Recenzja Sezonu 2

Landman: Negocjator (2024)
Michael Friedman
Stephen Kay
Billy Bob Thornton
Jon Hamm

Tęsknota za dawną Ameryką

Najnowszy sezon "Landmana" to nie tylko produkt sheridanowskich czasów, ale i rzecz, która w telewizji raczej nam się w najbliższych latach nie powtórzy. 
Tęsknota za dawną Ameryką
Na ukochanego w Stanach "Landmana" można spojrzeć na różne sposoby. Opcja numer jeden: kolejny serial ze stajni Taylora Sheridana to powrót do utraconej Ameryki; tej, w której liczą się zapomniane przez mężczyzn ideały, w której familia stanowi trzon każdego człowieka, a wszystkie problemy można rozwiązać rozmową lub – jeśli trzeba – przemocą. To interpretacja utwierdzająca nas w przekonaniu, że obcujemy z serialem uwznioślającym nasze dusze. Takim, który wywołuje w nas tęsknotę za światem znanym co najwyżej ze starego kina i powieści Johna Steinbecka. 


Z drugiej strony "Landman: Negocjator" to głupotka. Często za grosz nie ma sensu, jest przestarzała i przypomina seriale z poprzedniego stulecia, w których ilość niezdrowego maczyzmu przekraczała ludzkie pojęcie. Prawda jest tymczasem pewnie gdzieś po środku – produkcja Sheridana stoi w rozkroku między arcydziełem a szmirą. I chyba to w niej pociąga najbardziej. Bo niezależnie od perspektywy "Landman" to telewizja, którą chce się oglądać – nawet jeśli najnowsze epizody to nieco nierówna jazda bez trzymanki, pełna równie wielu wzlotów co upadków. 

Najnowszy sezon "Landmana" to nie tylko produkt sheridanowskich czasów, ale i rzecz, która w telewizji raczej nam się w najbliższych latach nie powtórzy. Ilość mizoginii, buty i chamstwa przekracza w tym serialu ludzkie pojęcie – wszyscy jesteśmy temu jednak winni, bo przymykamy oko; ba, nas to przecież bawi, sprawia jakąś satysfakcję, nawet jeśli już na starcie wskażemy, że faktycznie "elephant is in the room". To zdecydowanie "pleasure" – ale pytanie, czy "guilty", skoro co tydzień świadomie odpalamy nowy odcinek. 


Tommy Norris (jedyny w swoim rodzaju Billy Bob Thornton) powraca z nowymi problemami. Żona Angela (Ali Larter) przeżywa własne kryzysy, córka Ainsley (Michelle Randolph) szuka swojego miejsca na świecie, syn Taylor (Jacob Lofland) podpisał ryzykowną umowę, nie zważając na konsekwencje, a do tego zmarła jeszcze jego matka, więc pora na pogrzeb i spotkanie z ojcem Thomasem (znakomity Sam Elliott w bardzo poruszającej roli) po latach. Każdy z tych wątków staje się dla Sheridana jedynie pretekstem, by opowiadać o traumach i naszych własnych demonach. Twórca serialu przekonuje, że tylko instytucja rodziny będzie w stanie uratować naszych bohaterów od zatracenia. Czy to dlatego oglądamy "Landmana" pomimo tych wszelkich łopatologii i narracyjnych uproszczeń? Na to wygląda.

Sheridan raz jeszcze snuje swoją przypowieść w absolutnie przystępny sposób, balansując gdzieś między chałą rodem z najgorszego Harlequina a literaturą najwyższej próby. W pełni rozczulające/patetyczne/wyciskające łzy z widzów monologi o życiu napisane przez Sheridana działają lepiej aniżeli większość dialogów z hollywoodzkich produkcji. Choćby scena, w której bohater wspomina swoją zmarłą żonę – kompletne ciary; dla takich momentów powstał ten serial.

Do tego dochodzi jeszcze aktorski star power na czele z Billym Bobem Thorntonem – chodzącym silnikiem tego serialu. To on trzyma pieczę nad ekranową rodziną i rozwiązuje wszelakie problemy, będąc prawdziwym facetem "z krwi i kości". Światopogląd Sheridana w serialu sprowadza się do tego, że to mężczyźni są na pierwszym planie, a kobiety – będąc gdzieś w tle – stają się niewidzialną podporą budowanego przez nich fundamentu. Thorntonowi wtóruje Larter jako żona Norrisa, buzujący wulkan emocji będący przeciwieństwem Tommy'ego. Są trochę jak Spencer Tracy i Katharine Hepburn – dopełniają się nawzajem i kalibrują w zależności od sytuacji. Reszta obsady (na czele z Elliottem) również się sprawdza, ale to właśnie tych dwoje – i ich piekielnie namiętna chemia – realnie kształtują cały serial, bazujący właśnie na kameralnych scenach z udziałem maksymalnie kilku postaci w jednym pomieszczeniu.

Najnowszy "Landman" spowalnia gdzieś w połowie, bo od czasu do czasu widać, że twórcy nie mają kompletnie pomysłu, jak przyspieszyć tę wyjątkowo ślamazarną akcję. Chcąc snuć opowieści o stracie, żałobie, miłości, poświęceniu, czy też gniewie, Sheridan potrzebował pretekstu, by mieć serial z akcją w tle – więc zbudował go wokół firmy zajmującej się wydobyciem ropy naftowej. Te wątki biznesowe – w tym sezonie związane z prowadzeniem firmy przez wdowę Cami (Demi Moore lepsza niż kiedykolwiek) – nie bardzo nas rajcują. Albo są urywane, albo za wiele w nich korporacyjnego żargonu, który odpycha widzów i nie zawsze daje nam w pełni zrozumieć, jaka tak naprawdę jest stawka. 


Nawet zaprezentowany w finale pierwszego sezonu rywal-antagonista (Andy Garcia) również zdaje się pojawiać na ekranie tylko po to, by czerpać z charyzmy samego aktora. Garcia to ujmujący aktor, więc dobrze go widzieć w kolejnych scenach. Ale brakuje tam czegoś jeszcze, jakiejś większej głębi i treści.

Sheridanowska telenowela bazuje na amerykańskiej tradycji i rodzinnych rytuałach – i te są tu zarazem cudacznym, jak i otulającym nas – niczym ciepły kocyk – dodatkiem. Praktycznie każdy odcinek sezonu kończy się kolacją w domu Tommy'ego. Po ciężkim dniu wszyscy zjeżdżają się na wieczór, by odkryć, co akurat tym razem ugotowała Angela. Odmawiana jest modlitwa, a następnie zaczynają się rozmowy lub kłótnie – w zależności od nastroju i tego, co działo się za dnia. Póki rodzina jest w komplecie, nic im nie grozi. Nawet jeśli ich świat i pozycja w tej niebezpiecznej branży zaczynają się powoli chwiać.

Przez ostatnie (ponad) dwa miesiące co niedzielę mogliśmy poczuć się częścią tej patchworkowej rodziny. Szkoda, że Norrisowie nie są prawdziwi. Reality show z ich udziałem byłoby pewnie ciekawszą opcją aniżeli wątki związane z wydobywaniem ropy. Czuć, że Sheridan kocha swoje postacie i nie powiedział o nich jeszcze ostatniego słowa. Miejmy jedynie nadzieję, że w trzecim sezonie wprowadzi nieco więcej napięć. Kule nie muszą tu świszczeć ze wszystkich stron. Wystarczy, że same dialogi będą ostre niczym język Tommy'ego, kiedy ten szuka sposobu, by dopiec swojej ukochanej żonie.
1 10
Moja ocena serialu:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?