GAMESCOM 2016: Graliśmy w „The Legend of Zelda: Breath of the Wild”

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/GAMESCOM+2016%3A+Grali%C5%9Bmy+w+%E2%80%9EThe+Legend+of+Zelda%3A+Breath+of+the+Wild%E2%80%9D-118995
Zapowiadający The Legend of Zelda: Breath of the Wild zwiastun obejrzałem kilkadziesiąt razy, analizując praktycznie jego każdą klatkę. Siedziałem wlepiony w ekran monitora, kiedy Nintendo na tegorocznym E3 transmitowało na Twitchu kolejne godziny rozgrywki. Przeczytałem dziesiątki wrażeń amerykańskich dziennikarzy, którzy mieli okazję zagrać w nową Zeldę. Wydawało mi się, że wiem o grze wszystko i spokojnie mogę czekać na jej premierę. Kiedy jednak stanąłem przed konsolą z uruchomioną grą na tegorocznym gamescomie i w asyście pracownika Nintendo odkrywałem kolejne jej sekrety, zrozumiałem, że tak naprawdę nie wiedziałem o tej grze nic.


Nintendo przywiozło na tegoroczny gamescom konsole z dwoma demami The Legend of Zelda: Breath of the Wild. Jedno z nich to pierwsze dwadzieścia minut gry, podczas których nie dowiedziałem się praktycznie nic o fabule, jednak wbudowany w grę samouczek bardzo zgrabnie przeprowadził mnie przez najważniejsze aspekty rozgrywki. Pierwsza nowość - ubranie. Możemy przebierać Linka kiedy tylko mamy na to ochotę, jednak ciuszki to tutaj coś więcej, aniżeli tylko element dekoracyjny i dodawanie punktów obrony. W prawym rogu ekranu, obok mapy, mamy przez cały czas widoczny termometr. Kiedy dotrzemy do miejsca, w którym będzie naprawdę zimno, nasz bohater zacznie zamarzać i tym samym, tracić punkty życia oraz swoją zwinność. Z takiej sytuacji są dwa wyjścia - ogrzanie się przy ognisku, bądź też założenie cieplejszych ubrań. Kiedy jednak wrócimy do cieplejszej krainy, to również warto się przebrać, aby się nie zgrzać i zapocić. 


Zaraz po założeniu ubrań, dostajemy w ręce pierwszą broń, która po chwili… się niszczy. Nowością w grze jest zbieranie przedmiotów z pokonanych przeciwników. Czasami są to jakieś szmatki, czasami surowce, a raz na jakiś czas wypadnie z nich też broń, którą możemy przechwycić i wykorzystać w walce. W momencie podnoszenia nowej zabawki na ekranie wyświetla się informacja czy zebrany ekwipunek jest lepszy od tego czego aktualnie używamy i jeśli okaże się, że tak, to bardzo szybko możemy się na niego przełączyć. Broń w Zeldzie podlega jednak zniszczeniom, więc może się również okazać tak, że podniesiona właśnie wypasiona maczuga pęknie na pierwszym napotkanym dziku. Co ciekawe, broń możemy zabierać wrogom przed lub w trakcie trwania walki, wytrącając ją mocniejszym ciosem.

Poza walką wręcz możemy rozprawiać się z wrogami przy pomocy łuku czy chociażby laski strzelającej kulami ognia. Bardzo fajnie prezentuje się też wykorzystywanie w walce terenu. Przed osadą, w której siedziało kilka mocnych stworów, znajdował się bardzo duży teren pełen wyschniętej trawy. Poczekałem chwilę, aby wiatr zaczął wiać w kierunku przeciwników - podpaliłem trawę i bardzo szybko wskoczyłem na wielką skałę skąd strzałami próbowałem wywabić potwory, tak aby wbiegły prosto w moją zasadzkę. Plan udało się wykonać w 30% procentach, bo jednego stwora wywabiłem, jednak ten spłonął zanim zdążył zaalarmować swoich kumpli, a mi w międzyczasie zepsuł się łuk i nie do końca wiedziałem co mam dalej robić. Stojący obok pracownik Nintendo podsunął mi pomysł, abym zeskoczył ze skały i zbliżył się trochę do wrogiej osady, tak aby podnieść alarm i ściągnąć potwory prosto w ogień. To też nie do końca wyszło, bo jak na złość wiatr zmienił kierunek, a ja obserwowałem płonącego Linka. Po wczytaniu stanu gry załatwiłem sprawę po staremu - wyposażyłem się w kilka maczug (na wszelki wypadek) i spuściłem przeciwnikom najzwyklejszy w świecie łomot.


W drugim ogrywanym fragmencie nie miałem żadnego odgórnie narzuconego celu - dostałem do dyspozycji kawałek mapy i mogłem robić na co tylko miałem ochotę. Ściąłem kilka drzew, po których udało mi się potem przejść w niedostępne wcześniej miejsca; obudziłem wielkiego kamiennego stwora, na którego musiałem wleźć jak w „Shadow of the Colossus”, aby móc zadać mu obrażenia w jedyny czuły punkt; a na koniec poleciałem pełnym „Assassin’s Creed” sprawdzając deklaracje Nintendo, jakoby na wszystko dało się wejść. Potwierdzam, na wszystko co widzimy da się wdrapać (budynki, drzewa, góry), jednak nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Link ma pewien poziom energii, która na przykład przy górskiej wspinaczce bardzo szybko ucieka. Dwa razy spadłem (śmierć na miejscu), dopiero za trzecim zrozumiałem, że muszę swoją wspinaczkę zaplanować tak, aby mieć kilka skalnych półek, na których mógłbym odpocząć.

Istnieje oczywiście możliwość zwiększenia paska energii poprzez ulepszenia zdobywane gdzieś w grze oraz poprzez jedzenie. W zależności od tego jakie składniki wrzucimy do kotła, taką otrzymamy potrawę bądź też eliksir. Co powiecie na miksturę, która zwiększą pasek energii na trzy minuty? Albo na jedzenie, którym regenerujemy utracone podczas walki serduszka? Aby coś ugotować musimy rozpalić ognisko, które niestety, ale nie jest wodoodporne. Przed rozpoczęciem grubszego pichcenia warto sprawdzić czy za chwilę nie przyjdzie burza. A skoro już przy burzy jesteśmy - metalowe elementy ekwipunku przyciągają pioruny, co warto mieć na uwadze, aby nie okazało się, że nasz wypasiony miecz może zupełnie przypadkowo odebrać nam życie. To też kolejny aspekt, który możemy wykorzystać w walce - walcząc z mocnym przeciwnikiem w trakcie burzy, możemy wyrzucić metalowy miecz i czekać, aż ten go podniesie. Wtedy pozostaje już tylko modlitwa i czekanie, aż trzaśnie go piorun.


Nowości w The Legend of Zelda: Breath of the Wild jest cała masa. Już sam otwarty świat to coś czego do pory na taką skalę w tej serii nie było - mapa gry jest podobno dwanaście razy taka jak w „Twilight Princess”, zaś solidny jej kawałek, który oddano w nasze ręce to raptem 1% całego świata. Gotowanie, wspinaczka, przebieranki, zmiany broni, statystyki czy chociażby skakanie to rzeczy które widzieliśmy w dziesiątkach erpegów i które w „Zeldzie” po tylu latach wreszcie postanowiono zaimplementować. Nikt nie ma jednak Nintendo tego za złe - w końcu jakby nie patrzeć, masa wielkich tytułów garściami czerpała z tego co kiedyś stworzyło Wielkie N.

„Breath of the Wild” miażdży swoim ogromem oraz swobodą jaką oferuję graczowi. Robi to jeszcze większe wrażenie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że całkiem płynnie działa na tak przestarzałym technicznie sprzęcie jakim jest WiiU. Dla niektórych graczy problemem może być oprawa graficzna nowej „Zeldy”. Jest pięknie i szczegółowo, ale cena jaką musimy za to zapłacić to niska rozdzielczość i praktycznie brak jakiegokolwiek wygładzania. Z odległości trzech metrów da się na „Breath of the Wild” w miarę komfortowo patrzeć, jednak z bliska można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z tytułem z początków Xboksa 360. Ten problem zniknie oczywiście w wersji na nową konsolę, jednak na tę chwilę „Breath of the Wild” pokazywane jest na WiiU i po prostu nie zachwyca.

 

The Legend of Zelda: Breath of the Wild to wielki sprawdzian dla Nintendo. Nie dość, że gra godnie musi reprezentować legendarną serię, to na dodatek jeszcze będzie tytułem, którym Nintendo pożegna się z Wii U i rozpocznie kolejny rozdział w historii swoich konsol stacjonarnych. Podziwiam ich odwagę - ciąży na nich ogromna presja, zarówno ze strony fanów, jak i udziałowców oraz całej branży gier wideo. W marcu przyszłego roku oczy wszystkich fanów gier wideo będą zwrócone w ich stronę - wierzę, że po raz kolejny Wielkie N nie zawiedzie i kulturalnie zamknie usta wszystkim krzyczącym „Nintendo skończyło się na Kill’em All”.
Udostępnij: