Recenzja filmu Oni (2018)
Paolo Sorrentino

Sorrentino, jak we wszystkich swoich dziełach najlepszy jest w tych scenach, w których pada jak najmniej słów, gdy ufa obrazowi i atmosferze. "Oni" potwierdzają, że żaden inny twórca nie potrafi ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Oni (2018)
"Oni" to słowo być może najlepiej opisujące współczesną politykę. "Oni" – elita, specjalna kasta, pijący latte hispterzy, brukselscy biurokraci – i "my" – zwykli, ciężko pracujący ludzie. Ten podział artykułuje się dziś na całym świecie w różnych formach, w poprzek tradycyjnych podziałów na prawicę i lewicę. W swoim najnowszym filmie Paolo Sorrentino stara się go trochę sproblematyzować. "Oni" to luźna fantazja utkana wokół postaci włoskiego przedsiębiorcy i polityka Silvio Berlusconiego. Zamiast łatwej satyry na postać, która przez globalną publiczność reżysera uważana jest z pewnością za jednego z bardziej patologicznych polityków zachodnich XXI wieku, Sorrentino wybiera inną drogę. Nie interesuje go publicystyczny atak na samego Berlusconiego, ale raczej pytanie o to, czego berlusconizm jest symptomem? Jak bardzo wyrasta on z pewnych oddolnych impulsów, marzeń i potrzeb włoskiego społeczeństwa?

photo.title

Genialne jest pod tym względem pierwsze pół godziny filmu, gdy Berlusconi w zasadzie w ogóle nie pojawia się na ekranie. W centrum akcji znajduje się wtedy Sergio Mora – drobny kombinator z południa Włoch, trochę skorumpowany i korumpujący przedsiębiorca, trochę suteren, marzący, by wyrwać się z zabitej deskami prowincji i dostać się do Wielkiego Świata, który reprezentuje dla niego On – Silvio. W tym celu Sergio zadłuża się na potęgę, przenosi się do Rzymu, kupuje dziesiątki kilogramów kokainy, gromadzi setki atrakcyjnych kobiet i organizuje przyjęcia, jakie mają zadziwić stolicę i przyciągnąć uwagę samego Berlusconiego.

Wątek Sergio pokazuje, jak bardzo berlusconizm jest przenikającym całe społeczeństwo od góry, do dołu wirusem. Jakkolwiek skorumpowane byłyby elity, jakie Sergio spotyka na swojej drodze, nie da się ich potępić, krzycząc "oni", nie mówiąc jednocześnie "my". Berlusconi wygrywa, bo wyrasta z włoskiego ludu; nie poucza go, nie chce go wychowywać – ani w chrześcijańskim, ani liberalnym, nie mówiąc socjalistycznym duchu – tylko sprzedawać mu marzenia. I nawet jeśli przy okazji oszukuje swoich klientów, to ci wyraźnie chcą być oszukani i za każdym razem dają się mu nabrać.

photo.title

Sam Berlusconi – w kolejnej genialnej kreacji Toniego Servillo – gdy już pojawia się na ekranie, do końca pozostaje zagadką. Raz jest żałosnym, starczym satyrem ganiającym za kobietami, które mogłyby być jego wnuczkami, innym razem czułym mężem, walczącym o ocalenie małżeństwa. Raz diabelnie zdolnym człowiekiem, który zmarnował swój talent w pogoni za rzeczami trywialnymi, innym razem drobnym oszustem, któremu udało się w końcu zajść dalej, niż kiedykolwiek się spodziewał. Raz człowiekiem, który do wszystkiego doszedł w życiu sam, innym razem słupem dla mafijnych pieniędzy. "Mnie nie można obrazić" – powtarza wielokrotnie na ekranie Silvio. Sorrentino pokazuje też, że jego bohatera nie da się zdefiniować. Berlusconi jest jak pusta butelka, w którą prawica i lewica, centrum i ekstrema, może wlewać swoje marzenia, uprzedzenia oraz lęki. Dopóki zachodnia polityka nie zapełni się sensowną treścią i realnymi podziałami, tego typu polityka populistycznej pustki ciągle będzie w niej triumfować – wydaje się mówić film.

photo.title

Sorrentino, jak we wszystkich swoich dziełach najlepszy jest w tych scenach, w których pada jak najmniej słów, gdy ufa obrazowi i atmosferze. "Oni" potwierdzają, że żaden inny twórca nie potrafi tworzyć obrazów, w których z piękna wychodzi najbardziej paździerzowa tandeta, a z największej tandety – wielkie piękno. Nikt tak jak on nie umie pokazać smutku spełnionych marzeń, zabójczej, przytłaczającej melancholii, jakiej przeczucie pojawia się w samym szczycie euforii i zmysłowego upojenia – narkotykowego, alkoholowego, seksualnego i wszystkich innych.

Ostatnie pół godziny filmu trochę odstaje od reszty. Miałem czasem wrażenie, jakby czegoś brakowało – może wynika to z tego, że Sorrentino przygotował "Ich" jako dwa stuminutowe filmy, podczas gdy do światowej dystrybucji trafia krótsza wersja – jeden film trwający 2,5 godziny. Wątpliwości budzi też nachalnie symboliczna, finałowa scena. Ale mimo tych słabości, to wspaniałe kino – zaraz za "Wielkim pięknie" najlepszy film reżysera.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (80 głosów).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)