GAMESCOM 2016: Graliśmy w "Warhammer 40,000: Dawn of War III"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/GAMESCOM+2016%3A+Grali%C5%9Bmy+w+%22Warhammer+40%2C000%3A+Dawn+of+War+III%22-119022
To doprawdy rozkoszne, w jak żywiołowy sposób zareagowano na pokaz rozgrywki z "Dawn of War III". Po absolutnie genialnym zwiastunie filmowym pierwsze zrzuty ekranu i filmiki z faktycznego rozgrywania jakiejś mapy sprawiły, że w internecie wybiło wiele wirtualnych studzienek kanalizacyjnych. Czy faktycznie nowa "czterdziestka" to miks animków oraz dyskoteki? I tak, i nie. Przede wszystkim powiedzmy sobie wprost: Warhammer 40K jest uniwersum z gruntu absurdalnym, przegiętym i niemożliwie wręcz głupim. Prawdopodobnie z tego powodu uwielbia go tylu ludzi – to fenomenalna, festyniarska odskocznia od silących się na nie wiadomo jaki realizm innych światów rodem z gier wideo, papierowych RPG czy powieści fantasy. 


Owszem, rozgrywka nie jest szczególnie brudna i ponura, a bardziej – zwłaszcza w prezentowanej misji – przypomina koncert Braci Figo Fagot, ale za to można winić głównie Eldarów. To ich jednostki strzelają kolorowymi laserkami i rozświetlają pole walki feerią barw. Nie oznacza to jednak, że "Dawn of War III" wygląda jak bożonarodzeniowa choinka. Choć ogólnie stylistyka gry bardziej uderza w komiksowe tony, twórcom udało się w miarę dobrze uchwycić także przegięte zbroje Marines czy wygląd ich kuriozalnych pojazdów bojowych.

Podczas gamescomu rozegrałem raptem jedną misję na skutej lodem planecie Acheron. Jak wiemy z wcześniejszych doniesień, powraca Gabriel Angelos oraz kosmiczni marines, a na drodze do "jakiegoś tam złowrogiego artefaktu" staną Eldarowie oraz Orkowie. Szkoda jedynie, że nie mamy w ogóle możliwości sprawdzić, jak sprawują się pozostałe rasy. Marines zostali już omówieni dość szczegółowo w różnorakich miejscach w sieci, zaś o potencjale Eldarów, a zwłaszcza Hordy wiemy w zasadzie tyle, co nic. Podczas misji mieliśmy do wykonania dwa zadania główne i jedno poboczne. Nie ma tu zbyt wielkiej filozofii – misja dodatkowa to odnalezienie pozostałości po oddziale Krwawych Kruków, zaś zadania główne to oczywiście utrzymanie swojego przyczółka oraz zniszczenie bram Eldarów, przez które przywoływane są wrogie wojska. Mam przykre wrażenie, że na potrzeby prezentacji znacząco zmniejszono poziom trudności. Eldarowie, choć na początku strasznie prężyli muskuły, gdy już wysyłali do nas swoje armie, były to nieliczne oddziały Banshee, z rzadka monumentalne Wraithlordy. Nasza armia bazowo zaś składała się z różnorakich oddziałów piechoty, czołgu oraz... trojga bohaterów: kultowego w kręgach fanów Gabriela Angelosa, nowej postaci, Lady Solarii oraz tandemu wypasionych Marines. 


Angelos i kompania to fragment nowych rozwiązań w zakresie mechaniki. "Dawn of War III" stawia dość mocny nacisk na postacie bohaterów – nasi zwykli żołnierze to raczej mięso armatnie, które tylko pląta się pod nogami bądź trzyma przeciwnika w klinczu po to, by do walki ruszyli bohaterowie i rozgonili towarzystwo. Tu moją faworytką była Solaria, która sterowała ogromnym mechem. Każdy bohater czy bohaterka ma też zestaw umiejętności – część jest pasywna, inne musimy aktywować podczas walki. I tak Angelos może przydzwonić swoim wielkim młotem bądź przeskoczyć z miejsca na miejsce, natomiast Solaria albo pokryje pewien obszar deszczem pocisków albo wypuści w stronę przeciwnika serię rakiet. Oprócz bohaterów do naszej dyspozycji oddano też działo orbitalne, które w mig spopiela całe grupy przeciwników. Możemy zresztą sterować promieniem działa i zwiększać jego zasięg w miarę przerabiania wrogów na popiół.

Oprócz startowej armii mamy też możliwość stawiania nowych jednostek i budynków. Tak jest, "Dawn of War III" powraca do klasycznego dla staroszkolnych strategii czasu rzeczywistego budowania baz. Obecnie jest to raptem parę budynków, ale i tak wymagają one pewnego ogarnięcia możliwości terenu. Zasoby zdobywamy na szczęście w sposób nieco bardziej nowoczesny niż w np. "Starcrafcie". Na mapie rozmieszczone są bowiem punkty, w których budujemy ulepszenia pozwalające na zbieranie punktów rekwizycji oraz energii. Marines mają także unikalną zdolność w postaci zrzutów dodatkowych oddziałów. Dane jednostki ładujemy do lądowników, a po pewnym czasie możemy je zrzucić np. w sam środek oddziałów wroga.


Chociaż oprawa wizualna co bardziej twardogłowych fanów może przyprawić o kolkę, to trzeba przyznać jedno: animacja w grze jest iście genialna. Gdy Solaria wypuszcza rakiety, pole walki zasnute jest warkoczami dymu i potężnymi eksplozjami. Cały czas planetą wstrząsają wybuchy, smugi płomieni i rozbłyski broni energetycznych. Lodowe pustkowia przedstawione są bardzo stylowo i wysmakowanie. W zakresie ścieżki dźwiękowej można mieć w zasadzie jedno tylko zastrzeżenie, mianowicie zmianę na stanowisku aktora głosowego, który gra rolę Angelosa. To jednak rzecz do dyskusji wśród najbardziej zatwardziałych fanów serii.

W zasadzie największy problem z "Dawn of War III" jest taki, że wciąż nie pokazano zbyt wiele nowości od czasu pierwszych zapowiedzi. Twórcy zdają się także zapominać, że pomiędzy pierwszą częścią gry a zapowiadaną właśnie trzecią istniała także ceniona przez wielu dwójka. Masa rozwiązań w "Dawn of War III" pokazana jest w taki sposób, jakby sequel w ogóle nie istniał. Czekamy wciąż na możliwość zagrania Eldarami czy Orkami, więcej smaczków fabularnych, wreszcie wielu graczy na pewno chce wiedzieć, czy kampania będzie obfitowała w misje inne niż prostackie "przynieś, wynieś, pozamiataj". Oby tak było.
Udostępnij: