We współczesnym świecie są seriale oraz Seriale. Jedne żyją własnym tempem i zazwyczaj umierają śmiercią naturalną. Są tworzone na potrzeby algorytmów i po początkowym szczycie oglądalności giną gdzieś w streamingowych czeluściach. Inne mają zaś moc przyciągania: w ich przypadku może być tak, że zostaną z nami jeszcze na długo po seansie. "The Beauty" – adaptacja komiksu Jeremy’ego Hauna oraz Jasona A. Hurleya – należy do tej drugiej kategorii. A przynajmniej taką mam nadzieję.
FX Networks
W trakcie seansu do głowy wkrada się jedna myśl: "Boże, co ja właśnie oglądam". Następnie rodzi się pytanie: "Po co ja to jeszcze odpalam?". Później pojawia się odruch bezwarunkowy: "Jakoś się wkręciłem, więc z ciekawości włączę kolejny epizod". Na koniec występuje proces tzw. binge-watchingu totalnego. "The Beauty" jakimś cudem wciąga, choć przecież wszystkie znaki na niebie wskazują, że ten serial nie miał prawa się udać. A bo to głupotka. A bo coś podobnego już kiedyś mieliśmy. A bo to serial na serio, który jednak nie bierze siebie na poważnie. No właśnie – gdzie wady?
Rzeczy w "The Beauty" przechodzą ludzkie pojęcie. Już pierwsza sekwencja z odcinka numero uno wywołuje w nas reakcję w stylu "WTF?". Co tu się właśnie zadziało? Atrakcyjna modelka wpada w psychozę, w szał – i zaczyna mordować wszystko, co stanie jej na drodze. Kobieta rusza na łowy po mieście, a jej tropem pędzi paryska policja. Jej pełen przemocy trip trwa w najlepsze do czasu, aż zostaje otoczona przez policyjny szwadron. I wtedy niespodziewanie wybucha, niczym głowy biednych poszkodowanych w drugim sezonie "Fallouta".
FX Networks
A więc "The Beauty" zaczyna się od tykających bomb, które – zanim eksplodują – postanawiają unicestwić wszystko, co stanie im na drodze. Jeśli serial oferuje tak pokręcone otwarcie, to co będzie potem? Pojawiają się przedstawiciele FBI (rewelacyjny Evan Peters i Rebecca Hall – wymarzony duet), a swoich kilka groszy dorzuca pewien płatny morderca (charyzmatyczny Anthony Ramos). Do tego śledzimy losy pewnego zwykłego śmiertelnika (Jeremy Pope). Dla jednych zaczyna się śledztwo, dla drugich kolejne zlecenie, a dla trzecich walka z czasem. Mamy też kilka wątków pobocznych i trudno nie zacząć się zastanawiać, jak to wszystko ma się połączyć. Jedynie dwa motywy zgrabnie zgrywają te wszystkie wątki: piękno oraz seks.
W świecie serialu – tak jak i w naszym – każdy pragnie być idealny. W rzeczywistości pełnej stereotypów oraz oceniania książki po okładce ludzie są gotowi zrobić wszystko, by stać się najlepszymi wersjami siebie. Dochodzenie FBI pokazuje, że nowy (i atrakcyjny dla wielu ludzi!) wirus – czyli piękno, tytułowe "The Beauty" – najwyraźniej jest śmiertelną chorobą przenoszoną drogą płciową. Nieznane zagrożenie powoduje, że ludzie przekształcają się w lepsze wersje samych siebie. Ale pojawiają się również skutki niepożądane. Idealna sylwetka i twarz jak z hollywoodzkiego filmu w zamian za przedwczesną śmierć – czy to na pewno gra warta świeczki?
FX Networks
Czyli mamy tu transformację z "gorszego" ciała na to "lepsze". Właśnie dlatego większość bohaterów grana jest przez dwoje różnych aktorów/aktorek, którzy pojawiają się kolejno "przed" oraz "po" przemianie (zabieg bardziej niż świeży). Przez ekran przewija się zatem wiele popularnych nazwisk (od Ashtona Kutchera po Isabellę Rossellini), ale tylko kilka z nich doczeka się swojego udziału w ostatnim, jedenastym odcinku. "The Beauty" nieustannie bawi się castingiem i zmienia obsadę jak rękawiczki w zależności od tego, kto akurat złapie wirusa i będzie musiał się "przemienić".
Pojawiają się też oczywistości, jak na produkcję Ryana Murphy'ego przystało. Z biegiem czasu postacie (oraz widzowie) zaczynają zdawać sobie sprawę, że w XXI wieku liczy się przede wszystkim autentyczność. Murphy krytykuje powierzchowność naszych czasów, a do tego bawi się w romantyka, pokazując nam, że prawdziwa miłość zatriumfuje nawet w najbardziej złowieszczych okolicznościach, gdy fizyczność bierze górę nad sferą uczuciową.
FX Networks
Pomińmy już resztę fabuły: tu rzeczy po prostu się dzieją i trzeba je zaakceptować. Serial można by w zasadzie streścić w jednym zdaniu: To "Substancja", ale jeszcze bardziej szalona i napalona (po angielsku prawdopodobnie brzmi to znacznie lepiej). Murphy zdaje się porzucać wszelkie schematy i wprowadza chaos kontrolowany. W "The Beauty" znajdziemy wiele gatunków – od science-fiction po kino obyczajowe, kryminał, horror, krystalicznie czysty film akcji z płatnymi zabójcami, thriller, romans, społeczną satyrę i wiele innych. Nawet sam czas trwania poszczególnych epizodów i ich format nie trzymają się kupy: raz będzie to 50 minut, a raz niecałe 30. Raz dostaniemy kontynuację głównego wątku, a raz zupełnie nową historię. Dlaczego? Prosta odpowiedź – nie może być za nudno. Nie może być zbyt "bezpiecznie".
"The Beauty" to pomieszanie z poplątaniem i każdy odcinek jest niczym jajko niespodzianka z jakąś interesującą, nawet jeśli tandetną zabawką. Może to kicz, może chała, może arcydzieło, a może vonnegutowsko-fargeatowska satyra z domieszką body horroru, która swoją niekonwencjonalnością wyprzedza obecne czasy. Gdzie leży prawda? Tego nie wiem. Ale jestem pewien, że telewizja od dawna nie wypuściła takiego potworka, który przełamywałby wszystkie serialowe szablony, do których przyzwyczaiły nas ostatnie netfliksowe produkcje. W tym sensie: lepiej być nie może.