Relacja

T-MOBILE NOWE HORYZONTY: Ich noce

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/T-MOBILE+NOWE+HORYZONTY%3A+Ich+noce-118690
Festiwal T-Mobile Nowe Horyzonty powoli zbliża się do mety. Michał Walkiewicz recenzuje konkursowe "Wszystkie nieprzespane noce" Michała Marczaka. Przypominamy Wam również recenzje nagrodzonego za reżyserię na festiwalu w Cannes "Egzaminu" Cristiana Mungiu oraz "Sieranevadę" autorstwa jego rodaka, Cristiego Puiu

***

Od zmierzchu do świtu (rec. "Wszystkie nieprzespane noce", reż. Michał Marczak)

Zaczyna się jak, nie przymierzając, Księga Objawienia. Albo jak sequel "Egoistów" Trelińskiego – nihilistycznej opowieści o pulsującej tubalnymi dźwiękami, przećpanej Warszawie. Panorama Marszałkowskiej, buchające sztuczne ognie, nad miastem łuna w kolorze płomieni. Kamera spada na świat z nieba, zza kadru płynie monolog o tym, jak to życie przecieka nam przez palce. Czyli jednak apokalipsa – jedna po drugiej, do samego rana. 


Autor monologu, Krzysiek, wędruje od imprezy do imprezy. Spotyka byłą dziewczynę, poznaje nową, buja się z kumplem po domówkach i koncertach. Niszczy się, odradza, idzie dalej. I chociaż kusi reżysera, żeby rozciągnąć jego doświadczenie na resztę roztańczonej i przepalonej ferajny, zbudować jakąś komunię wrażliwości, to żaden z niego reprezentant pokolenia – chyba że stan permanentnej apatii byłby tym generacyjnym spoiwem. Sorry, nie jest. 

I tak, Krzysiek drepcze po imprezowym szlaku, pije, gada z kumplem, wciąga kreski i pochyla się nad swoim życiem, a w tle huczy Warszawa. Całość na pograniczu fabuły i dokumentu: z jednej strony, relacja z biforów, afterów i wszystkiego pomiędzy, improwizujący bohaterowie oraz autentyczna dynamika ich – dość szkicowo nakreślonych – relacji. Z drugiej, formuła kina inicjacyjnego, wprowadzające dysonans "zagrywanie się" Krzyśka i jego świty oraz napisany na potrzeby filmu strumień świadomości, od którego więdną uszy. Muzyka gra, świat wiruje, wszystko cacy, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że gdzieś tu jest ciekawszy film, którego nikt nie nakręcił.     

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ

***


Egzamin dojrzałości (rec. "Egzaminu")

"Czasem wielkie sprawy zależą od niewielkich decyzji" – słyszy od swojego ojca licealistka Eliza (Maria-Victoria Dragus). Wprawdzie wczoraj, w środku dnia i na ruchliwej ulicy, została napadnięta i niemal zgwałcona (jak dowiadujemy się z policyjnego raportu, napastnik nie osiągnął erekcji), lecz już jutro ma egzamin, który zadecyduje o jej przyszłości. Będzie furtką do prestiżowego stypendium w Londynie, albo szlabanem, który zatrzyma ją w rodzinnym Cluj. Dla córki to tylko egzamin, nic, co definiowałoby resztę życia. Dla ojca – wóz albo przewóz.


Są sytuacje, w których zdanie o wielkich sprawach i niewielkich decyzjach byłoby po prostu ojcowską maksymą, radą dobrą jak każda inna. Jednak w przypadku Romeo (Adrian Titieni) jest ono balsamem na podrażnione sumienie. Chcąc upewnić się, że lata nauki nie pójdą na marne, bohater prosi o pomoc przyjaciela z dzieciństwa, teraz komendanta policji, który zna mężczyznę z kontaktami w komisjach maturalnych. A jako że Romeo jest lekarzem, w zamian obiecuje przyspieszyć operację wuja jednego z policjantów. Niejako wbrew sobie, odsyłany z miejsca w miejsce z porozumiewawczym uśmiechem ("trzeba sobie pomagać" - usłyszy), wikła się w sieć nepotyzmu i tylko pozornie niezobowiązujących aktów lojalności.

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ

***


Kuchenne rewolucje (rec. "Sieranevady")

Wujek Emil nie żyje. Zmarł kilka tygodni przed atakiem na redakcję "Charlie Hedbo" i czternaście lat po zamachu na World Trade Center. Choć jego śmierć nie ma żadnego związku z bezprecedensowymi aktami terroru, to właśnie nimi żyje część rodziny zmarłego. Pozostali przerabiają sprawy małe i wielkie: zdrady i przełomy ustrojowe, ploteczki o sąsiadach i bajki Disneya, podzieloną Europę i "dzisiejszą młodzież". Ksiądz się spóźnia, jedzenie stygnie. Zły omen. 


Było swego czasu wizytówką rumuńskiej nowej fali przekonywanie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Ta z "Sieranevady", poróżniona stosunkiem do władzy, podejściem do życia i przede wszystkim sposobem radzenia sobie z żałobą, nie jest wyjątkiem. Kłótnie na tematy wagi państwowej, pranie małżeńskich brudów oraz podsycanie wiecznych sporów to tylko uwertura do prawdziwej psychodramy, z kolei fakt, że uroczystość upamiętniająca zmarłego odbywa się w zgodzie z obrządkiem z jego rodzinnych stron (jeden z domowników musi np. zasiąść do stołu w – oczywiście za dużym – garniturze Emila) dodatkowo podnosi temperaturę. Ktoś zdradza na potęgę, kto inny wierzy, że Amerykanie podłożyli bomby 11 września, jeszcze ktoś nie może znieść deklarowanej wszem wobec tęsknoty za komunizmem. Żywy język, którym operuje Puiu, zamienia ten rodzinny obiad w rzecz z pogranicza tragifarsy i socjologicznego traktatu. I chociaż łatwo powiedzieć, że ekranowa familia to w gruncie rzeczy "Rumunia w pigułce", byłaby to niesprawiedliwość. "Sieranevada" jest filmem zbyt intymnym, a reżyser zbyt czule i empatycznie przygląda się szamotaninie bohaterów.   

Ktoś mógłby się również pomylić i pisać o teatrze: w końcu całość rozgrywa się w kilku pomieszczeniach, w trakcie jednego popołudnia i rozpisana jest na nieustanny dialog. A jednak "Sieranevada" to niewątpliwie kino.

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ