Recenzja filmu Klucz do wieczności (2015)
Tarsem Singh

Nie wszystko na sprzedaż

A ostatecznym gwoździem do trumny tej produkcji niech będzie fakt, że istnieje już dużo lepszy film na podobny temat. I tu największy cios: film nakręcony niemal pół wieku temu. "Twarze na ...
Filmweb sp. z o.o.
Powinniśmy ten "Klucz do wieczności" ozłocić. Powinniśmy całować stopy jego twórcom i składać podzięki niebiosom, za to, że po prostu jest. W czasach, kiedy hollywoodzkie blockbustery spychają do kinematograficznego niebytu wszystko, co nie przypomina sequela, remake'u czy reebootu, potrzebujemy właśnie takich filmów. Średniobudżetowych produkcji, w których od spektaklu komputerowych efektów bardziej liczy się nośny pomysł; w których reżyser ma szansę odcisnąć na materiale swoje autorskie piętno, a aktorzy mogą wgryźć się w swoje postacie. Szkoda tylko, że w nowej realizacji Tarsema Singha podobnych atrakcji brak. Co gorsza, nawet planu minimum nie udało się zrealizować. Po niezobowiązującą rozrywkę zapraszam gdzie indziej. Jedyna "-ość", do jakiej posiada klucz reżyser, to miałkość.

photo.title photo.title

A przecież nie musiało tak być. "Klucz do wieczności" aż kipi od potencjału – zarówno fabularnego, jak i tematycznego. Historia śmiertelnie chorego bogacza, Damiana (Ben Kingsley), który kupuje sobie nieśmiertelność i "przesiada się" na młode oraz zdrowe ciało Ryana Reynoldsa, to koncept po brzegi napakowany możliwościami i kontekstami. Mamy tu wątek faustowskiego paktu: starzejący się bohater ubijający interes ze współczesnym odpowiednikiem diabła – typem anonimowego korporacyjnego urzędasa (Matthew Goode). Mamy tropy zapożyczone z powieści Philipa K. Dicka: płynną tożsamość, paranoję, teorie spiskowe. Mamy pytania, które zahaczają o pola bioetyki czy transhumanizmu. No i mamy wątek zamiany ciał, z całym zapleczem szans na fabularne zwroty i zawijasy.   

Rezultat pracy Tarsema Singha i jego scenarzystów (David Pastor, Àlex Pastor) przypomina nieco "Jestem bogiem" Neila Burgera. Film z Bradleyem Cooperem również opowiadał o człowieku, który po wejściu w konszachty z szemranymi korpoludami przekraczał granice własnego człowieczeństwa. Zrealizowany był zresztą w podobnie przezroczystym, gładkim stylu, jakby zapożyczonym z języka reklamy (co dziwi, bo Singh lubuje się w barokowych wizualnych ornamentach, patrz choćby: "Immortals. Bogowie i herosi"). Przede wszystkim jednak thriller Burgera w podobny sposób zaprzepaszczał potencjał swojego wyjściowego konceptu. Ale twórcy "Klucza do wieczności" dostają jeszcze większej zadyszki. Jeśli dreszczowiec ma kluczyć, trzymać nas na krawędzi fotela i zaskakiwać co krok, to film Singha albo jest dreszczowcem złym, albo po prostu dreszczowcem nie jest. Zdecydujcie sami. Gwarantuję jednak, że nie ma tu zwrotu akcji, którego nie wyczujecie na kilometr. W rezultacie zamiast ekscytującej opowiastki dostajemy oczywistą oczywistość.

photo.title photo.title

A ostatecznym gwoździem do trumny tej produkcji niech będzie fakt, że istnieje już dużo lepszy film na podobny temat. I tu największy cios: film nakręcony niemal pół wieku temu. "Twarze na sprzedaż" Johna Frankenheimera – bo o nich mowa – wyrastały z hedonizmu lat 60., z haseł o urzeczywistnianiu marzeń i chwytaniu życia. Podstarzały i niepozorny bohater kupował tam sobie twarz Rocka Hudsona, zawód malarza i życie jak z bajki. Ale Frankenheimer opowiadał jego historię jak przestrogę. "Uważaj, o czym marzysz", zdawał się mówić. Slavoj Žižek widział w tym filmie krytykę amerykańskiego snu, świadectwo egzystencjalnego ślepego zaułku, w jaki zapędziła się burżuazja. Urzeczywistniona fantazja o hedonistycznej egzystencji nie sprawdzała się, bohater chciał ostatecznie wrócić do swojej porzuconej zwyczajności.

W "Kluczu do wieczności" nie ma podobnej opozycji. Bohater już na starcie stoi na szczycie świata (żeby wszystko było jasne, twórcy dekorują wnętrze jego domu na… złoto). Jedyne waluty, których mu brakuje, to młodość i zdrowie. Dlatego, kiedy w lustrze widzi już gładką twarz i muskulaturę Ryana Reynoldsa, bierze się przede wszystkim za – mówiąc kolokwialnie – rwanie lasek. Bo – jak dowodzi reżyser – Damian o aparycji Bena Kingsleya nie miał takich szans u płci przeciwnej, jakie ma Reynolds, rozmiękczający spojrzeniem każdą mijaną na ulicy dziewczynę. Pora więc na rekompensatę. Dopiero co otarł się o tamten świat, teraz postanawia żyć na całego. Eros i Tanatos zawsze razem: odczucie śmiertelności wzmaga przecież popęd płciowy. Ta zabawa w carpe diem trwałaby może w nieskończoność, ale Damian odkrywa niestety, że zamieszkał w cudzym ciele (a nie, jak myślał, w ciele sztucznie wyhodowanym). Ironia losu: na drodze do idyllicznie amoralnej egzystencji staje dylemat moralny. Oraz tęsknota za życiem rodzinnym.

photo.title

I dopiero tu rysuje się właściwy konflikt filmu Singha. Kto był oryginalnym właścicielem ciała? Pewien amerykański everyman: żołnierz marines, mąż, ojciec, posiadacz urokliwego domku oraz mniej urokliwych szpitalnych długów. Którą tożsamość wybierze bohater? Z jednej strony stoi milioner, self-made man, dumny reprezentant niesławnego jednego procenta społeczeństwa. Z drugiej: z trudem wiążący koniec z końcem szeregowy obywatel wolnego kraju wolnych ludzi, sól amerykańskiej ziemi. Walka jest oczywiście nierówna. Ale nikogo nie powinno dziwić, że sympatia – nie tylko scenarzystów i reżysera, ale również samego Damiana – kieruje się ku temu drugiemu. Jak tu nie kibicować małemu człowiekowi w starciu ze złowieszczymi Nimi? To umiłowanie szczerości i pospolitości, dobra i prawdy, trąci jednak monstrualnym fałszem. Miło jest być statystycznym obywatelem, kiedy ma się zaplecze w postaci fortuny wyniesionej z poprzedniego życia – takie chyba jest przesłanie filmu. I brzmi ono jak okrutny żart.   

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 43% uznało tę recenzję za pomocną (215 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)