Recenzja filmu Avengers: Koniec gry (2019)
Anthony Russo
Joe Russo

Czas poświęcenia

Finałowa odsłona przygód Mścicieli z całą pewnością szczególnie spodoba się tym, którzy już od lat są zakorzenieni w filmowym świecie Marvela. Bo nie ma co w tym miejscu zakłamywać rzeczywistości ...
Filmweb sp. z o.o.
"I fought my way out of that cave, became Iron Man, realized I loved you. I know I said no more surprises, but… I was really hoping to pull off one last one"

Te bohaterskie słowa w zwiastunie jednego z największych wydarzeń tego roku w świecie kina, wypowiada nie kto inny jak Tony Stark – superbohater, który zmienił oblicze ekranizacji komiksowych. I to właśnie od niego wszystko się zaczęło. Gdy w 2008 roku na ekrany kin wszedł pierwszy film z kinowego uniwersum MCU, czyli "Iron Man", nie pokładano w nim większych nadziei. Jak się jednak później okazało, Tony Stark nie tylko zyskał miano pierwszego kinowego superbohatera MCU, ale z czasem również stał się głównym założycielem pewnej grupy herosów, która miała na celu zwalczanie wszelkich zawiści w imię pokoju i bezpieczeństwa. A byli to legendarni Avengers.

A teraz dochodzimy do ich końca. Gdy słynni członkowie starej gwardii Mścicieli z 2012 roku, a więc Iron Man, Kapitan Ameryka, Thor, Czarna Wdowa, Hulk oraz Hawkeye po raz ostatni wspólnie wyruszają na misję by naprawić swoje błędy z przeszłości. Po zeszłorocznej "Wojnie bez granic" można było szczerze obawiać się tego, jak bracia Russo postanowią domknąć historię drużyny Avengers – i to nawet pomimo tego, że wszystkie poprzednie ich produkcje były bardzo udane.
Na rocznicę dziesięciolecia istnienia MCU dokonali oni w końcu w "Wojnie bez granic" czegoś, na co nikt nie był gotowy: w przeciągu zaledwie kilku minut od tak za pstryknięciem palca (i to w dosłownym tego słowa znaczeniu) Thanos pozbawił życia ponad połowę wszystkich ludzi w całym Wszechświecie. Po tak niezwykle zaskakującej końcówce doprawdy ciężki orzech dostali włodarze do zgryzienia by przeskoczyć tak wysoką postawioną poprzeczkę. A przecież w dodatku "Koniec gry" od początku zapowiadany był jako finał sagi Mścicieli – legendy, budowanej od ponad 10 lat. W międzyczasie co prawda pojawiły się plotki o przejściu do świata kwantowego, ale i tak wszystko wydawało się być już "pozamiatane" przez Thanosa. Bracia Russo, podobnie jak Avengersi, podjęli jednak chęć zmierzenia się z przeszłością i z całą pewnością już w tym miejscu można śmiało powiedzieć, że kulminacja przygód Mścicieli nie zawiodła pokładanych w niej nadziei.

photo.title

Thanos zrobił dokładnie to, co zapowiedział. Wymazał… 50% życia w całym kosmosie. Wystarczy tylko usłyszeć te słowa Natashy Romanoff, by zrozumieć z jak wielką porażką Avengers mamy tu do czynienia. Słynni superbohaterowie wierzyli bowiem, że wspólnie działając będą w stanie powstrzymać Tytana od jego "zbawczego" planu wybicia połowy istot w całym Wszechświecie. Lecz pomimo wzajemnego wsparcia, zawiedli. Wśród ostałych przy życiu superbohaterów panują burzliwe relacje. Jedni, jak Tony Stark (Robert Downey Jr.) usilnie próbują ułożyć sobie jakoś życie. Drudzy na przykładzie Thora (Chris Hemsworth) zamknęli się w sobie, odcinając się tym samym od otaczającego ich świata. Większość zaś z nich na czele z Czarną Wdową (Scarlett Johansson) oraz Kapitanem Ameryką (Chris Evans) pragnie zachować pozory porządku na świecie poprzez wspólne działanie. Pewnego zaś dnia pojawia się dla nich promyk nadziei wraz ze zjawieniem się uznanego za zaginionego Ant-Mana (Paul Rudd), który przedstawia reszcie ekipy ryzykowny plan przeniesienia się w przeszłość przez wymiar kwantowy. Pozostali przy życiu Mściciele nie mają już jednak nic do stracenia i w ten sposób wyruszają wspólnie na ostatnią misję… A cena nie gra żadnej roli.

Doskonale pamiętam, że wraz z wybraniem się do kina na "Wojnę bez granic" nie spodziewałem się po tym filmie niczego większego. Tak w zasadzie to niemal do samej premiery wydawało mi się, że będzie to kolejny typowy blockbuster. Zresztą takie wnioski nie były bez sensu bo choć zarówno o pierwszych "Avengers", jak i późniejszym "Czasie Ultrona" nie można było powiedzieć, że na ekranie mało się działo, to jednak z drugiej strony trudno też było nie odczuć że to zwykłe i niczym nie wyróżniające się kino akcji. Nie trzeba zatem chyba nikomu tłumaczyć jak wielkie było zdumienie, gdy "Wojna bez granic" ze zwykłego "odmóżdżacza", przerodziła się w niezwykle emocjonujące widowisko, o którym na długo nie można było zapomnieć. Bracia Russo już nie raz udowodniali, że są najlepszym co mogło się przydarzyć całemu kinowemu uniwersum MCU. Każdy bowiem z 3 dotychczasowych filmów ich autorstwa był zupełnie od siebie odmienny, a mimo to równie emocjonujący. Gdy więc "Zimowego żołnierza" można było określić mianem sensacyjnego kina szpiegowskiego, a „Wojnę bohaterów” rozpierduchą na jak największą skalę z dodatkowo poruszonym wątkiem wzajemnego zaufania, tak z kolei zeszłoroczną "Wojnę bez granic" można było już bez przeszkód nazwać blockbusterowym traktatem na rzecz bohaterstwa. Każdy z tych filmów był bez dwóch zdań od siebie odmienny, zarówno pod względem tempa akcji, jak i stylistyki. Podobnie jest także w przypadku najnowszego "Avengers: Koniec gry", który różni się od wszystkich dotychczasowych produkcji MCU jako świadectwo miłości twórców do uniwersum. I nie tylko.


Jedną z najważniejszych różnic pomiędzy "Wojną bez granic", a finałową odsłoną jest z całą pewnością samo tempo akcji, które w porównaniu do poprzedniej części wcale nie jest zawrotne, a zamiast tego często zwalnia. W związku z tym zapewne co niektórzy widzowie z czasem mogą zacząć odczuwać zmęczenie tak wielkim materiałem. W moim jednak odczuciu rozłożenie tej historii na tak długi metraż ma swój sens bo właśnie w ten sposób dostajemy szansę na poznanie Mścicieli nie tylko w formie bohaterów, ale również jako zwykłych ludzi, którzy muszą się zmierzyć z własnymi, życiowymi problemami. Sam zaś film można powiedzieć, że jest podzielony na 3 części. Lecz nie każda z nich jest sobie równa. Gdy więc w pierwszej otrzymujemy energiczne kino akcji, zwieńczone zaskakującym plot-twistem, tak po niej następuje lekko nudnawe i melodramatyczne wprowadzenie do finału, skupiające się na próbie pogodzenia się z przeszłością. I bez dwóch zdań dobrze było móc nareszcie zobaczyć, jaki wpływ mają superbohaterowie na życie zwykłych mieszkańców i poznać jeszcze bliżej ich wzajemne relacje. Lecz ten balonik ciągłej fascynacji zaczyna po drodze pękać, a fabuła zamiast interesować oglądającego, staje się powoli dla niego przeciągnięta do granic możliwości. Na całe szczęście ten drugi, nudniejszy etap, nie trwa zbyt długo bo po nim następuje finałowa, trzecia część filmu, czyli "przekręt czasowy".

W tym miejscu przechodzimy do najważniejszego wątku w filmie, który zgodnie z tym na co wskazywały zwiastuny, dotyczy próby cofnięcia się superbohaterów w czasie w celu naprawy swoich błędów z przeszłości. Temat ten stanowi bez dwóch zdań kluczową rolę i dlatego dla tych wszystkich, którzy odpuścili sobie obejrzenie "Ant-Mana i Osy", niezaznajomienie się z nim może stanowić sporą komplikację, tym bardziej że motyw podróży w czasie poprzez zakwestionowanie "Powrotu do przyszłości" wypadł powyżej wszelkim oczekiwaniom widzów bo ilość nawiązań do poszczególnych filmów MCU jest porażająca. Lecz i tutaj pojawiają się pewne niedociągnięcia, które mniej lub bardziej – ale są zauważalne. Dotyczą one w większości licznie pojawiających się błędów logicznych i zmian w przeszłości, które mając olbrzymi wpływ dla przyszłości, nie zostają tu nawet zasugerowane. Naciągnięć i  dziur fabularnych pojawia się więc w scenariuszu Christophera Markusa oraz Stephena McFeely'ego zaskakująco bardzo dużo. Nad tymi i innymi niedociągnięciami udało się jednak w pełni zapanować braciom Russo, którzy wyłącznie dzięki swojemu profesjonalizmowi zdołali je przykryć pod zasłoną niezwykłych emocji, które aż kipią z tego filmu. I jest to wyłącznie ich zasługa.

photo.title

Finałowa odsłona "Avengers" najbardziej spodoba się tym, którzy już od lat są zakorzenieni w filmowym świecie MCU. Bo nie ukrywajmy – "Avengers: Koniec gry" jest filmem od fanów. I dla fanów. Szczególnie jest to widoczne w trzecim, finałowym wątku, gdzie pojawia się tak ogromna ilość nawiązań do poprzednich filmów MCU, że z miejsca wszyscy fani uniwersum poczują się jakby wrócili do domu. W ten sposób otrzymujemy tu także olbrzymią ilość pojawiających się easter-eggów, które jasno wskazują zamiłowanie twórców filmu do świata, który sami stworzyli 11 lat temu. I nie można mieć im absolutnie nic do zarzucenia bo to wielkie uczucie po prostu się czuje całym sobą. Bez wchodzenia w szczegóły i zakazany temat spoilerów nasi bohaterowie otrzymują szansę ponownego udziału w wydarzeniach, które ich ukształtowały i zmieniły. Z woli zupełnego przypadku dochodzi tu jednak do paru przezabawnych momentów, gdy Avengersi na własną korzyść zmieniają przeszłość. I są to zdecydowanie jedne z najlepszych momentów w całym filmie, gdzie reżyserzy udowadniają, że najbardziej zapadające w pamięci widowiska to te, które zrobione są z myślą o widzach. A "Avengers: Koniec gry" to nie tylko traktat miłosny twórców do MCU, ale przede wszystkim wielka bomba emocjonalna, która aż eksploduje wewnątrz widza.

Chyba jednak przedtem ani razu nie można było się spotkać z filmem MCU, który nie tylko z wielką czcią by traktował produkcje z dotychczasowego uniwersum, ale także w pewnym stopniu także całą popkulturę. Czy to gdy Ant-Man prowadzi zażartą dyskusję, przytaczając kolejne przykłady filmów z motywem podróży w czasie, czy to też gdy na samym końcu jesteśmy świadkami epickiego starcia pomiędzy siłami dobra, a zła jak w finałowej odsłonie "Władcy Pierścieni" – to wszystko  działa jak w szwajcarskim zegarku. Porównania do tej trylogii Petera Jacksona są może z lekka naciągane, bo mimo wszystko film braci Russo w żaden sposób się ma prawa się z nią równać, ale przy samych scenach batalistycznych… ręce aż same składają się do oklasków. Nie brak tu również pewnych momentów epickich, gdy przechodzimy do zakończeń wątków. Czasami tylko są one lekko zbyt silące się na dramatyzm, a końcówka rozciągnięta do granic możliwości, ale nawet jeśli, to są to zwykłe drobnostki, tym bardziej, że pod względem wizualnym ten film to czysty kosmos!

photo.title

Bardzo ważnym faktem do odnotowania jest to, że po niezapomnianej już scenie "pstryknięcia palcami" większość nowych bohaterów MCU rozpłynęła się w proch, ale wszyscy herosi z początkowego zespołu Avengers pozostali przy życiu. W międzyczasie jednak każdy z nich zmienił się nie do poznania. Członkowie tej chciałoby się rzec "starej gwardii" tworzyli niegyś naprawdę zgrany zespół, ale później ich historie się rozdzieliły, a część z nich na przykładzie Kapitana Ameryki oraz Iron Mana w dalszym ciągu sobie nie ufa. Lecz w tym kulminacyjnym momencie wspólnie muszą ponownie połączyć siły. W samej grupie Avengers doszło już do paru rozłamów, zerwania kontaktów, a nawet momentów wrogości – ale tu właśnie bracia Russo poprzez zarysowanie skomplikowanego charakteru każdego z Mścicieli pokazują, że w obliczu końca trzeba na bok odłożyć wszelkie zawiści by wspólnie odkupić cały Wszechświat.

Jak jednak to uczynić, gdy wraz z pstryknięciem Thanosa utraciło się wszystko to, co było najbliższe? Każdy z członków korpusu Avengers znacznie odmiennie próbuje dojść do siebie po tym wielkim ciosie. Zdecydowanie jedną z najbardziej dramatycznych postaci w całym filmie jest Clint Barton, który z przyzwoitego człowieka przemienia się w zabójcę, lecz w obliczu szansy odkupienia przeszłości postanawia zrobić wszystko, by zmazać swoje grzechy. Jeremy Renner w końcu otrzymał więcej czasu na ekranie co bardzo cieszy bo dzięki temu dodał on niezwykłych emocji swojej postaci, a sama relacja Hawkeye'a ze swoją dawną przyjaciółką, Natashą Romanoff, po raz kolejny świetnie graną przez Scarlett Johansson, również ma niezwykły pokład emocjonalny. Co do zaś samej Czarnej Wdowy, to kulminacja jej historii także nie rozczarowuje. Z zawodowej zabójczyni Natasha przeradza się w lidera Avengersów, ale piętno dawnego życia dalej na nią wpływa. Zupełnie inaczej do tematu podszedł Bruce Banner (Mark Ruffalo), który z wiecznie wściekłego Hulka przemienił się w śmieszka i gwiazdę uliczną. Chyba jednak najzabawniejsza będzie przemiana Thora, o której wolę nie mówić nic więcej, by niczego nie zdradzić. Powiem jedynie tylko, że pozostawia ona także w Bogu Piorunów pewne niezmazalne poczucie winy, a Chris Hemsworth po raz kolejny nie zawiódł, świetnie spisując się w swojej roli. Przedostatnim ze Starej Gwardii Mścicieli jest również Kapitan Ameryka, którego udział w poprzedniej odsłonie można by pominąć milczeniem. Tutaj natomiast na szczęście otrzymuje znacznie więcej ekranowego czasu, dzięki czemu Chris Evans ma szansę na wykazanie się. Steve Rogers jest bez dwóch zdań ciekawą postacią, której głębi nadali właśnie bracia Russo, ale mimo wszystko trudno nie odczuć, że zakończenie jego historii może i wzruszające, ale pozostawia spory niedosyt.

photo.title

Poza oryginalnym składem Mścicieli pojawia się tu parę innych członków, którzy pomimo że nie są aż tak ze sobą zaznajomieni jak stara gwardia, to mimo wszystko również mają spore znaczenie dla historii. Na czoło wśród nich wysuwa się na pewno Ant-Man. To dzięki niemu w ogóle powstaje pomysł przeniesienia się w czasie, a sam Scott Lang w paru momentach kradnie całe show, co w głównej mierze jest zasługą wielkiego talentu humorystycznego Paula Rudda. Z innych postaci drugoplanowych na uwagę zasługuje również Nebula, czyli przybrana córka Thanosa, która została przez niego wychowana na bezwzględną zabójczynię. I tak jak w "Wojnie bez granic" poznaliśmy bliżej relację pomiędzy Thanosem, a Gamorą, tak tutaj z kolei dostajemy szansę na to samo tym razem z perspektywy drugiej siostry. I to bardzo cieszy bo dzięki temu nie tylko urocza Karen Gilian ma w końcu co zagrać, ale również sama Nebula nabiera bardziej dramatycznego wymiaru, stając się tym samym jedną z najciekawszych postaci w całym filmie. Ponadto pojawia się tu najbliższy przyjaciel Tony’ego Starka, czyli James Rhodes (Don Cheadle) oraz gwiezdny szop Rocket, który ponownie zalicza świetny duet z Thorem. Jedynie zupełnie nijaka postać Kapitan Marvel została tu wprowadzona kompletnie bez sensu i spokojnie można było ją pominąć tym bardziej że grająca ją Brie Larson w wielu miejscach jest po prostu irytująca. Parę słów należy się także głównemu antagoniście, czyli Thanosowi. W poprzedniej części to właśnie jemu można było przydzielić miano głównego bohatera, lecz w finałowej odsłonie jest go już niestety znacznie mniej. Mimo to wciąż czuje się wielkie napięcie, gdy tylko pojawia się na ekranie, tym bardziej, że Josh Brolin wypada w tej roli ponownie bardzo charyzmatycznie, ukazując niezwykłą przemianę Thanosa z oświeconego Mesjasza w prawdziwą Apokalipsę.

I na samym końcu on. Iron Man. Superbohater od którego wszystko się zaczęło. Przez te ponad 10 lat Tony Stark stał się symbolem bohaterstwa. Symbolem tego, że z zakompleksiałego i pysznego miliardera zawsze można stać się kimś lepszym, kto przyniesie ludziom nadzieję na lepsze jutro. Iron Man w bardzo krótkim czasie stał się idolem widzów, którzy zawsze trzymali za niego kciuki. Lecz przez te lata wielka przemiana zaszła również w Tony’m, który najpierw czując się głównym odpowiedzialnym za stworzenie Ultrona, a później zdradzonym przez Kapitana Amerykę, zaczął się starzeć i z czasem zrozumiał, że jego era już minęła. Po swojej ostatniej klęsce i stracie tych, których poprzysięgał bronić, Tony zamknął się jednak w sobie i postanowił zerwać raz na zawsze z superbohaterstwem. Gdy zaś otrzymuje szansę odkupienia, to postanawia pomóc, choć wie, że może przypłacić za to życiem. Tony Stark to zdecydowanie najbardziej dramatyczna postać w całym filmie, która dzięki swojemu świetnemu rozpisaniu, staje się dla widza także kimś najbliższym. Robert Downey Jr. już nie raz w preszłości udowadniał światu, że jest świetnym aktorem. I tutaj wspiął się chyba na same wyżyny aktorstwa bo tylu emocji dawno nie doświadczyłem, a sam Iron Man dopełnił swojego przeznaczenia, stając się prawdziwym superbohaterem.

photo.title

Każda podróż musi się kiedyś skończyć. Czy to umierając wśród przyjaciół, czy dryfując samotnie w kosmosie, czy też walcząc ramię w ramię z kompanami w imię wyższego dobra. I tu właśnie dochodzimy do końca Avengers. Legendarnych Mścicieli, którzy przysięgali walczyć w imię sprawiedliwości na całym świecie. W ich dotychczasowej historii nie zawsze było łatwo – stawiali czoło najbardziej wymagającym przeciwnikom, byli narażeni na największe niebezpieczeństwa świata i w końcu musieli się też zmierzyć z własnymi problemami. W finałowej odsłonie ich przygód bracia Anthony i Joe Russo z całą pewnością nie mieli łatwego zadania. Musieli się bowiem nie tylko zmierzyć z legendą Marvela, ale po tym jak postawili tak wysoko poprzeczkę w "Wojnie bez granic", mogli się także narazić na druzgocącą porażkę. W dodatku "Avengers: Koniec gry" od początku był zapowiadany jako koniec pewnej epoki. Potrzeba było tu więc doskonałego zwieńczenia, dzięki któremu moglibyśmy być świadkiem czegoś, czego na nigdy już nie zapomnimy. Bracia Russo dali z siebie wszystko, tworząc film prosto z serca dla fanów i bez wątpienia ich poświęcenie nie poszło na marne.

Nie ma co jednak też w tym miejscu zakłamywać rzeczywistości: Nie jest to film idealny i w moim odczuciu na pewno gorszy od zeszłorocznej "Wojny bez granic". Pomimo licznych gloryfikacji, które można przypisać "Końcowi gry" zdarzają się tu również pewne nieścisłości i dziury fabularne. Dodatkowo nie wykorzystano potencjału paru postaci, a sama końcówka jest za bardzo rozciągnięta. Nawet jeśli jednak pojawiają się te pewne niedociągnięcia, to i tak nie zmienia to faktu, że "Avengers: Koniec gry" jest jak wielka bomba emocjonalna. To także może nie perfekcyjna, ale i tak całkiem zadowalająca kulminacja przygód Avengersów, z którymi mieliśmy już szansę się zżyć, a przede wszystkim film zrobiony z miłości do kina superbohaterskiego. Teraz tylko pozostaje pytanie: I co dalej? Co można zrobić w obliczu takiego zakończenia pewnej epoki? W jednym zwiastunów Tony Stark zaznacza swoimi słowami, że "Part of the journey is the end". I rzeczywiście coś się skończyło. Ale jednak na całe szczęście nie oznacza to też definitywnego zakończenia historii Avengers. Czas zatacza więc krąg i jedyne co możemy teraz zrobić to zapamiętać Mścicieli bo za każdym takim sukcesem kryje się też wielkie poświęcenie. Coś się kończy, a coś zaczyna…
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (62 głosy).
Optimus_999
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie