Recenzja filmu Zabicie świętego jelenia (2017)
Yorgos Lanthimos

Operacja na otwartym sercu rodziny

"Zabicie świętego jelenia" to najbardziej klasyczny pod względem ram gatunkowych film Lanthimosa, tym samym najbardziej przystępny narracyjnie, bo oparty na prostym koncepcie wyjściowym. Warto ...
Filmweb sp. z o.o.
Canneńska Złota Palma za najlepszy scenariusz nie znalazła się w rękach twórców "Zabicia..." przypadkowo. Giorgos Lanthimos, wraz ze swoim stałym wspołpracownikiem – Efthymisem Filippou, sięgnęli do tradycji jednej z najstarszych cywilizacji europejskich. Ich film to współczesna opowieść o zemście i powracającej karmie, zamknięta w ramach tragedii antycznej, bezpośrednio czerpiąca zresztą z mitu greckiego o Ifigenii i Agamemnonie. Lanthimos dodatkowo obudował ją autorskimi, charakterystycznymi dla siebie akcentami, nadając jej formę surrealistycznego dreszczowca, raz po raz zapuszczając się w rejony medycznego body horroru oraz kina spod znaku home invasion.


Historia opowiada o rodzinie Murphych – typowych przedstawicielach amerykańskiej klasy średniej. Steven (Colin Farrell) jest kardiochirurgiem, Anna (Nicole Kidman) prowadzi własny gabinet okulistyczny. Oboje wiodą z pozoru iddyliczne życie; mają wszystko: dwójkę utalentowanych dzieci – Boba (Sunny Suljic) i Kim (Raffey Cassidy), dom na przedmieściach i stabilną pozycję w zawodzie. Mężczyzna ukrywa jednak przed rodziną drobny sekret: jest w niejednoznacznej relacji z tajemniczym 16-latkiem – Martinem (Barry Keoghan). Wręczane mu pokątnie prezenty, potajemne spotkania w pobliskiej knajpie, późniejsze odwiedziny w domu, zasiewają w nas wątpliwości – co łączy obu bohaterów? Intymne schadzki o podłożu seksualnym? A może ojcowsko-synowska relacja? Lanthimos rzecz jasna nie od razu odpowiada nam na to pytanie. Daje widzom możliwość podjęcia własnych tropów i podążania wybraną ścieżką intepretacyjną, podsuwając jedynie subtelne wskazówki. Dynamika tej relacji została świetnie przedstawiona. Przez cały czas niesie ona ze sobą spory ładunek emocji, by ostatecznie dać im upust w finale rodem z greckiej tragedii. Oto skrywane dotychczas motywacje Martina zostają w końcu ujawnione: chłopak pragnie zemsty za czyn, którego parę lat wcześniej bezpośrednio dopuścił się Steven na jego ojcu. Mężczyzna zmarł na stole operacyjnym podczas operacji, czego przyczyną było uzależnienie lekarza od alkoholu. Tajemniczy bohater okazuje się zatem ucieleśnieniem dręczących Stevena wyrzutów sumienia. Staje się on drzazgą, zalegającą pod skórą i szybko przenikającą do rodzinnej tkanki,  prowadząc do jej zakażenia, a w konsekwencji – wyniszczenia od wewnątrz najpierw syna, a później także córki Murphy'ego. A to dopiero zwiastun makabrycznych wydarzeń, które doprowadzą do małżeńskiego kryzysu, rodząc przy okazji istotne dla fabuły pytania o moralność: czy poświęcić życie jednej z ukochanych osób, by uratować trzy pozostałe, czy pozwolić sobie na cierpienie, przyglądając się śmierci każdej z nich? Lanthimos stawiając nas w tak niezręcznym położeniu nie ukrywa, że bawi się przy tym doskonale. Przy dźwiękach Schuberta oraz Bacha, a także muzyki chóralnej, absurdalizuje sens odkupienia win najwyższym kosztem.


Chłód, emocjonalna powściągliwość i mechanicznie wypowiadane, często lakoniczne dialogi to elementy rozponawalne stylu greckiego autora, które obecne są także w "Zabiciu...". Sporo tu akcentów zaczerpniętych z jego z debiutu – "Kła", który również stanowił dekonstrukcję społecznej komórki, jaką jest rodzina. O ile jednak w "Kle" bohaterowie kierowali się przede wszystkim pobudkami totalitarnymi, o tyle w "Zabiciu..." ich działania umotywowane są bezsilnością wobec wiszącego nad nimi fatum. Przepowiednia  musi się wypełnić, a Wysłannik Piekieł uosobiony przez postać Martina, nie odpuści, dopóki sprawiedliwości nie stanie się zadość. Ten fatalizm udziela się rzecz jasne także widzowi, który przyglądając się stopniowemu wyniszczaniu kolejnych domowników, nie tylko fizyczne, ale i psychiczne, zaczyna odczuwać rosnący z każda minutą dyskomfort.

Podobnie jak w poprzednim anglojęzycznym filmie Lanthimosa - "Lobsterze", tak i tutaj główną rolę powierzono Colinowi Farrellowi. Angaż Irlandczyka do obu tych produkcji to bez wątpienia najlepsze, co przytrafiło mu się w ciągu ostatnich lat aktorskiej kariery. Ale nie da się ukryć, że to castingowy wybór Barry'ego Keoghana zasługuje tak naprawdę na szczególny aplauz. Przypominający młodego Joela Edgertona 25-latek,  jest jednym z największych tegorocznych objawień; istny Omen w ludzkiej skórze, o przeszywającym spojrzeniu, przed którym powoli zaczną otwierać się furtki do wielkiej hollywoodzkiej kariery. Przeżywająca na ekranie drugą młodość Kidman, równie dobrze, co Farrell i Koegan, wczuwa się w osobliwy styl Lanthimosa, opierający się przede wszystkim na paradowaniu z kamienną twarzą po diegetycznej przestrzeni.


Podsumowując, "Zabicie świętego jelenia" to najbardziej klasyczny pod względem ram gatunkowych film Lanthimosa, tym samym najbardziej przystępny narracyjnie, bo oparty na prostym koncepcie wyjściowym. Warto jednak pamiętać, że to nadal kino w pełni autorskie, zrodzone z tradycji greckiej nowej fali, więc nie idące na kompromisy i unikające subtelności, a ponadto podszyte mocno surreliastycznymi dialogami i czarnym humorem. Nie jest to zatem produkcja dla wszystkich, ale gatunkowe "shockery" podporządkowane zostają tu konwencji i wykorzystane znacznie bardziej świadomie, niż poprzednio.  

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o mnóstwie podobieństw do "Oczu szeroko zamkniętych" Stanleya Kubricka, z którymi "Jelenia" łączą nie tylko obecnośc Kidman oraz konstrukt postaci, ale także czysto techniczne aspekty – ruchy kamery, symetria, zmiany ogniskowej, wykorzystanie muzyki klasycznej dla podbicia dramaturgii. Jestem przekonany, że gdyby Kubrick nadal żył, to bez zastanowienia przybiłby z Lanthimosem żółwika.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 63% uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)