Recenzja filmu Jeannette. Dzieciństwo Joanny d'Arc (2017)
Bruno Dumont

Matka Joanna od dubstepu

Pomysł połączenia heavy metalu i dubstepu z kulturą średniowiecza na początku autentycznie intryguje. Całkiem niedawno, znana także w Polsce, piosenkarka Camille udowodniła, że zestawienie ...
Filmweb sp. z o.o.
Kariera Brunona Dumonta należy do najbardziej osobliwych zjawisk współczesnego kina. Francuski twórca przez lata pracował na miano mistrza posępnego slow cinema, by w pewnym momencie uznać, że wyczerpał dotychczasowe możliwości. Ku zaskoczeniu wielu obserwatorów, autor "Życia Jezusa" wrzucił na luz, odkrył dla siebie humor, nawrócił się na burleskę. Niestety, jak przystało na neofitę, zaczął podkreślać swoją przemianę z coraz bardziej irytującą ostentacją. Dostrzegli to także organizatorzy festiwalu w Cannes, którzy przestali traktować Francuza jak swego pupila. Choć Dumont regularnie brał udział w wyścigu o Złotą Palmę, jego najnowszy film "Jeannette. Dzieciństwo Joanny d'Arc" został zakwalifikowany tylko do sekcji "Director's Fortnight".


Problem z późnymi filmami francuskiego twórcy polega na tym, że ich potencjał wyczerpuje się mniej więcej na etapie streszczenia fabuły. Tak właśnie było z "Martwymi wodami" – świetnie zapowiadającą się opowieścią o konfrontacji grupy wielkomiejskich burżujów z rodziną kanibali. Niestety, materiał, który doskonale sprawdziłby się w pięciominutowym skeczu Monty Pythona, po rozdęciu do rozmiaru pełnego metrażu z każdą minutą tracił początkową świeżość. Podobnie dzieje się w przypadku "Jeannette". Jedyna różnica polega na tym, że slapstickowe gagi zostały zastąpione przez ekscentryczne piosenki komentujące dzieciństwo Joanny D’Arc. 

Pomysł połączenia heavy metalu i dubstepu z kulturą średniowiecza na początku autentycznie intryguje. Całkiem niedawno, znana także w Polsce, piosenkarka Camille udowodniła, że zestawienie współczesnych brzmień z francuską muzyką dawną może przynieść imponujący efekt. Kłopot w tym, że Dumonta nieszczególnie interesuje artystyczny potencjał kryjący się w tego rodzaju eklektyzmie. Ambicję reżysera zaspokaja raczej mnożenie coraz bardziej groteskowych układów choreograficznych. W ramach jednego z nich grupa aktorek przebranych za zakonnice pląsa do dyskotekowego przeboju w sposób przywodzący na myśl konwulsje bohaterek "Diabłów" Russella. Boki zrywać, czyż nie?


"Jeannette" to w ogóle jedno wielkie pasmo zmarnowanych szans. Komediowy sposób opowiadania o dzieciństwie francuskiej bohaterki narodowej mógłby zostać odczytany jako kpina z rosnących dziś w siłę dyskursów nacjonalistycznych. Zestawienie emanującej z Jeannette dziecięcej słodyczy z radykalizmem głoszonych przez nią haseł aż prosi się natomiast o odczytanie w kategoriach refleksji nad naturą populizmu. Współcześni liderzy skrajnych ugrupowań politycznych przypominaliby Jeannete w tym sensie, że nauczyli się maskować swój radykalizm w atrakcyjnej, pozornie niewinnej formie. Wszystko to jednak co najwyżej tropy zasugerowane przez samego Dumonta na łamach prasy. Niestety, na deklaracjach się skończyło, a na ekranie ostały się zakonnice i dubstep.

Miałkość "Jeannette" będzie doskwierać nam tym bardziej, jeśli zestawimy ją z innymi kontekstami ekranowej obecności Joanny D'Arc. Bodaj najbardziej piorunujące wrażenie robi pod tym względem pamiętna scena z "Żyć własnym życiem" Godarda. Główna bohaterka tamtego filmu, prostytutka Nana, ogląda w kinie klasyczne "Męczeństwo Joanny d'Arc" Dreyera. Obserwując nieuczciwy proces, jakiemu poddawana jest tytułowa bohaterka, Nana w pewnym momencie roni łzę. Co oczywiste, płacze tyleż nad Joanną, co nad sobą i niesprawiedliwością, z jaką sama musi mierzyć się na co dzień. W genialny w swojej prostocie sposób Godard połączył wówczas grzech i świętość, a więc dwa pierwiastki, które od początku kariery stanowiły także siłę napędową kina Dumonta. Nie tylko z tego powodu twórcę "Ludzkości" uważano zresztą przez lata za potencjalnego następcę mistrzów Nowej Fali. "Jeannette" dowodzi, że to chyba melodia przeszłości. Dumont może i zaczynał jako mistyk, ale skończył jako zwykły hipster.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 29% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie