Recenzja filmu Toppen av ingenting (2018)
Måns Månsson
Axel Petersén

Mieszkaniówka

Mamy tutaj do czynienia z trudną do ogarnięcia i porządnego dookreślenia huśtawką stylistyczną – od slow cinema przez surrealizm i psychodelię aż po twór horroropodobny. Transowa muzyka dudni, ...
Filmweb sp. z o.o.
Tytuł mnie zachęcił – "The Real Estate" ("Nieruchomość") zapowiadał albo kawałek o bajecznie bogatych i zepsutych właścicielach luksusowych apartamentów, albo dramat społeczny z "czyścicielami kamienic" w rolach głównych. I jeśli szwedzka produkcja rzeczywiście traktuje o nienasyconej żądzy posiadania, to trudno jej treściową i formalną wsobność uznać za coś więcej niż robienie dobrej (festiwalowej) miny do zdecydowanie złej gry. Mamy tutaj do czynienia z trudną do ogarnięcia i porządnego dookreślenia huśtawką stylistyczną – od slow cinema przez surrealizm i psychodelię aż po twór horroropodobny. Transowa muzyka dudni, zimne światła pulsują, dźwięki i kolory na przemian wyostrzają się i słabną. Wystarczy do tego dodać zbliżenia na pomarszczone, zniekształcone upływem czasu ciała i mikstura zwana "seksownym kinem arthouse'owym" gotowa. Nudą tchnie już od progu. 

Zaczyna się jak typowa hollywoodzka opowieść o powrocie córy marnotrawnej na ojczyzny łono, ale nakręcona w zwolnionym tempie i w surowym, dokumentalnym stylu. 68-letnia Nojet przybywa do Sztkoholmu na pogrzeb ojca – raczej nie z sentymentu i z głową okrytą żałobnym welonem, lecz dla szybkiego dealu: tata zostawił jej w spadku budynek mieszkalny w centrum miasta. Kobieta najchętniej od razu zrzuciłaby z siebie kłopotliwy balast i sprzedała nieruchomość deweloperom, jednak w szwedzkiej "socjaldemokracji totalnej" (jak powiedziałby zapalony libertarianin) rzeczy na ogół nie bywają takie proste. Po pierwsze, budynkiem od lat opiekuje się przyrodni brat Nojet do spółki ze swoim gamoniowatym synem pijakiem. Panowie mają własny pomysł na politykę mieszkaniową (swoją drogą, z punktu widzenia interesu społecznego – całkiem dobry) – zazwyczaj unikają podpisywania legalnych umów z lokatorami, a całe siódme piętro wynajmują ludziom z różnych względów wykluczonym ekonomicznie: imigrantom, biednym studentom, samotnym matkom. Po drugie – i o wiele ważniejsze – kłopotem są sami mieszkańcy – w myśl szwedzkiego prawa, właściciel nie może ich sobie ot tak, z dnia na dzień, wyeksmitować na bruk i to nawet jeśli umowy podpisywali magiczną różdżką, a czynszu nie płacą od lat (z polskiej perspektywy – bomba!). Nojet uruchamia więc maszynkę prywatnych kontaktów – uwodzi, przeklina, pije drinki i strzela z karabinu – byle tylko odzyskać to, co do niej (w teorii) należy. 

Brzmi to wszystko nieomal jak antyczna tragedia o cierpieniach mieszczańskiej klasy posiadaczy i chyba tym w istocie miało być. Trudno wyczuć, jaka ideowa tonacja bierze w "The Real Estate" górę. Czy reżyserom chodzi bardziej o karykaturalny portret starszego pokolenia Szwedów – chciwych i zakochanych w idei "społecznej użyteczności" – czy może raczej o dowartościowanie jednostki zapędzonej w kozi róg przez roszczeniowe społeczeństwo i niemądre państwo? Na poziomie wizualnym i emocjonalnym dominuje poczucie zaszczucia. Nojet błąka się po labiryntowych klatkach schodowych, przepytuje lokatorów, zagląda do szemranych klubów, pojawia się na próbie jakiegoś musicalu o bezdomnych (reżyseruje prawnik rodziny, postać jakby żywcem wyjęta z filmów Kaurismäkiego). W półmrokach, oblana sztucznym światłem, zbyt często filmowana pod dziwnymi kątami albo w zbliżeniach, kobieta wygląda i zachowuje się tak, jakby ściany miały za chwilę wypuścić konary i zamknąć ją w śmiertelnym uścisku. Z drugiej strony, widać w "The Real Estate" swego rodzaju odwagę w przyjmowaniu podwójnie wykluczonej perspektywy: kobiecej i starczej. Nojet pozostaje w centrum wizualnej uwagi, a wraz z nią – ciało i seks, zazwyczaj skrzętnie ukrywane przed okiem tresowanym w pozytywnym waloryzowaniu tego, co młode i powabne. Jej życiowe wybory, poglądy, zachowania i odzywki nie pokrywają się z utartymi schematami przedstawienia starości. To zmęczona kobieta, a jednocześnie wyuzdana femme fatale, modliszka, która na zagrożenia reaguje wybuchami agresji. Gniew jakoś do tego pomarszczonego, sfatygowanego ciała pasuje, dodaje mu młodzieńczej werwy – jak w jednej z najbardziej surrealistycznych scen filmu, kiedy Nojet – pośród sielskiego, leśnego krajobrazu – pruje z karabinu maszynowego w stronę horyzontu. 

Czy chodzi tu o to, że szwedzką utopię posadowiono na beczce prochu i prędzej czy później jakiś gwałtowny ruch wyzwoli latami tłumioną agresję? A może Nojet to po prostu chciwa baba – krwiopijczyni, która gardzi ludzkim nieszczęściem, a wykluczenie to dla niej synonim nieudolności? Trudno powiedzieć, bo takich sugestywnych momentów jest w "The Real Estate" jak na lekarstwo. Przytłaczająca większość obrazu grzęźnie w seksownym półmroku – postrachu wszystkich wielkich festiwali filmowych. I, doprawdy, jeden aktorski popis całej reszty z tego bagna nie wyciągnie. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie