Recenzja filmu Hannibal (2001)
Ridley Scott

Najniebezpieczniejszy dżentelmen świata powraca

Zimne, przeszywające spojrzenie, charakterystyczny tembr głosu, niebywała inteligencja i niekwestionowany geniusz zbrodni. W 1991 roku "Milczenie owiec" przedstawiło światu nowe oblicze "czarnego ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Hannibal (2001)
Zimne, przeszywające spojrzenie, charakterystyczny tembr głosu, niebywała inteligencja i niekwestionowany geniusz zbrodni. W 1991 roku "Milczenie owiec" przedstawiło światu nowe oblicze "czarnego charakteru", doktora Hannibala Lectera. Połączenie okrucieństwa ze sztuką, niemalże zwierzęcego instynktu z wyszukana wytwornością okazało się złotym środkiem, tak niebanalnej osobowości kino grozy jeszcze nie miało. Narodziła się legenda, a rozentuzjazmowana widownia z niecierpliwością domagała się kontynuacji, która zaspokoiłaby jej głód mocnych wrażeń. W 2001 roku Ridley Scott zaserwował "danie" według własnego przepisu. Okazało się jednak, że jego "Hannibal" nie zasmakował już wszystkim tak samo...

"Dobry wieczór, Clarice! Jak za dawnych czasów".


Minęło dziesięć lat, przewrotny los postanowił po raz kolejny skrzyżować życiowe drogi ambitnej agentki z przebiegłym psychiatrą i kanibalem. Okazuje się jednak, że ponowne spotkanie głównych bohaterów nie jest wynikiem czystego przypadku, lecz elementem misternie utkanej intrygi niejakiego Masona Vergera. Przykuty do wózka inwalidzkiego Mason, jedyna ocalała ofiara Lectera, pragnie zemsty. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że możliwość odwetu na swym oprawcy, to jedyny bodziec, który motywuje go do dalszej egzystencji. Kiedy więc tylko nadarza się sposobna okazja, postanawia z pomocą wszelkich dostępnych środków, urządzić polowanie. W roli atrakcyjnej przynęty obsadza Clarice. Mason nie mógł wybrać lepiej, Starling jest bowiem jedną z niewielu słabości Lectera.

Ten specyficzny magnetyzm, jaki towarzyszył każdemu spotkaniu Clarice i Hannibala, został już bardzo konkretnie określony w "Milczeniu owiec", sugerując tym samym, że bohaterów łączy jakaś elektryzująca wieź wzajemnego zrozumienia, oparta na obopólnej fascynacji. Twórcy "Hannibala" postanowili bazować na wypróbowanej metodzie i na każdym kroku starali się pokreślić, że Clarice i Hannibal nawet po wielu latach wciąż nie są sobie obojętni. Ona, zresztą jak sama przyznaje, myśli o nim każdego dnia, on natomiast pisze do niej "pokrzepiający" list i ponownie oferuje jej swą pomoc. Clarice znalazła się w dość niekomfortowej sytuacji, po ostatnich niepowodzeniach w pracy, zaczyna mieć wątpliwości, co o swej "życiowej misji". Możliwość ponownego spotkania z Lecterem mobilizuje ją do natychmiastowego działania, a powrót do starej sprawy to okazja do zrehabilitowania się i odzyskania wiary w siebie.

Nie da się ukryć, że ogromne znaczenie w przypadku fenomenu postaci Lectera miało obsadzenie w tej roli Anthony'go Hopkinsa. Ten znakomity brytyjski aktor pobił prawdziwy rekord, zdobył Oscara za zaledwie kilkunastominutowy występ w "Milczeniu owiec". Tyle ekranowego czasu wystarczyło, by zachwycić Akademię Filmową. Wystarczyło także, by zdobyć kredyt zaufania publiczności na całym świecie, tak że od tej pory nikt nie wyobrażał sobie, by jakikolwiek inny aktor mógł zastąpić Hopkinsa. Pierwsza odtwórczyni roli Starling, Jodie Foster nie była jednak w stanie zaakceptować scenariusza i ostatecznie przekazała pałeczkę Julianne Moore. Aktorka miała przed sobą nie lada wyzwanie, musiała niejako przedstawić nową "wersję" Starling, według własnego pomysłu. Oczywiście nie obyło się bez porównań do oscarowej poprzedniczki. Często zresztą bardzo krzywdzących, bo trudno przecież wymagać, by Moore była drugą Foster. Na szczęście Julianne miała własny patent na tą postać i co najważniejsze miała odwagę, by bronić swej koncepcji.


Gary Oldman wcielił się w rolę Masona, który wskutek samookaleczenia jest niemalże "pozbawiony" twarzy. Stworzyło to pewna niedogodność, gdyż praktycznie wykluczyło możliwość wykorzystania jednego z podstawowych "narzędzi" aktorskiego fachu. Z racji tego, że Oldman do amatorów jednak nie należy - doskonale wywiązał się ze swojego zadania, koncentrując się przede wszystkim na odpowiedniej modulacji głosu swego bohatera. Warto też zwrócić uwagę na Giancarlo Gianniniego portretującego Rinaldo Pazziego. Postać, co prawda raczej drugoplanowa, za to bardzo interesująco przedstawiona.


To, co bezsprzecznie zachwyca w "Hannibalu", to na pewno niesamowite zdjęcia (głównie widoki Florencji), a także świetna oprawa muzyczna. Od muzyki do filmów z dreszczykiem oczekuje się zwykle podtrzymania napięcia, tymczasem Hans Zimmer postawił na swego rodzaju nowatorski eksperyment. Jego kompozycje cechuje niezwykle wysublimowany charakter. Charakter tak nietypowy, jak nietypowa jest postać dr. Lectera - mroczna, tajemnicza i jednocześnie bardzo elegancka.

Chociaż wydawać by się mogło, że na film Ridleya Scotta składa się zdecydowanie więcej plusów (obsada, zdjęcia, muzyka) niż minusów, jednak dla wielu miłośników "Milczenia owiec" - ta kontynuacja okazała się zbyt ciężkostrawna. Być może przyczyną negatywnego odbioru "Hannibala" jest jego odmienna stylistyka. Wielu widzów spodziewało się, że reżyser pamiętnego "Obcego" podąży tropem Jonathana Demme'a i skupi się przede wszystkim na operowaniu niepokojącym klimatem i ekscytującymi niedomówieniami. Nieoczekiwanie Scott obrał zupełnie inną drogę, postawił na absolutna dosłowność, czego wielu widzów nie może mu wybaczyć.

Sporo sensacji powstało wokół sceny, w której można obserwować kolejne etapy przygotowywania dania z ludzkiego mózgu. Tego było już za wiele, o ile opowiadanie o kanibalizmie było całkiem znośne, to już pełna wizualizacja tej praktyki wydała się zgoła niepotrzebną, wręcz nachalną próbą sprawienia widzowi makabrycznego widowiska. Na szczęście chwile po tym niesmacznym epizodzie następuje jedna z najciekawszych scen filmu, długo oczekiwana konfrontacja Clarice i Hannibala. Tym razem nie dzielą ich żadne kraty, grube szyby czy też inne wymyślne zabezpieczenia. Świadomość, "że wszystko może się zdarzyć", dodaje tylko całej sytuacji pikanterii: - Czy powiedziałabyś mi kiedyś: Przestań, jeśli mnie kochasz, przestań? - Nie, nawet za tysiąc lat.


Myślę, że mimo paru rażących wpadek, film Scotta nie zasłużył na takie cięgi, jakimi bezlitośnie "wysmagała" go krytyka. Jeśli spojrzeć na "Hannibala" nie tylko w kontekście kontynuacji "Milczenia owiec", lecz także jako na samodzielnie funkcjonujący "egzemplarz", można zdecydowanie bardziej docenić jego walory, których tak samo jak i tych kilku wad, trudno mu odmówić.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 98% uznało tę recenzję za pomocną (55 głosów).
Jaskolka
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)