Recenzja filmu Kochanie, chyba cię zabiłem (2014)
Jakub Nieścierow

Śmiertelnie trudne

Postaci wycięte są z grubego kartonu, za poczucie humoru robią czerstwe dowcipasy okraszone wulgaryzmami, aktorzy wypadają bardzo przeciętnie (z wyjątkiem, o którym później), a fabuła zbudowana ...
Filmweb sp. z o.o.
Zanim komedia Kuby Nieścierowa ujrzała światło dzienne, reżyser przyznawał, że inspiracją do jej powstania były wczesne filmy braci Coen. Na pierwszy rzut oka zgadza się parę rzeczy: jest małżeńska zdrada, poczciwiec pakujący się w kłopoty i nieporadni policjanci. Są nawet pojedyncze ujęcia i ustawienia kamery wypożyczone od amerykańskich mistrzów. Ale na tym koniec. Drugi rzut oka odziera ze złudzeń - "Kochanie, chyba cię zabiłem" z kinem Coenów ma niewiele wspólnego, bliżej mu do "13 posterunku" i "Rancza" aniżeli "Fargo" czy "Śmiertelnie prostego". Postaci wycięte są z grubego kartonu, za poczucie humoru robią czerstwe dowcipasy okraszone wulgaryzmami, aktorzy wypadają bardzo przeciętnie (z wyjątkiem, o którym później), a fabuła zbudowana jest z klisz rodem z hollywoodzkiego kina lat 80. i 90. Brakuje tylko reżysera, który tchnąłby życie w to filmowe monstrum. 

photo.title


Nieścierowowi nie wystarcza bowiem filmowego warsztatu, czego dobitnym dowodem są pierwsze sekwencje filmu. Reżyser rozstawia swych bohaterów na fabularnej szachownicy, za nic mając prawa logiki i języka filmowego. Podczas gdy w jednej scenie filmowy twardy gliniarz siedzi na komisariacie, w następnym ujęciu widzimy go już w wypożyczalni wideo. Nieścierow przymyka oko na tego typu nonsensy, byle tylko wplątać swych bohaterów w kryminalną intrygę i puścić film w komediowy dryf. Przecież jakoś to będzie.

photo.title


Najpierw poznajemy Pokojskiego (Zbigniew Zamachowski), analityka finansowego z warszawskiego City (tak, u Nieścierowa polska stolica to metropolia pełną gębą). Wiedzie spokojne i dobre życie aż do czasu, gdy przyłapuje swą żonę i szefa na łóżkowych harcach. Podczas szamotaniny przypadkowo zabija oboje kochanków. Pech w tym, że jego zbrodnia zostaje uwieczniona przez zaprzyjaźnionego detektywa, a feralne nagranie trafia w ręce Kacpra (Marcin Korcz), nieporadnego pracownika wypożyczalni płyt DVD. Wkrótce drogi mordercy i młodego chłopaka się skrzyżują, a obaj panowie ruszą w podróż, zostawiając za sobą kolejne trupy. W ślad za mordercą i jego zakładnikiem podąży także dwójka warszawskich policjantów: samozwańczy twardziel (Ireneusz Czop) pozujący na Brudnego Harry’ego oraz jego nowy partner – przesądny i ponury Graś (grany przez łysego Arkadiusza Jakubika). 

To właśnie ten ostatni ratuje film Nieścierowa. Jakubik kradnie dla siebie kilka najważniejszych scen, wcielając się w gliniarza trzęsącego się ze strachu przed pechem i… kotami. Niestety na tym kończy się lista plusów, które postawić można przy "Kochanie, chyba cię zabiłem". Pozostali aktorzy wypadają bowiem dość blado, a Nieścierow, który debiutuje na dużym ekranie, prowadzi swoją opowieść niepewną ręką. Co gorsze – nie potrafi wyściubić nosa poza wytarte fabularne schematy.  I choć w jego filmie na pozór dzieje się sporo (pościgi, trupy, narodziny męskiej przyjaźni), kolejne fabularne wolty raczej nikogo nie zaskoczą. Bo "Kochanie…" to filmowa przejażdżka, którą odbywaliśmy już setki razy. Zazwyczaj w lepszym towarzystwie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 70% uznało tę recenzję za pomocną (109 głosów).
Bartosz Staszczyszyn
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby