Recenzja filmu Skin (2018)
Guy Nattiv

Biały klan

Po osadzonym w latach 70. “Czarnym bractwie”, "Skin" ogląda się trochę jak jego kontynuację, ukazującą dzisiejszych spadkobierców tej samej ideologii - wydawałoby się, dawno już skompromitowanej. ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Skin (2018)
Ohio. Miejsce, w którym wygrywa się w Stanach wybory. To tu - przy przyzwoleniu policji - wytatuowani skinheadzi prą do przodu w marszu nienawiści. Kiedy natykają się na kontrmanifestację, dochodzi do zamieszek, w których zmasakrowany zostaje czarnoskóry nastolatek. Odpowiedzialny jest Bryon Widner (Jamie Bell), którego po aresztowaniu służby próbują nakłonić do zeznań w zamian za objęcie programem ochrony świadków. Ściąga wtedy portki, i pokazuje uda, gdzie wytatuowany ma napis łatwy do przetłumaczenia jako "śmierć konfidentom". Ze współpracy - przynajmniej na razie - nici. Skin wraca do swojej przestępczej "rodziny" - pijącej na umór, hołubiącej siłę fizyczną grupy białych suprematystów, uważających się za spadkobierców wikingów. Zioną oni nienawiścią do czarnych, Żydów, gejów, muzułmanów, Chińczyków, właściwie do wszystkich. A może po prostu do siebie samych?

Na jednym ze spędów ekstremalnej prawicy Bryon poznaje Julie (Danielle Macdonald). Dziewczyna, która ma wytatuowaną swastykę na udzie, deklaruje, że "skończyła z tym gównem" i jest tu tylko dla pieniędzy - jej córki występują na scenie. Pracujący jako tatuażysta Bryon proponuje, że przerobi jej dziarę. Zaczyna się między nimi rodzić coś autentycznego, co może doprowadzić do... Wszystkie scenariusze są jeszcze możliwe, bo choć Bryon chce być od teraz lepszym człowiekiem, nie wiemy, czy będzie potrafił. I czy pozwoli mu na to neonazistowska rodzina, której wiele zawdzięcza i która jeszcze więcej żąda w zamian. 

Film zgarnął nagrodę FIPRESCI na festiwalu w Toronto, w Europie pokazano go premierowo na Berlinale, wiosną wchodzi do polskich kin. Rewelacją jest tu na pewno Bell - nie ma już w sobie nic z dawnego Billy’ego Elliota, faktycznie budzi strach i niechęć, ale też przekonująco potrafi ukazać przemianę swego bohatera. Niesamowicie trudną, bo wciąż, szczególnie po alkoholu, ciemna strona nie będzie chciała dać o sobie zapomnieć. Film zapewne przyczyni się do rozwoju kariery znanej zPatti Cake$ i KluseczkiMacdonald. Wystąpiła ona zresztą również w nominowanym w tym roku do Oscara krótkim metrażu Guya Nattiva, także zatytułowanym “Skin”, którego teraz dostajemy pełnometrażowe rozwinięcie. Tutaj udowadnia, że potrafi zagrać nie tylko walczącą o szacunek świata przebojową nastolatkę, ale i matkę, muzę czy silną kobietę. Ciekawe, że w parę typowo amerykańskich “white trashów” wcielił się Anglik i Australijka, a choć razem wyglądają dość groteskowo, wytworzyła się między nimi prawdziwa chemia. W uczucie tych freaków łatwo uwierzyć i jeszcze łatwiej mu kibicować.

Słabiej niestety wypada drugi plan. Bill Camp i Vera Farmiga nieco przerysowują role przywódców nazistowskiego klanu. Niewiele do zagrania dostała jasna strona mocy: Mary Stuart Masterson jako agentka FBI miga na ekranie ledwie przez parę sekund, papierowe są frazy wygłaszane przez próbującego resocjalizować nienawistników Daryle’a Jenkinsa (Mike Colter) - założyciela organizacji One People's Project. Gdy wykłada on motywy swego działania młodszemu aktywiście, brzmi to nazbyt czytankowo - podział na dobro i zło, i tak przecież oczywisty, malowany jest tu zbyt grubą kreską. Być może jednak to cena, którą reżyser zdecydował się zapłacić za komunikatywność filmu; za to, by nikt nie pomylił jednego z drugim.

Słabością filmu jest też jego przewidywalność. Od początku widzimy przebłyski kosztownego i bolesnego procesu usuwania tatuaży z nazistowskimi symbolami. Wiemy więc, jak opowieść się skończy - całość oglądamy jak złe wspomnienie. Nietrudno też się domyślić, że na końcu - jak w większości filmów opartych na prawdziwych wydarzeniach - wjadą zdjęcia osób, którymi film inspirowano. "Skin" formalnie więc nie rzuca wielkich wyzwań, nie rzuca też na kolana, ale ogląda się go gładko – widzów ceniących przede wszystkim dobrze opowiedzianą historię na pewno zadowoli. Jedynym ekscesem jest tu może stężenie dość naturalistycznie ukazanej przemocy - kontrowersje wzbudza scena krwawej rzezi zgotowanej przez neonazistów muzułmanom. 

Po osadzonym w latach 70. Czarnym bractwie, "Skin" ogląda się trochę jak jego kontynuację, ukazującą dzisiejszych spadkobierców tej samej ideologii - wydawałoby się, dawno już skompromitowanej. Reżyser filmu, Izraelczyk pracujący w Stanach, potomek ocalałych z Holokaustu, pokazuje jak znów podnosi ona swój ohydny łeb. Dlatego pewne historie trzeba opowiadać ciągle na nowo, i dlatego "Skin" jest filmem potrzebnym. Trafia w czas, kiedy rasizm, szczególnie od wyboru Trumpa na prezydenta, zaczął w Ameryce bezwstydnie pokazywać twarz. Zawsze obecny, dziś czuje się - a przecież nie tylko tam - coraz bardziej bezkarny. Celnie ukazano tu, jak łatwo nim zarażać: wystarczy wyciągnąć dłoń do głodnych, a następnie nakarmić ich nienawiścią, która - jak pisała Szymborska - “ma bystre oczy snajpera i śmiało patrzy w przyszłość”. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Adam Kruk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły