Półmetek festiwalu filmowego Planete Doc Review już za nami. Codziennie widzowie tłumnie przybywają do warszawskiej Kinoteki, by poznać intrygujące, dziwaczne, wzruszające i szokujące historie, jakie zdarzyły się najbardziej. Po seansach zaś warto podzielić się swoimi opiniami na temat obejrzanych filmów i zdobyć cenne nagrody. Organizatorzy festiwalu zorganizowali bowiem konkurs na najlepszą recenzję widzów festiwalu. Aby wziąć w nim udział, należy przesłać swój tekst na adres
recenzja@docreview.pl lub
docreview@filmweb.pl.
Poniżej możecie zaś przeczytać o tym, co też interesującego zobaczyła we wtorek redakcja Filmwebu.
TUTAJ zaś znajdziecie informacje na temat retrospektywy słynnego dokumentalisty
Jørgena Letha.
W latach 60. spotkało się 5 amerykańskich żołnierzy, którzy stacjonowali w RFN. Panowie postanowili założyć zespół. Do annałów rockandrolla nie przeszli, ale ktoś uznał, że ich historia nadaje się na film. Widzimy więc gości, którzy wygolili sobie czubek głowy i nazwali się Mnichami. Ich muzyka była trudna i nikt nie chciał przy niej tańczyć. Grali w niemieckich knajpach antywojenne songi, choć żaden z nich nie był pacyfistą.
Sednem
"The Monks" jest właśnie ów niby-bunt - trudno tworzyć piosenki, w których zaprzecza się własnym poglądom. Mnisi pozowali się anty-Beatlesów. Gdy typowe zespoły bigbeatowe wyśpiewywały "trzymaj mnie za rękę", nasza drużyna zawodziła "wyp... moją rękę". Ciekawostka, ale niewiele mówiąca o epoce kontestacji, wojny w Wietnamie i dzieci-kwiatów. Wolę chyba stetryczałych i wiecznie pijanych Rolling Stonesów.
Jakim cudem niewykształcony robotnik zdołał perfekcyjnie podrobić czeki podróżne jednego z największych amerykańskich banków? O tym właśnie opowiada świetnie zrobiony dokument
"Lucio - oszust, murarz, anarchista". Reżyserzy wpuszczają przed kamerę pana po siedemdziesiątce, który tytułuje się dumnie anarchistą, choć można podejrzewać, że w życiu często zdradzał swoją ideologię. Gdy trafił przed wymiar sprawiedliwości, bronił go rząd francuski. Kim, do cholery, jest ten człowiek?!
Autorzy przedzierają się pośród gąszczu faktów i mitów, tworząc sylwetkę upartego rewolucjonisty. Czasami dla uatrakcyjnienia przekazu posuwają się do nadużyć. Na spotkaniu z publicznością jeden z twórców wyznał, że pojawiający się w filmie przedstawiciel City Banku to tak naprawdę podstawiony aktor. W sumie dobrze pasuje to do postaci Lucia, który zawsze mówił prawdę. Nawet kiedy kłamał.
Sporo miejsca w tym roku na festiwalu Doc Review poświęcone jest zwierzętom i relacjom człowiek-zwierzę. Mieliśmy wśród nich film
"Zoofilia", który raczej rozczarował potraktowaniem tematu. Na szczęście jest dokument
"Tańczący z kotami", niezwykle ciekawy obraz wspólnego życia trójki ludzi z całą gromadką oswojonych drapieżników.
Narratorem w filmie jest Ron Holiday, narcyz, postać niezwykle barwna, która znalazła swoją niszę na świecie najpierw jako tancerz baletowy, a potem jako trener tygrysów i jaguarów. Wraz z żoną Joy i ich wspólnym kochankiem Chuckiem Lizzą stworzył niekonwencjonalną rodzinę, która wspólnie przeżyła wiele lat. Jednak to, co teraz w jego opowieści jest bajką, zakończyło się jak prawdziwy koszmar.
"Tańczący z kotami" to typowy dokument HBO. Sprawnie zrobiony, znakomicie zmontowany tworzy interesujący portret człowieka, który miał olbrzymie szczęście i za to otrzymał od życia straszliwie wysoki rachunek. Nie jest to może najbardziej analityczny dokument. Za to trzeba przyznać, iż twórcy są mistrzami niedomówień. Dzięki temu powstał film niezwykle atrakcyjny i przyjazny dla masowego odbiorcy.