłem tu wiele z epoki, którą – jak mi się wydawało – całkiem nieźle znam i pamiętam.

"Zjednoczone stany miłości"
Nie mam jednak potrzeby nawoływania o Polskę na ekranie. We Wrocławiu tej ambrozji po dziurki w nosie dostarczyła mi "Sieranevada". Cristi Puiu zabiera swoich widzów do Polski, nawet nie próbując, a znajduje ją w jednym niewielkim rumuńskim mieszkanku, w którym rodzina zbiera się z okazji tradycyjnej stypy. Puiu, jeden z najważniejszych reżyserów rumuńskiej nowej fali, piętrzy paranoje, kumuluje napięcie pomiędzy wygłodniałymi gośćmi czekającymi na spóźnionego księdza i na stygnące gołąbki. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych znaleźć można całe bogactwo polskiego życia rodzinnego: niesmaczne i niestrawne żarty, niewypowiedziane żale, duszną atmosferę przy stole, kuchnię jako centrum kosmosu i toaletę jako ostatni bastion prywatności. Wujka pozującego na mędrca zen, podpitą ciotkę odgrywającą melodramat z lat 30., pozory nowoczesności i powracającą obsesję międzynarodowego spisku. Po godzinie obcy język zaczyna w głowie pobrzmiewać świszczącą polszczyzną, zresztą z bohaterami rozumiemy się już wtedy bez słów.

Dopóki filmy o Polsce robi Cristi Puiu i spółka, nie mam nic przeciwko temu, by Polacy traktowali naszą rzeczywistość jako atrakcyjną scenografię, ćwicząc się w skandynawskim chłodzie i austriackim okrucieństwie. Kino ze znaczkiem "USA" w ogromnej większości pozbawione jest ambicji opowiadania o "prawdziwej Ameryce", a jakoś nie słychać, by tamtejsza kinematografia chyliła się ku upadkowi. W Hollywood przecież ciągle świeci słońce, seriale prześcigają kino, a Sundance może się chwalić coraz to młodszym pokoleniem niezależnych gwiazd. Teraz walizkę z banałami mamy już dopchaną do pełna.
5