Recenzja filmu Snowden (2016)
Oliver Stone

Od kina Stone'a nie oczekuję prawdy, ani nawrócenia się na bardziej mi bliskie poglądy, ale po jego starszych dokonaniach spodziewam się, że swoją wizję przedstawi w sposób choć trochę ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Snowden (2016)
Patrząc na ostatnie osiągnięcia Olivera Stone'a, niewiele można było się spodziewać po jego najnowszym "Snowdenie", dość łaskawe recenzje w amerykańskiej prasie budziły jednak nadzieje. Zwłaszcza że temat tajemnic państwowych starannie skrywanych przed obywatelami to motywy, w których twórca "Nixona" i "JFK" najlepiej realizował swoją wizję rzeczywistości. Bohatera pierwszych stron gazet sprzed kilku zaledwie lat poznajemy w Hongkongu, gdzie spotka się z dziennikarzami "Guardiana" i opowie im o swojej samotnej walce z rządem USA i zawiedzionym patriotyzmie. Historię, którą znamy chociażby z oscarowego "Citizenfour", Stone zaczyna nieco wcześniej – od szkolenia i niefortunnego wypadku w koszarach wojskowych, który przekreśla karierę Snowdena (w filmie gra go Joseph Gordon-Levitt) w Siłach Specjalnych. To pierwsza scena budząca spore wątpliwości co do powrotu Stone'a do formy sprzed lat. Biegnący na przełaj oddział żołnierzy skąpany jest lirycznie w blasku zachodzącego słońca i muzyce do złudzenia przypominającej przygodowe filmy Spielberga z lat 80. Za chwilę ujrzymy z bliska trenujących do utraty tchu świeżych rekrutów, a wśród nich Snowdena, który mimo morderczej musztry, nie ma żadnego problemu z utrzymaniem na nosie ogromnych okularów w rogowej oprawce. Scena ta łączy w sobie dwie największe, powiązane ze sobą wady fabularyzowanych biografii – bezwstydną laurkowość narracji i wynikającą z niej niską wiarygodność przedstawionego świata.


Stone grubym flamastrem kreśli losy swego bohatera sprzed czasów medialnego skandalu. Ze szpitalnego łóżka, gdzie pechowy, niedoszły komandos usłyszy od chirurga, że są inne sposoby służenia ojczyźnie, niemal od razu wyląduje w szkole dla przyszłych agentów, a chwilę potem – na rozmowie kwalifikacyjnej w siedzibie CIA. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że w takim telegraficznym skrócie inny reżyser mógłby ciekawie ukazać postać geniusza programisty, który usilnie starał się zostać wojskowym mięśniakiem. Niestety Stone kolejne przystanki na drodze ku tej przymusowej przemianie odhacza konwencjonalnie i po bożemu, niezbyt sprawnie udając, że oprócz wzniosłej historii obchodzi go jeszcze osoba, pozostająca w centrum dramatu. Miłosny wątek biografii wyciągany jest tylko po to, by bohater miał gdzie zaadresować rozterki związane z balansującą na granicy etyki służbą państwową. Lindsay (Shailene Woodley), powtarzająca na zmianę dwie mantry – jedną o "dbaniu o siebie", a drugą o tym, że "już dłużej tego nie zniesie", łatwo daje się wtłoczyć w ramy stereotypowej towarzyszki, pozostającej w cieniu narodowego bohatera.

"Snowden" nie wykracza poza bezpieczną konwencję fabularyzowanej publicystyki przedstawiającej nam opowieść, którą doskonale znamy, nawet jeśli dotąd głównie z facebookowych komentarzy i lektury ograniczonej do skalowania wzrokiem nagłówków gazet. Młodszy Oliver Stone miał ucho do słownych przepychanek i organiczny metronom, który niezawodnie odmierzał tempo akcji – z podniosłej przemowy potrafił zbudować sensacyjne widowisko. Dziś zawodzą go oba te reżyserskie instynkty, a brak ten smutno podkreśla jeszcze oderwanie od codzienności. Prawie żadna rozmowa w "Snowdenie" nie brzmi naturalnie, każda jest bardzo znacząca i wskazuje głównemu bohaterowi właściwą drogę. Nikt tu nie zamówi kawy, nie przeprosi, gdy kogoś potrąci na ulicy, nie podziękuje za wspólnie spędzony wieczór. Nie sposób także uwierzyć w przestrzeń, po której porusza się ta fabularna taksówka, jadąca dokładnie tam, gdzie się spodziewamy. Praca w CIA nie różni się niczym istotnym od nauki w szkole agentów, a ta od nauki w przeciętnym amerykańskim college'u. Dzięki nieobecności zawodowego slangu i przy niedbale zarysowanej korporacyjnej strukturze praca w legendarnych Służbach Specjalnych wydaje się najprostszą i najmniej stresującą pracą na świecie. Zwłaszcza jeśli twoim mistrzem i mentorem jest postać grana przez Nicolasa Cage'a – niekoronowany mistrz niezamierzonego elementu parodystycznego; a bezpośrednim szefem władca marionetek w osobie Rhysa Ifansa, przygotowującego się chyba potajemnie do zagrania roli villaina w następnej części "Bonda". W takim otoczeniu wyciszona, subtelna gra Josepha Gordona Levitta wydaje się szczytem aktorskich możliwości. Aktor znalazł sposób na pokazanie postaci zupełnie nijakiej w pierwszym kontakcie, jaką jest Edward Snowden. Wymodulował swój głos tak, że jest on nie do poznania i nawet jeśli nie do końca przypomina on barwę dźwięku i manierę mówienia słynnego whistleblowera, to jednak daje niezłe poczucie obcowania z jego osobą.


Od kina Stone'a nie oczekuję prawdy, ani nawrócenia się na bardziej mi bliskie poglądy, ale po jego starszych dokonaniach spodziewam się, że swoją wizję przedstawi w sposób choć trochę porywający, a publicystyczne zapędy natchnie żywą tkanką, w którą będę w stanie na chwilę uwierzyć. Tymczasem od lat jawi mi się jako twórca wyrwany z lamusa i posadzony w zupełnie nieodpowiedniej dla siebie glebie, balansujący niebezpiecznie na granicy grafomanii. Nieznośne są w "Snowdenie" wszystkie sceny, w których usiłuje się uzyskać quasi-sensacyjne napięcie: test programowania na czas w rytmie dub stepu, wykradanie tajnych danych w samym środku agencyjnego ula, zobrazowanie kopiowania za pomocą miliarda okienek pojawiających się na ekranie monitora czy wreszcie – cieszące się ponurą sławą ujęcie podróżujących po kablach do najdalszych zakątków świata internetowych danych. Każdy z tych obrazków zasługuje na viralowy gif i każdy mógłby stać się metaforą tej smutnej reżyserskiej przemiany.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (248 głosów).
Ludwika Mastalerz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)