Recenzja filmu Złe psy (2018)
Bobby Moresco

Kłopoty to jego specjalność

Scenarzysta i reżyser Bobby Moresco ("Miasto gniewu") nie ma niestety pomysłu, jak z dobrze znanych widowni elementów ułożyć nową zaskakującą kompozycję. Intrydze brakuje nerwu, sceny akcji nie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Złe psy (2018)
W Stanach Zjednoczonych "Złe psy" zaledwie przemknęły przez kina, ponieważ ich głównym kanałem dystrybucji miały być cyfrowe wypożyczalnie oraz serwisy streamingowe. Biorąc pod uwagę, że twórcą jest laureat Oscara, a w głównych rolach wystąpili aktorzy z dorobkiem, taka sytuacja może budzić zdziwienie. Ale tylko do czasu, aż obejrzycie sam film. Adaptacja powieści JP O'Donnella to drugoligowy sensacyjniak spod znaku neo-noir: z historią, którą widzieliście już trylion razy (w nierzadko lepszym wydaniu), oraz grającą na pół gwizdka obsadą. Zapomnicie o nim szybciej, niż zdołacie powiedzieć "stół z powyłamywanymi nogami".


Bohaterem "Złych psów" jest detektyw Danny Gallagher (Karl Urban), który bierze udział w akcji pod przykrywką. Sprawy idą w złym kierunku, w ruch idą pistolety, ginie dwóch policjantów. Danny trafia na trzy lata do więzienia. Jakby tego było mało, zostaje mu przyczepiona łatka sprzedajnego gliny, który zdradził kolegów po fachu. Po wyjściu na wolność mężczyzna pomimo przestróg jedynego przyjaciela (Andy Garcia) próbuje odkryć, kto wrobił go w przestępstwo. Niespodziewanie trafia na ślad zbrodni, w którą mogli być zamieszani wysoko postawieni oficjele. Ani się Danny obejrzy, a będzie miał na karku policję, snajperów i opłaconych łamignatów.

Filmowe śledztwo wiedzie przez terytorium dobrze znane miłośnikom czarnego kryminału: jacht handlarza narkotyków, zatłoczony strip klub i opustoszały plac budowy, elegancką willę skorumpowanego urzędnika oraz nieco mniej wystawną kryjówkę speca od materiałów wybuchowych. Ekran zaludniają upadłe damy, nieświęci księża oraz mundurowi, których poczucie humoru jest równie ciężkie co pięści. Ktoś zmaga się z moralnymi dylematami, ktoś inny ze wspomnieniem utraconej miłości. Scenarzysta i reżyser Bobby Moresco ("Miasto gniewu") nie ma niestety pomysłu na to, jak z tych dobrze znanych widowni elementów ułożyć nową zaskakującą kompozycję. Intrydze brakuje nerwu, sceny akcji nie podnoszą ciśnienia, zaś strona realizacyjna przywodzi na myśl telewizyjne "procedurale" z lat 90. w stylu "Strażnika Teksasu" albo "Nasha Bridgesa". Rutyna bije również z Sofii Vergary i Andy'ego Garcii, którzy na drugim planie wcielają się w istotne dla fabuły postacie femme fatale oraz eksgliniarza z koneksjami. Oboje sprawiają wrażenie, jakby myślami byli już w kolejce do okienka bankowego.


Jedynym członkiem obsady, który gra na miarę swojego talentu, jest Urban. Znany m.in. z "Dredda" oraz cyklu "Star Trek" aktor tworzy postać charyzmatycznego twardziela w starym stylu: zmęczonego życiem, równie biegłego w wymierzaniu ciosów i rzucaniu ironicznymi odzywkami, z nieodłącznym papierosem przyklejonym do poobijanej facjaty. Ten zły pies zasługiwał na lepszy film. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie